piątek, 30 maja 2014

Bourjois: i robisz co chcesz - maskara Twist up the Volume

Ten tusz wpadł w moje ręce przypadkiem - nie przypadł do gustu mojej mamie i przy pierwszej nadarzającej się okazji przehandlowała go na mój Maybelline Colossal Volum' Express Waterproof. Nie to, żebym przestała lubić żółtka - po prostu miałam ochotę wypróbować coś nowego.

Bourjois, Mascara Twist up the Volume

Gdzie? Rossmann, SuperPharm | Za ile? Ok. 45 zł / 8 ml


OPAKOWANIE 

Flakonik o ciekawym kształcie i prostej szacie graficznej. Napisy nie przejawiają skłonności do ścierania się, o ile nie zaczniemy się nad nimi specjalnie znęcać. 

Charakterystycznym elementem tego modelu tuszu jest regulowana, silikonowa szczoteczka - biały dzyndzelek na szczycie przekręca się, udostępniając nam dwa warianty szczoty: długi i smukły, wydłużający, oraz krótszy, minimalnie grubszy, o skręcających włoskach - pogrubiający. Prosta jak budowa cepa instrukcja pod pokrętłem i na boku opakowania (wymaga minimalnej znajomości języka francuskiego bądź angielskiego) rozwiewa wszelkie wątpliwości co do kolejności ich użycia.

Długa szczoteczka nabiera idealną ilość tuszu, ta krótsza lubi się jednak przesadnie ubabrać i warto skontrolować ilość produktu, zanim przyłoży się ją do rzęs.


ZAPACH, KOLOR, KONSYSTENCJA

Zapach należy do kategorii niedostrzegalnych, dopóki nie przytknęłam nosa do tuszu - pisząc właśnie te słowa - nie zauważyłam faktu istnienia jakiejkolwiek woni, myślę więc, że nie ma sensu opisywać tu szczegółów.

Konsystencja standardowa - pierwsze tygodnie to przeprawa z nieco zbyt rzadkim produktem, ale potem gęstnieje do odpowiedniego poziomu; po ponad dwóch miesiącach wydaje mi się już nieco zbyt suchy, ale aplikacja nadal nie sprawia problemu. 

Tusz dostępny jest wyłącznie w kolorze czarnym - być może nie jest to czerń najgłębszej otchłani, ale nie da się jej pomylić z innym kolorem. 

DZIAŁANIE

Każdego dnia używam obu szczoteczek - jedną warstwę tuszu nakładam wersją wydłużającą, drugą już za pomocą pogrubiającej. Żeby nie było, przetestowałam je też oddzielnie, więc jeśli ktoś chciałby sięgnąć po tusz i korzystać z jednej w zależności od nastroju, to również dowie się co i jak. 


Nakładanie tuszu każdą ze szczoteczek jest proste, rzęsy nie sklejają się, są równo podkreślone. Różnica między pogrubieniem a wydłużeniem jest niestety minimalna i uwidacznia się tylko w tym ostatnim przypadku - rzęsy są wyraźnie dłuższe.

Dla tych z Was, które lubią mieć mocniejsze podkreślenie, użycie obu opcji jednocześnie będzie najlepszym rozwiązaniem, aczkolwiek minimalnie trudniejszym. Nałożenie tuszu szczoteczką pogrubiającą na wydłużone już rzęsy, może je trochę skleić, a nawet zostawić "owadzie nóżki". Aby zminimalizować ryzyko - bo oczywiście się da - potrzebna jest dodatkowa doza ostrożności. 

Tusz nie jest wodoodporny, co powinny mieć na uwadze osoby często zalewające się łzami (jak ja). Czy to alergia, czy wzruszenie, warto zerknąć do lusterka i sprawdzić czy tusz nie zabrał się na stopa w kierunku Podbródek z jakąś przygodnie napotkaną kroplą. Kosmetyk podda się również, jeśli z jakiegoś powodu będziemy musiały potrzeć oko - część skruszy się, a nawet trochę rozmaże.


Poza tymi niedogodnościami Bourjois sprawuje się dobrze. Twist up the Volume bez szwanku wytrzymuje upały, a nawet ćwiczenia (o ile nie zaczniemy pocierać oczu). Niedotykany nie kruszy się i nie spływa samoistnie. Nie odbija na dolnej powiece i szybko schnie (może nawet za szybko), więc kichnięcie tuż po aplikacji prawdopodobnie ujdzie nam na sucho.

Trwa dzielnie nienaruszony aż do chwili demakijażu (chyba że się zapłaczemy).

A teraz najważniejszy punkt programu, czyli zdjęcia, element do którego ludzie scrollują post, bo na co komu opis jak tutaj wszystko widać:


Od lewej, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: bez niczego, ze szczoteczką wydłużającą, ze szczoteczką pogrubiającą, z dwoma warstwami uzyskanymi za pomocą obu szczoteczek jak producent przykazał.

SKŁAD
Aqua (water), Synthetic Beeswax, Cera Alba (beeswax), CI 77499 (iron oxides), Palmitic Acid, Stearic Acid, Jojoba Esters, Glycerin, Copernicia Cerifera (carnauba) Wax, Aminomethyl Propanediol, Caprylyl Glycol, Hydroxyethylcellulose, Methylpropanediol, Phenoxyethanol, Simethicone, Tocopherol, 12bmy008-1.

PODSUMOWANIE

Twist up the Volume na pewno nie jest zły - wygodnie się nosi, pięknie wydłuża i nieco pogrubia rzęsy. Pytanie - czy jest wart tych 45 złotych, kiedy rynek jest pełen produktów dających podobny bądź nawet lepszy efekt? W moim przypadku raczej nie będzie mowy o powtórce.

sobota, 24 maja 2014

Kropla wina | Kobo Fashion Colour

O jednej pomadce z linii Fashion Colour firmy KOBO Professional pisałam już jakiś czas temu - wtedy był to kolor cynamonu. Recenzowana wówczas szminka nie do końca przypadła mi do gustu, ostatecznie przekonałam się, że tego typu kolory nie są dla mnie i czuję się w nich nijako. Gdy po raz drugi stanęłam przed szafą KOBO i zaczęłam buszować wśród kosmetyków do ust, wiedziałam, że pora na coś bardziej zdecydowanego. Padło na numer 114 - Drop of Wine.


Siostra cynamonu nie różni się od niej niczym poza kolorem. Często różne odcienie pomadek należących do tej samej serii mają inne właściwości, tutaj tego nie ma. Drop of Wine jest raczej sucha i nałożona na usta niezabezpieczone balsamem bezlitośnie podkreśli ewentualne suche skórki, a ponadto pozostawi uczucie ściągnięcia. Rozprowadza się jednak wygodnie, a dzięki świetnej pigmentacji pokrywa usta już przy pierwszej warstwie, chociaż oczywiście kilka dodatkowych pociągnięć pomoże pogłębić kolor.


Pomadka nie rozmazuje się ani nie odbija na zębach. Niestety z trwałością już gorzej - nie przetrwa jedzenia czy picia, aczkolwiek bez tych czynności możemy cieszyć się barwą na ustach przez kilka dobrych godzin. Niestety schodzi bardziej ze środka warg, pozostawiając ledwo widoczną, ale jednak zauważalną z bliska obwódkę.

Dlaczego piszę znowu o recenzowanej kiedyś pomadce? Dla koloru! Wyraziste bordo, ciemne, ale nie mroczne, bardzo przypadło mi do gustu. Uroku dodaje mu aksamitne, bliskie matowemu wykończenie. Usta są pięknie podkreślone, ale nie tak krzykliwe jak w przypadku użycia krwistej czerwieni.


Lubicie takie kolory? Używałyście pomadek KOBO z tej serii?



poniedziałek, 19 maja 2014

Nowy plan FBW, czyli układam swój trening

Ostatni miesiąc był dość chaotyczny, jeśli chodzi o treningi, każdy tydzień składał się w innego rodzaju ćwiczeń: raz siłowych, raz cardio z elementami modelującymi, w zależności od domu, w którym w danym tygodniu przebywałam. W moim ciele niewiele się zmieniło, ćwiczyłam raczej po to, by utrzymać formę, niż by odczuć jakikolwiek progres. Ostatnie parę dni to wręcz bieda - niestety połączenie całodziennych jazd pociągiem i przeziębienia nieco mocniejszego niż poczciwy katar, sprawiło, że skończyłam z trzema treningami w ciągu dni siedmiu dni. Uznałam, że ćwiczenie, będąc osłabionym i charcząc jak własna ciotka z gardłem przepalonym papierosami, to słaby pomysł i lepiej dać organizmowi spokój, niż eksploatować go ponad aktualne siły. Od jutra jednak jadę z koksem.



Groźna mina to wypadek przy pracy, a nie specjalna poza. Tak wyglądam tylko wtedy, gdy spóźnia mi się autobus. 
Widzicie też tutaj mój gorszy biceps - między innymi dlatego w nowym treningu decyduję się na rozdzielanie ćwiczeń, by każdą rękę trenować wedle jej potrzeb. 

Dlaczego postanowiłam ułożyć własny trening siłowy? Do tej pory korzystałam z planów układanych przez użytkowniczki forum SFD.pl, jednak po zakończeniu ostatniego zdałam sobie sprawę, że nie ma tam już nic, co w pełni odpowiadałoby moim potrzebom. Pragnęłam treningu składającego się z trzech części, pozbawionego ćwiczeń nie do końca siłowych i na brzuch (te ostatnie chcę wykonywać oddzielnie), a jednocześnie stymulującego w każdej części wszystkie partie ciała. Chciałam mieć plan dostosowany w 100% do moich preferencji, taki, która zawiera zarówno moje ulubione ćwiczenia, jak i takie, których nigdy nie wykonywałam, ale bardzo mnie interesują. I w końcu - nie byłabym sobą, gdybym nie chciała sprawdzić, jak własna twórczość na mnie wpłynie. Nowe wyzwanie, nowe doświadczenie, to zawsze coś, co warte jest odrobiny ryzyka.

Mój FBW

Serie i powtórzenia:
Tydzień 1-2        3x12 powtórzeń
Tydzień 3-4        3x10 powtórzeń
Tydzień 5-6        3x8 powtórzeń
Tydzień 7-8*      4x6 powtórzeń

*opcjonalnie - tu wypadną mi praktyki terenowe

TRENING A

1a.  Przysiad klasyczny
1b. Wznosy bioder 
2a. Podciąganie końca sztangi w opadzie
2b. Rozpiętki w leżeniu
3. Podciąganie sztangielek wzdłuż tułowia
4a. Wyciskanie francuskie sztangielki jednorącz w siadzie
4b. Uginanie ramienia ze sztangielką w podporze o kolano

TRENING B

1a. Przysiad plie
1b. Martwy ciąg rumuński
2a. Wiosłowanie sztangielką w opadzie
2b. Przenoszenie sztangielki w leżeniu
3a. Wznosy łydek stojąc
3b. Unoszenie sztangielek bokiem
4a. Wyciskanie francuskie sztangi w siadzie
4b. Uginanie ramion ze sztangą podchwytem

TRENING C

1a. Wykroki w tył
1b. Martwy ciąg na prostych nogach
2a. Wiosłowanie sztangą w opadzie
2b. Wyciskanie sztangielek leżąc
3a. Unoszenie sztangielek w opadzie tułowia
3b. Ośle wspięcia
4a. Pompki w podporze tyłem z obciążeniem
4b. Uginanie ramion ze sztangielkami, z suspinacją nadgarstka

Każdy z tych treningów zakończony będzie około 10-minutowym treningiem brzucha.

Dieta

Tutaj mała zmiana - zwiększam ilość przyswajanych kalorii do 2350-2400, przy czym porzucam dotychczasowy stosunek B/W/T i przerzucam się raczej na 25/50/25, chociaż nie wykluczam, że to jeszcze ulegnie zmianie - na pewno będę dokładnie kontrolować to, co dzieje się z moim ciałem. W takim rozkładzie białka mam już wystarczająco, większa ilość jest zupełnie niepotrzebna. 
__

Tym którzy zapomnieli bądź nie widzieli, przypominam o ankiecie mającej na celu poprawę jakości blogu (kliknięcie w obrazek przeniesie Was do posta z formularzem). Odpowiedzi zbieram do końca maja :)



środa, 14 maja 2014

Ankieta dla czytelników - pomóżcie mi ulepszyć blog!

W życiu większości blogerów nadchodzi czas, kiedy chcą dowiedzieć się więcej na temat swoich czytelników i ich oczekiwań w stosunku do publikowanych treści. Teraz nadszedł czas na mnie. Mam nadzieję, że taka krótka ankieta pomoże mi ulepszyć blog i znaleźć kompromis pomiędzy moimi preferencjami a Waszymi wymaganiami.

Bardzo chcę usłyszeć, co sądzicie o moim blogu - tematyce, języku, budowie, czy sprawach technicznych takich jak możliwości obserwowania. Za każdą odpowiedź będę bardzo wdzięczna! :)

Ankieta jest anonimowa i nie zbiera żadnych informacji o osobach ją wypełniających. 







Z góry wielkie dzięki!!!

sobota, 10 maja 2014

Ziaja Med, przeciwzmarszczkowy krem do twarzy SPF 50+

Przyszedł czas na kolejny krem z filtrem - tym razem jest to produkt Ziai. Firma jakiś czas temu wprowadziła do sprzedaży trzy rodzaje takich kremów, każdy z filtrem SPF50+: tonujący, matujący i przeciwzmarszczkowy. Tonujący mnie nie interesował, a na temat dwóch ostatnich słyszałam opinie, że sprawują się podobnie, więc w związku ze słabą dostępnością matującego, wybrałam przeciwzmarszczkowy.

Swoją drogą, każdy filtr jest przeciwzmarszczkowy, bo utrudnia promieniom UVA, odpowiedzialnym za starzenie się skóry, przenikanie przez nasz naskórek ;) wiadomo jednak o co chodzi, w bohaterze dzisiejszej opowieści powinny znaleźć się pewne dodatkowe składniki, o czym niżej. 


Ziaja Med, Przeciwzmarszczkowy krem do twarzy SPF 50+ 

Gdzie? Super-Pharm, apteki, wyspy i sklepy firmowe Ziaja | Za ile? 18,99-23,99 zł / 50 ml


OPAKOWANIE

Zakręcana tubka o standardowej pojemności 50 ml. Otwór wąski, dobrze przemyślany, bo dopasowany do konsystencji produktu (o czym niżej) - wydobycie kremu jest wygodne i nie wiąże się z ryzykiem, że przy najmniejszym przyciśnięciu tubki wylejemy na siebie połowę jej zawartości. Nie spodoba się tym, którzy lubią odmierzać odpowiednią ilość filtra strzykawką, bo jej końcówka po prostu się w tym otworze nie zmieści. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Krem posiada wyrazisty, przyjemny dla nosa zapach - powiedzmy że jakiś bukiet kwiatów, takie fiu-bździu, jak producenci chcą żeby ładnie pachniało, ale nie chcą sugerować jakiejś jednej konkretnej, znanej nam z życia codziennego woni. 

Konsystencja lekka, nietłusta, ale zwarta - produkt nie przelewa się przez palce. Na skórze rozprowadza się jak marzenie, jak zwykły krem nawilżający na dzień. Warto zwrócić tu uwagę na żółtawy kolor kremu (któremu niestety nie udało mi się uchwycić na zdjęciu) - na szczęście nie jest on później widoczny na skórze.


DZIAŁANIE

Dzięki lekkiej formule krem wchłania się jeszcze w trakcie aplikacji, nie bieli i nie pozostawia grubej tłustej warstwy, aczkolwiek dokładne wklepanie produktu jest wysoce pożądane. Świecenie twarzy niestety jest obecne, ale do zaakceptowania. Filtr solo prezentuje się całkiem nieźle - co prawda lekki błysk zostaje, ale nie ma wrażenia posiadania na twarzy maski, można wyłonić się z domu bez przypału


Dużą wadą kremu jest to, że mimo wszystko pozostawia na powierzchni skóry klejący film, przez co trzeba być przygotowanym na usuwanie z twarzy przyczepiających się włosów. Rzutuje to również na jakość makijażu - chociaż make-up trzyma się na filtrze cały dzień i nie waży się, to nie może w pełni wgryźć się w skórę i przy najmniejszym dotknięciu zostaje czy to na chusteczce, czy na palcach. Biada tym którym rzęsa spadnie na policzek - bezwiedne przesunięcie dłonią po skórze w celu usunięcia niechcianej ozdoby skończy się ściągnięciem fragmentu podkładu i malowniczą smugą. Efekt ten maleje co prawda z godziny na godzinę i pod koniec dnia jest minimalny, ale nie jest to w żadnym wypadku zjawisko naturalne ani wygodne. 

Poza tym mankamentem twarz wygląda naprawdę dobrze, raz zmatowiona - bez większych problemów - utrzymuje lekki, raczej estetyczny, powiedziałabym nawet zdrowy połysk. Niestety, filtr idealny to taki, o którym się zapomina, iż się go nałożyło - o Ziai mogę mówić w kategorii filtra zaledwie poprawnego.

SKŁAD


Filtry (wszystkie chemiczne):


Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate - fotostabilny filtr blokujący promieniowanie UVA, maks. dopuszczalne stężenie 10%.
Ethylhexyl Methoxycinnamate - wodoodporny filtr blokujący promieniowanie UVB o maksymalnym stężeniu w kosmetyku 7,5%. Ulega degradacji w świetle słonecznym, ale może być stabilizowany innymi filtrami. 
Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine - absorbuje promieniowanie UVA i UVB. Fotostabilny, zapobiegający degradacji innych filtrów.
Ethylhexyl Triazone - wodoodporny filtr blokujący promieniowanie UVB.

Ponadto Hydrogenated Dimer Dilinoleyl/Dimethylcarbonate Copolymer odpowiada za zwiększenie wodoodporności kosmetyku. 

Nie uznaję filtrów jako produktów stricte pielęgnacyjnych, więc zawarte w składzie składniki działające przeciwzmarszczkowo nie mają dla mnie większego znaczenia, ale w czystej przyzwoitości wymienię: mamy tu nawilżające glicerynę (Glycerin), pantenol (Panthenol) i hialuronian sodu (Sodium Hyaluronate), a dodatkowo Octan tokoferylu (Tocopheryl acetate), który jest przeciwutleniaczem (hamuje procesy starzenia się skóry) wzmacniającym barierę naskórkową, dzięki czemu zapobiega utracie wody jednocześnie ograniczając przenikanie obcych substancji. 

PODSUMOWANIE

Krem Ziai co prawda nie dorasta do pięt niewidzialnej emulsji Vichy, ale na pewno sprawuje się lepiej niż tłusty filtr Dermedic. Owszem, ma wady i wymaga poświęcenia makijażowi większej niż standardowo uwagi i ostrożności, ale biorąc pod uwagę bardzo niską cenę, myślę, że można przymknąć na to oko - koniec końców nosi się dobrze. Nie będzie moim ulubieńcem, ale może stanowić niezłej jakości alternatywę w momentach posiadania dziury w portfelu. 

piątek, 9 maja 2014

Proteinowe placuszki podróżne

Dziś kolejny post jedzeniowy, ale bez obaw - nie przerzucam się na branżę kulinarną. Recenzja kosmetyczna również już się pisze.

Kiedy wyjeżdżam do swoich rodziców na długie weekendy czy wakacje, muszę szykować się na mniej więcej siedmiogodzinną podróż pociągiem. Rzeczą konieczną jest wtedy przygotowanie sobie prowiantu. Jedzenie na podróż nie może zajmować zbyt dużo miejsca, musi być wygodne w transporcie i konsumpcji, jak również odpowiednio kaloryczne i zbilansowane - musi w końcu zastąpić trzy solidne posiłki. Moją ulubioną opcją ostatnio stały się placuszki: spełniają wszystkie wymagania podróżnego jedzenia i smakują znakomicie. 

placuszki proteinowe


Składniki:
  • 200 g płatków owsianych górskich
  • 230 g mleka bądź napoju roślinnego*
  • 60 g odżywki białkowej**
  • 3 jajka
  • szczypta soli
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
  • odrobina oleju do smażenia

*placuszki na mleku (ja używam 2%) są bardziej wilgotne i mają nieco bardziej wyrazisty smak. Jeśli jednak ograniczyłaś bądź wyeliminowałaś nabiał, użyj napoju roślinnego: ryżowego, owsianego bądź migdałowego. Będą tak samo dobre!

**odżywka białkowa jest tu tym, co nadaje plackom smak i słodycz, należy więc unikać dodawania białka o tzw. smaku naturalnym.

Przygotowanie:

Płatki owsiane zmiel lub zmiksuj na mąkę. Dodaj resztę składników - poza olejem. Miksuj całość aż do uzyskania względnie gładkiej, lejącej się masy. Rozgrzej około łyżeczki oleju na patelni, po czym zmniejsz ogień o połowę i chochelką/łyżką wlewaj na patelnię małe porcje ciasta. Na drugą stronę przewracaj w momencie gdy na całej powierzchni masy zaczną pojawiać się bąble powietrza. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dodaj więcej oleju.


Z takiej ilości składników wychodzi sporo bardzo sycących placuszków. Po podzieleniu na dwie czy trzy porcje, okazują się w pełni wystarczające na całą podróż. 

Ciasto tego typu ma to do siebie, że wiele zniesie - jeśli więc chcecie dodać więcej odżywki białkowej lub mniej mleka (przy czym nie róbcie tego jednocześnie ;)), to masa również zachowa się jak powinna.

Placuszki oczywiście nie muszą być przeznaczone na podróż - od razu po przyrządzeniu, na ciepło, smakują wyśmienicie. Warto podzielić wyżej wymienione składniki przez trzy czy cztery i zrobić je np. na podwieczorek.

poniedziałek, 5 maja 2014

Moje menu: zdrowo, szybko i smacznie

Dokładnie jak w tytule - potrawy, które sobie przygotowuję, powinny spełniać wymogi czystej diety, być szybkie w przygotowaniu, nie zawierać zbyt wielu składników, a przede wszystkim być smaczne. Wychodzę z założenia, że najpyszniejsze są najprostsze połączenia, a na szaleństwa rodem z miszelęnowej restauracji mam jeszcze czas.


Nieskomplikowane potrawy mają swoje źródło również w typowo technicznych aspektach, czyli ograniczonym, studenckim budżecie oraz niewielkiej ilości miejsca - obecnie mam do dyspozycji jeden palnik i mały piekarnik, nie mówiąc o braku porządnego blatu. Gotowanie sprawia mi jednak przyjemność, dlatego czasem zaciskam zęby i przygotowuję coś wymagającego większego bałaganu i bieganiny. 

Moje dania nie spełniają być może żadnych estetycznych wymogów, możliwe, że dla obserwatorów z zewnątrz nie wyglądają apetycznie - dla mnie szczerze mówiąc kompozycja nie ma znaczenia. Wiem, co siedzi w każdej z potraw i niezależnie od ich wyglądu na sam widok cieknie mi ślinka, gdyż zdaję sobie sprawę, że są pyszne. 

Oczywiście to nie są wszystkie dania jakie jem - wybrałam te goszczące u mnie najczęściej bądź przeciwnie, wyjątkowo rzadkie (jak frytki). Nie uwzględniłam np. posiłku "na dobranoc", głównie z racji mocno dyskusyjnego wyglądu. Mimo tego co napisałam akapit wyżej, postanowiłam oszczędzić Wam tego widoku ;)


Kurczak w curry, ryż brązowy, 200-230 gramów warzyw z mieszanki chińskiej, sos pomidorowy (wybieram ten gdzie poza pomidorami w składzie jest najwyżej sól, chociaż preferuję te gdzie są same pomidory), dodatkowo trochę oleju z pestek winogron bądź oliwy z oliwek.


Łosoś pieczony z czosnkiem, ziołami prowansalskimi, odrobiną pieprzu i przyprawy do ryb, skropiony sokiem z cytryny. Dodatkowo brokuły i kasza gryczana. Ostatnio częściej wybieram jednak kaszę pęczak, która smakuje mi o wiele bardziej. 


Kurczak w curry i ostrej papryce, ryż brązowy/parboiled, dodatkowo papryka, kilka pieczarek i cebulka - wszystko poza ryżem zapiekane w paczuszkach z folii aluminiowej. To bardziej wybryk niż stały element diety, ponieważ za mało tu warzyw.


Podstawa taka sama, czyli kurczak w curry i ostrej papryce oraz ryż brązowy, dodatkowo 450 g brokułów, papryka i trochę cebulki, wszystko skropione oliwą z oliwek. 


Moje codzienne śniadanie, czyli trzy jajka z dodatkiem ogórka, rzodkiewek i szczypiorku na samodzielnie zrobionym chlebie żytnim na zakwasie. Zawsze wychodzi więcej kromek i warzyw, do zdjęcia pozostawiłam tyle ile wyglądało najlepiej na talerzu ;)


Pomysł na podróż, czyli batony proteinowe. Płatki owsiane i żytnie, orzechy, wiórki kokosowe, jagody goji i odżywka białkowa związane razem mlekiem - proporcje dowolne. Po pozostawieniu na kilka godzin w lodówce do zastygnięcia zostały zanurzone w samodzielnie robionej czekoladzie z miodu, kakao i oleju kokosowego - tu polecam przepis Fitblogerki. Pycha, smakuje jak najlepsza gorzka! 

Batony najlepiej smakują jednak świeżo wyjęte z lodówki, więc na podróże zaczęłam przygotowywać inne rzeczy - przepis wkrótce ;)


Frytki z piekarnika: pokrojone ziemniaki obtaczałam w odrobinie oleju z pestek winogron, do którego wrzuciłam zioła prowansalskie, ostrą paprykę, pieprz, sól i oregano. Wylądowały w piekarniku na około pół godziny w temperaturze 180 stopni. W tle łosoś wędzony na zimno, moja ulubiona propozycja na kolację. Do tego niewidoczne na zdjęciu dwa pomidory. 


Moja pierwsza owsianka - od tamtej pory zaczęłam robić je o wiele częściej! Tutaj płatki owsiane, mleko, orzechy laskowe, jagody goji, odrobina odżywki białkowej, wiórki kokosowe, połowa banana i cynamon. Teraz częściej mleko zamieniam na napój ryżowy, ponieważ staram się choć trochę ograniczyć nabiał, nie dodaję również banana, gdyż jak pisałam w poście o diecie, owoce wybieram najczęściej tylko po treningu. 

Dajcie znać czy interesują Was tego typu posty i czy macie ochotę na więcej :)