Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bubel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bubel. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lutego 2014

(Przed)wiosenne porządki kosmetyczne: buble, perełki i przeciętniaki

Życie pomiędzy dwoma domami ma to do siebie, że człowiek funkcjonuje na dwóch zestawach kosmetyków. Postanowiłam wykorzystać ostatnie dni laby w domu rodzinnym na wyrzucenie przeterminowanych lub zdenkowanych a niezauważonych produktów - a trochę się tego uzbierało.


BUBLE


Isana Hair, Express Spulung Oil-Care, odżywka bez spłukiwania do włosów suchych i z rozdwajającymi się końcówkami - na podstawie tego, ile jej zostało, można się domyślić, że nie była dobrym produktem. Jej główną wadą był chemiczny zapach - ostry i duszący skutecznie pozbawiał mnie wszelkiej przyjemności z użytkowania. 

Od odżywki w mgiełce nie oczekuję cudów pielęgnacyjnych, ale i tak zawiodłam się na całej linii. Spryskane tym kosmetykiem włosy stawały się matowe i szorstkie. Ułożenie ich stanowiło problem. Tego typu odżywki zwykle chociaż pomagają rozczesać czuprynę, ale gdzie tam! Ta nie popisała się nawet na tym polu. Jak dla mnie bubel, nie polecam i sama na pewno nie kupię ponownie


Richards & Appleby, Natural Classics, Henna Treatment Wax, odżywcza maseczka do włosów - ta maska ma dobre pięć lat, naprawdę nie mam pojęcia jak udało jej się tak długo uchować na półce. Robiłam do niej kilka podejść, każde nieudane, więc koniec końców odstawiłam ją w ciemny kąt. Nie wykluczam, że na dłuższą metę poprawiłaby kondycję moich kłaków, niestety po każdym użyciu, mimo dokładnego spłukania, było to samo: obciążone i przetłuszczające się w ekspresowym tempie włosy. 

Chociaż źle ją wspominam, jestem bardzo ciekawa, jak sprawdziłaby się u mnie teraz, tym bardziej że podobno skład (niezbyt zachwycający swoją drogą) uległ zmianie. Zbiera praktycznie same pozytywne opinie, więc chciałabym dać jej drugą szansę. Mimo to posiadany przeze mnie egzemplarz mianuję bublem.

MIAŁ  AMBICJE,  WYSZŁO  JAK  ZAWSZE 


Timotei with Jericho Rose, odżywka do włosów Moc i Blask - na moich włosach okazała się przeciętnym produktem. Wykorzystałam ją do samego końca, ponieważ uważam, że lepsza nawet przeciętna odżywka niż żadna, ale na pewno do niej nie wrócę. Wygładzała włosy i ułatwiała rozczesywanie, ale jednocześnie sprawiała, że były nieco sztywne i wbrew obietnicy producenta - pozbawione blasku. Mocy też, bo włosy wyglądały po prostu smętnie. 


Bourjois, Odświeżająco - oczyszczający żel do mycia twarzy - o tym produkcie pisałam już przy okazji posta o wymysłach producentów. Sam fakt, że nieszczęsny wyciąg z ogórka jest prawie nieobecny, generalnie mi nie przeszkadzał, bo nie ze względu na ekstrakty ten żel kupiłam. Jeśli chodzi o mycie twarzy... ten żel po prostu był. Nie odświeżał jakoś szczególnie, oczyszczać oczyszczał, ale jednak zbyt delikatnie, by go mianem "oczyszczającego" nagradzać - ot, radził sobie z resztkami makijażu i ewentualnym brudem nagromadzonym w ciągu dnia. Krótko mówiąc: żel jakich wiele. Niestety trochę ściągał skórę. Nie zrobił mi żadnej krzywdy, ale w końcu przerzuciłam się na bardziej delikatne, a w końcu na naturalne kosmetyki do twarzy i dla niego już nie było miejsca. Można spróbować, ja jednak do niego nie wrócę.   




BLISKO IDEAŁU


Joanna, Sensual, oliwka łagodząca - jeżeli nie potraktujemy jej jako klasycznej oliwki (którą niestety nie jest), ale jako środek do stosowania po depilacji, okazuje się, że to świetny produkt za niewielką cenę. Dzięki tej oliwce usuwanie pozostałości wosku po depilacji jest łatwością. Kosmetyk łagodzi podrażnienia, wygładza i natłuszcza skórę. Plusem jest również wygodne opakowanie (pompka z rozpylaczem) i śliczny, słodki owocowy zapach. Nie nawilża, ale nikt tego nie obiecywał. Żałuję, że nie zdążyłam jej wykorzystać, ale powód był banalny: nie przepadam za depilacją woskiem i rzadko ją wykonuję, a to głównie po tej metodzie moja skóra zaczyna się buntować. 

Na pewno można znaleźć lepsze i bardziej uniwersalne kosmetyki. Jednak jeśli postrzegać tę oliwkę w kategoriach do których została stworzona, uważam, że jest naprawdę godna polecenia - swoje zadanie wypełnia w 100%.


Alterra, nawilżająca odżywka Granat i aloes - moje włosy uwielbiają maski, a na odżywki reagują pogardliwym "pani, co za ochłapy nam pani dajesz". Tym bardziej doceniam tę, która pośród wielu innych, jako jedyna daje mi fantastyczne efekty. Wystarczy chwila - i włosy stają się gładkie, miękkie i lśniące. Są odpowiednio nawilżone i dobrze się układają. 

Nie odnotowałam żadnych skutków ubocznych - obciążenia czy szybszego przetłuszczania włosów. Do tych wszystkich dobroci dochodzi jeszcze piękny, słodki zapach. Od odżywki nie wymagam więcej. Granat i aloes to moja ulubienica i na pewno jeszcze nieraz ją kupię. Egzemplarz widoczny powyżej został wykorzystany do cna, można powiedzieć, że podwójnie zdenkowany ;), a ostateczne pożegnanie spotkało się z moim dużym niezadowoleniem.

***

Miałyście te produkty? Podzielacie moją opinię o nich, a może wręcz przeciwnie - Wasze wrażenia na ich temat są zupełnie odmienne? Jestem ciekawa czy też raz na jakiś czas robicie generalne porządki w zapasach kosmetycznych :)
Pozdrawiam,

środa, 3 kwietnia 2013

W Nivea myślą, że jestem trupem


Historia jest stara jak świat i nie dotyczy tylko Nivea, ale to właśnie ich produkt był kroplą przelewającą czarę goryczy.


W jednym z czasopism natknęłam się na próbki ich BB kremu. Właśnie, liczbę mnogą – ponieważ, co jest bardzo pozytywnym zjawiskiem, czytelniczkom zaoferowano dwie, jedną do jasnej, a drugą do ciemnej skóry. Na tym niestety pozytywy się kończą, a czemu, to chyba wyjaśnią zdjęcia:





Krem jak widać rozprowadza się topornie, momentalnie zasycha na twarzy i łatwo można zrobić sobie nim barwy wojenne w postaci smug:


Najlepsze jest to, że te dwie po prawej były niewidoczne podczas nakładania kremu. Zrobiły się wyraźne dopiero po kilku minutach od aplikacji!!!

Jestem blada. Mam jasną skórę, podkładów dla siebie szukam w najjaśniejszych dostępnych odcieniach. Ale nie jestem też Królewną Śnieżką. Moja skóra nie jest idealnie biała. Pasuje mi Revlon Colorstay 110 Ivory, najjaśniejsze Healthy Mixy od Bourjois, moim pudrem jest Stay Matte Rimmela w trzecim z kolei odcieniu. Zdarza się, że najjaśniejszy odcień jakiegoś fluidu jest dla mnie za ciemny, ale w większości przypadków potrafię znaleźć dla siebie coś odpowiedniego nawet w trójkolorowej palecie – o ile producent myśli o tym, dla kogo tworzy swój produkt.

Nie jestem jedyna. Mnóstwo dziewcząt, których blogi śledzę, to osoby o jasnej karnacji. Osoby, które mówią prosto z mostu – najjaśniejszy odcień tego i tego produktu dobry byłby latem po tygodniu spędzonym na plaży (bez filtrów). Naturalna skóra Polek nie jest ciemna. Jeśli mamy do dyspozycji podkład dostępny w 10 odcieniach, gdzie numer 1 jest najjaśniejszy, to większość wybierze te z puli 2-5 niż 6-9. W przypadku promocji podkładów to właśnie te najjaśniejsze najszybciej znikają. Polskie recenzje Revlona w 99% dotyczą odcienia maksymalnie 150 Buff – drugiego z kolei. Ciemne karnacje się zdarzają, ale są mniejszością.

Żeby było jasne – nie spodziewałam się, że Nivea idealnie dostosuje się do mojej cery. Mimo wszystko trochę odstaję od średniej. Po pierwsze jednak – średnia ta została stworzona sztucznie i nie odzwierciedla faktycznego stanu polskich skór, co widać po setkach internetowych wpisów dziewczyn, które szukając „swojego” BB wśród amerykańskich/francuskich/polskich propozycji mają problemy ze znalezieniem odpowiednio jasnego odcienia. Po drugie – jasna skóra to jasna skóra, mogę być blada, krem może być za ciemny, ale żeby aż tak?

Po zmyciu opisywanego BB sięgnęłam po krem Biodermy – i niespodzianka, krem pozbawiony wariantów kolorystycznych się sprawdził. Owszem, nadal jest za ciemny – ale wtapia się na tyle dobrze, że różnica w kolorze szyi i twarzy uchodzi uwadze ludzkiego wzroku.

W Nivea myślą, że jestem trupem, bo według nich chyba tylko nieżywi mogą być bladzi.

poniedziałek, 11 marca 2013

Kąpiel w oranżadzie

Lubię truskawki. Lubię aromatyczne kąpiele w wannie. Taka kombinacja sprawiła, że widząc w drogerii saszetki truskawkowej soli do kąpieli Dairy Fun, nie wahałam się długo nad wrzuceniem jej do koszyka.

Produkty Dairy Fun znam z widzenia. Nigdy żadnego nie kupiłam, ale kiedy natknęłam się na nie po raz pierwszy kilka lat temu, mój wzrok przykuła szata graficzna ich kosmetyków. Teraz mnie już nie rusza, ale w czasach mojej młodości - późnego gimnazjum i wczesnego liceum - trafiała w mój gust. Wyróżniała się na plus bajkowym, słodkim designem. Sugerowane na opakowaniach zapachy podobały mi się jeszcze bardziej - bo tu czekolada, tam karmel, gdzieś kokos, a jeszcze dalej właśnie te nieszczęsne truskawki. Dlaczego nieszczęsne? Zapraszam na recenzję...

 Dairy Fun
Sól do kąpieli
o zapachu truskawek


 ZDANIEM PRODUCENTA:



OPAKOWANIE

Wygodna saszetka jednorazowego użytku o pojemności 75g. Jak pisałam - obecnie szata graficzna nie robi na mnie wrażenia, ale w gruncie rzeczy nie ma się do czego przyczepić. Kreska rzecz gustu, wykonanie jest niebanalne i przykuwa wzrok. Wszelkie istotne informacje także zostały zawarte na opakowaniu.

Z otwieraniem poszło mi średnio, ale to dlatego, że robiłam to wilgotną dłonią. Przed chwilą spróbowałam otworzyć saszetkę z drugiej strony i rozeszła się wzorcowo. 
4.5/5

ZAPACH I KONSYSTENCJA

Tanie produkty mają to do siebie, że często ich zapachy mają paskudną chemiczną nutę. Ta sól ma tę nutę, chociaż bez dodatku "paskudna". Zapach nie kojarzy się ze świeżymi truskawkami, ale jest znośny. Wyczuwam tu bardziej połączenie truskawkowego Chupa-Chupsa z takąż oranżadą w proszku - z przewagą oranżady. Ujdzie, ale nie o to mi chodziło.

O konsystencji nie muszę się rozpisywać - sól to sól ;)
3/5


DZIAŁANIE

No dobra. Woda leje się do wanny, walczę z torebką, w końcu otwieram ją i przez niewielki otwór wsypuję sól do wody. Czego oczekuję? Słodkiego zapachu truskawek wypełniającego całą łazienkę. Co dostaję?

Ano po kolei:

Zapach jest bardzo delikatny. Ledwie wyczuwalny unosi się w powietrzu przez parę chwil, a potem ucieka. Nawet siedząc w wannie muszę brać głębokie oddechy, by wyłapać jakiekolwiek nuty. A te wyłapane to bardziej takie nuty oranżady wylanej w pokoju obok niż dojrzewających na słońcu truskawek. Słabo.

Działanie na skórę? Brak. Wrażenie takie, jakbym nie dodała do wody niczego, nie czuję żadnego działania ani podczas kąpieli, ani po niej. 

Sól przypomina o sobie w inny sposób - mianowicie nie rozpuszcza się w całości. Opada na dno i podczas kąpieli czuć ją pod sobą.

Na rany koguta, ten specyfik nawet nie barwi wody! Nie jestem fanką produktów nadających wodzie barwę, bo więcej z nich szkody, niż pożytku - ale jednak jest to jakieś działanie. Sól Dairy Fun nie przejawia nawet takiego.

I wiecie co jest najlepsze? To że po zakończeniu tej bezwonnej kąpieli, z udami po niezamierzonym peelingu trzeba stanąć obok wanny i patrząc na uciekającą wodę zdać sobie sprawę, że wanna... jest kolorowa.

Tak jest - nic nie robiąca sól kończy show z hukiem i pokazuje na co ją stać, pozostawiając osad. Paskudny i mocny, bardzo trudny do usunięcia. Ok, to normalne, że sole czy kule do kąpieli pozostawiają zacieki - ale w większości przypadków wstępne płukanie wodą załatwia sprawę. Tymczasem ta sól, która dla ciała i zmysłów nie robi nic, wymaga użycia po sobie mleczka (długo) i ostrej szczoty. Nie mam pytań.
0/10

SKŁAD


WYDAJNOŚĆ

Trudno ocenić wydajność jednorazowego produktu - ale biorąc pod uwagę fakt, że dla stosownej intensywności zapachu należałoby wsypać do wanny zawartość co najmniej dwóch saszetek, sprawa jest jasna.
2/5

DOSTĘPNOŚĆ

Natury, mniejsze sieciowe drogerie (swoją sól znalazłam w krakowskim Firlicie).
3/5

CENA

2,30zł/75g
4/5

SUMA PUNKTÓW: 16,5/35

Bubel. Nie wiem, jak do tych saszetek mają się duże sole do kąpieli w słoikach Dairy Fun, bo i takie można spotkać - mam nadzieję, że lepiej. Bo wyrzucić w błoto 2zł jest o wiele mniejszym bólem niż 25...

piątek, 2 listopada 2012

Nie polecam: Soraya, 10 minut na perfekcyjnie oczyszczenie

źródło: soraya.pl

Producent rzekł: 
 Jeśli Twoja cera wymaga szybkiego i bardzo skutecznego oczyszczenia, chcesz zredukować niedoskonałości, pozbyć się zanieczyszczeń i nadmiaru sebum, glinkowa maseczka sprawdzi się doskonale. Zaraz po użyciu cera staje się matowa i świeża.

O maseczce przeczytałam w jednym w kobiecych czasopism. Doprawdy, nie wiem, co mnie podkusiło, aby ją kupić, bo NIGDY nie sugeruję się opisami czy recenzjami zawartymi w prasie – większość z nich to pic na wodę. Wolę poczekać na opinie blogerek czy wizażanek. 

Nie. Uparta jak koza, usłyszałam, że coś takiego jest, zachciało mi się wypróbować i nie przeczytawszy żadnej opinii polazłam go sklepu i wrzuciłam maseczkę do koszyka. Cholera, już wtedy czułam, że będą cyrki i wcale nie będę zadowolona.

W opakowaniu są dwie saszetki. Dobre i to – można wykorzystać maseczkę dwa razy, nie pozostawiając drugiej części na pożarcie bakteriom, jak to czasem bywa, gdy maski jest za dużo na pojedyncze zużycie.
Inna sprawa, że saszetki otwierają się upierdliwie. Jak zresztą widać na zdjęciu – próba oderwania kawałka plastiku w miejscu, gdzie jest to nakazane, kończy się oderwaniem kawałka, który daje dziurkę o przekroju, powiedzmy, prawie milimetra. Nie chciałam wracać do pokoju po nożyczki, więc tak to zostało. I dobrze, niech wszyscy zobaczą – nie lubię użerania się z opakowaniami, i wydaje mi się, że wiele osób podziela tę niechęć.




Za pierwszym razem tuż po położeniu maseczki poczułam mocne pieczenie. Zmyłam ją natychmiast, ale postanowiłam dać jeszcze jedną szansę. Za drugim razem było już lepiej, pieczenie było, ale delikatne i krótkotrwałe. Niektóre kosmetyki tak na mnie działają, że mimo iż dobre, to podczas pierwszych aplikacji moja skóra się krzywi, a potem jest już ok - nawet mój ulubiony krem został tak przywitany, więc nie martwiłam się specjalnie.

Po 10 minutach czas na zmycie. Całe szczęście, twarz nie była zaczerwieniona. Problem w tym, że nie była również ani gładka, ani oczyszczona. Matowa, świeża? A gdzie tam. Za to tak szorstka, jakiej nie czułam od lat. Kurde mol, cóż się stało z moją zwykle gładką cerą? Nawet krem nie od razu pomógł. Czy ja płaciłam za to, że poczuć organoleptycznie teksturę powierzchni Księżyca?

Co gorsza, po maseczce na policzkach wyskoczyło mi kilka całkiem sporych niespodzianek. Noż!… na policzkach, zwykle nieskazitelnych, bo mam cerę z przetłuszczającą się strefą T (na czole też parę się pojawiło, na szczęście mniejszych). 

Mało co jest w stanie mnie zapchać czy uczulić. Fakt, jedyne co mi szkodzi to niedokładny demakijaż twarzy (i mycie jej po tym w zimnej wodzie – ale nie narażam na to skóry od kiedy wiem, że się buntuje właśnie z tego powodu), ale nie w takim stopniu! Mogę sobie kłaść na skórę wszystko, a ona to dzielnie zniesie. Tego nie zniosła - sprawa jest poważna.

Opakowanie niestety zostawiłam w Krakowie, a Internet nie pomaga, więc nie mogę wkleić składu. Producent przebąkuje coś o ekstrakcie z zielonych alg - może te księżycowe góry to jego sprawka. Inna rzecz, że brak jakichkolwiek obiecanych efektów skłania mnie raczej do nazwania produktu bublem, niż mnie alergikiem.