Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2015

Projekt denko - czerwiec


Czas na denko! Już miałam pisać, że chcę uczynić z tych wpisów prawdziwy projekt denko, polegający na stopniowym pozbywaniu się kosmetyków i ograniczaniu ich ilości, ale spojrzałam prawdzie w oczy - wiem, że ciężko będzie mi to osiągnąć ;). Wiem natomiast, że to ostatni wpis w takiej formie, następne denko będzie nieco zmienione - ale o tym następnym razem.


Moje stopy są niestety bardzo wymagające, bo i dużo muszą znosić - przysiady czy martwe ciągi z dużym obciążeniem to spore wyzwanie nie tylko dla mięśni, które pracują w danym ćwiczeniu. Przerzucanie setek kilogramów podczas jednego treningu sprawia, że skóra na stopach szybko twardnieje i robi się gruba - mało co jest więc ją w stanie zadowolić.

Bielenda, Happy End, krem do stóp i pięt z mocznikiem - gęsta, treściwa, dość lepka formuła dawała nadzieję na bardzo dobry produkt. Niestety, Happy End okazał się średniakiem. Nawilżał i zmiękczał doraźnie, pięty w ogóle nie reagowały na jego obecność. Gdybym nie miała problemów ze stwardniałą i przesuszoną skórą, pewnie byłabym zadowolona, ale większym wymaganiom nie daje rady. Nie kupię ponownie. 

FussWohl, krem do peelingu stóp - dobry peeling, ale uwaga - nie na stopy. Jest bardzo delikatny, drobinki są małe, nie jest ich jakoś zatrważająco dużo. Jako peeling do ciała spełniłby swoje zadanie, niestety moje stopy potrzebują czegoś więcej niż subtelnego miziania. Wydajność przeciętna. Nie kupię ponownie. 


Eveline, Slim Extreme 4D, intensywne serum powiększające i poprawiające strukturę biustu Mezo Push-Up - jak to u Eveline, miliard czasowników, przymiotników i dziwnych nazw, nie wiadomo na czym oko zawiesić. To serum miało być, jak zgaduję, turboulepszoną wersją klasycznego serum do biustu (którego nałogowo używam). Niestety, lepsze jest wrogiem dobrego. Nie zauważyłam, aby to serum ujędrniało czy jakoś kształtowało biust. Powiększenie? Też niekoniecznie. Poza tym konsystencja przypadła mi go gustu mniej niż ta "ubogiej" wersji, ponieważ jest bardziej klejąca i jakby nie do końca gładka. Nie kupię ponownie. 

Alterra, szampon do włosów z kofeiną - opisywałam go już w ulubieńcach maja i nie zmieniam zdania. Bardzo dobry, delikatny szampon, który nie plącze i nie wysusza włosów. Kupię ponownie. 


Bielenda Pharm, Trądzik, Antybakteryjny tonik normalizujący - bardzo dobrze oczyszcza i odświeża skórę, nie pozostawiając na niej tłustej warstwy. Traktuję go jako dodatek do kremu z kwasem migdałowym i nie oczekuję od niego samodzielnego działania, a jedynie pomocy w walce z niedoskonałościami i tu sprawdza się jak trzeba. Kupię ponownie.  


Marion, dwufazowy delikatny płyn do demakijażu oczu - z reguły jestem zadowolona z kosmetyków tej firmy, jednakże ten płyn jest wyjątkiem. Kompletnie nie radzi sobie z makijażem wodoodpornym, z tradycyjnym zaledwie jako-tako, demakijaż wydaje się trwać wieki. Ponadto podrażnia. Dodajmy do tego bardzo słabą wydajność i już wiem, że nie kupię go ponownie. 


Isana, krem do ciała oliwkowy - kremy z serii "słoje 500 ml za dychę" są na mojej półce od dawna, bo poza dużą pojemnością i niską ceną cechują się także świetnym działaniem. Oliwkowy jest moim ulubionym - jest gęsty jak ten z masłem shea, ma natomiast zapach o wiele bardziej pasujący do ciepłej pory roku (chociaż trzeba się do niego przyzwyczaić - mnie oliwkowy aromat na początku nieco przeszkadzał, teraz przestałam zwracać na niego uwagę). Nawilża i zmiękcza na długo, zostawia na skórze nietłusty film. Myślę, że nawet posiadaczki suchej skóry będą z niego zadowolone. Kupię ponownie. 


Luksja, płyn do kąpieli, Golden Desire - te płyny Luksji kupuję od dawna, bo łączą cechy kosmetyku kąpielowego idealnego: dużą pojemność, niską cenę, bogaty, pozbawiony sztucznych nut zapach, doskonałą wydajność i zdolność tworzenia gęstej piany. Golden Desire to zapach słodki, trochę orientalny - według producenta to połączenie ambry i czerwonej mandarynki - powiedziałabym nawet, że nieco męski. Uzależnia i uwodzi. Na pewno kupię ponownie. 

***

Znacie te produkty, używałyście ich? 

niedziela, 10 maja 2015

Denko marcowo-kwietniowe

Najlepszym sposobem na napisanie kilku słów o kosmetykach, które nie wzbudziły ani mojego zachwytu, ani trwogi, ani też nie wypełniłyby sobą pełnowartościowej recenzji, jest właśnie denko. Dodatkowo to świetna okazja, by przypomnieć o produktach, które jednak w jakiś sposób przyciągnęły moją uwagę. 

ZADBAJMY O KOŃCZYNY


Jasmin, krem do rąk odżywczo - regenerujący - nazwa sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z treściwym kremem o bogatej formule. Okazuje się jednak, że krem jest lekki i bardziej odpowiedni do torebki niż postawienia na szafce nocnej. Szybko się wchłania, delikatnie nawilża i łagodzi podrażnienia, ale o wielkim odżywieniu nie ma mowy; zapewnia pomoc raczej doraźną. Być może kupię go jeszcze raz, tym bardziej, że kosztuje śmieszne pieniądze, ale będę go stosować wyłącznie poza domem, bo regeneracji nie daje żadnej. 

Neutrogena, odżywczy krem do stóp - bardzo spodobała mi się gęsta, ale jakby "sucha" konsystencja tego kremu. Tu już słowo "odżywczy" w nazwie nie okazało się sloganem i ten produkt naprawdę świetnie pielęgnował skórę stóp, zmiękczał ją i nawilżał. Jeśli miałabym jednak wybierać między dwoma produktami, to mój głos ma...

SheFoot, krem na pękające pięty - pisałam już o nim w poście o ulubieńcach marca. Neutrogenę bije na głowę i chętnie kupię go ponownie, bo radzi sobie i z suchą, i ze stwardniałą skórą, do tego faktycznie likwiduje zapach potu. 

ZAWSZE BLACK & WHITE


Ziaja, Rebuild, reduktor cellulitu, serum drenujące - ten produkt ma jedną wadę: jest koszmarnie niewydajny, a pojemność opakowania budzi pusty śmiech - 150 ml kończy się zanim dobrze się zorientujemy, że zaczęliśmy tego serum używać. Mimo to już podczas stosowania pierwszego opakowania widać na skórze zmiany - jest gładsza i bardziej napięta, nierówności nieco mniej widoczne. Konsystencja serum pozwala na długie masaże, a po aplikacji pozostaje przyjemne, delikatne uczucie chłodu. Możliwe, że kupię ponownie, ale na razie szukam czegoś o lepszym stosunku cena/pojemność. 

Sylveco, lekki krem rokitnikowy - kolejny ulubieniec. Polubiłam go najbardziej ze wszystkich lekkich kremów firmy, bo rzeczywiście dużo pozytywnego robi z moją skórą, nie powodując żadnych skutków ubocznych. Jako krem na dzień mógłby być co prawda nieco lżejszy, ale wtedy musiałabym pogodzić się z brakiem części właściwości pielęgnacyjnych. Coś za coś. Za odżywienie i nawilżenie skóry mogę przeboleć nieco dłuższy czas wchłaniania. Kupię ponownie. 

Rimmel, Exaggerate, wodoodporna kredka do oczu - dopiero co polecałam ją w poście o rossmannowych promocjach, a już się skończyła. Na szczęście kupiłam drugi egzemplarz ;) dla mnie to kredka idealna - wodoodporna, trwała, mocno czarna i wydajna. Kupię ponownie. 

A CO NA TO WŁOS?


Babydream, szampon dla niemowląt - z Rossmannów zniknęły na jakiś czas balsamy do kąpieli BDFM, więc będąc w potrzebie zakupu łagodnego produktu do mycia włosów, wrzuciłam do koszyka używany już kiedyś szampon dla dzieci tej samej marki. Już wcześniej nie pałałam do niego żywym uczuciem, ale teraz reakcja moich włosów sprawiła, że już wiem, iż nie kupię go ponownie. Oczyszczał dobrze, ale poza tym, niestety, miał same wady - moje włosy były po nim sztywne, szorstkie i splątane. Przy żadnym szamponie mi się to nie zdarzało, więc szkoda zachodu z tym. A balsamy znowu wracają do drogerii :)

Bania Agafii, odżywczy balsam do włosów suchych i osłabionych - coś producenci mają ze słowem "odżywczy", że lubią wstawiać je w opisy kosmetyków, nawet jeśli nie odzwierciedla ono prawdy. Na moich włosach te saszetki się nie sprawdzają, po zmyciu produktu kosmyki wołają o coś więcej - nawilżającego, wygładzającego, zmiękczającego, coś bardziej treściwego, po prostu, bo ten balsam robi to wszystko w stopniu mniej niż przeciętnym. Nałożenie produktu na 2-3 minuty, jak zaleca producent, odżywienia nie da, ale nawet pozostawienie na dłużej nie robi większej różnicy. Wykorzystałam ten balsam jako emulgator po nałożeniu oleju, a przed myciem i nie kupię  go ponownie. 

L'biotica, Biovax Naturalne Oleje, intensywnie regenerująca maseczka - po zużyciu tej saszetki wiem, że chcę więcej! Dobrze odżywia włosy, sprawia, że są puszyste, miękkie i ładnie się układają. 

IDZIE LATO!


Z powyższych produktów korzystałam rok temu, ale wyrzucam je dopiero dzisiaj, bo zabrałam się za generalne porządki ;) niestety oba kosmetyki są ważne jedynie 6 miesięcy od otwarcia, więc mimo że nie są do końca zużyte, muszę się ich pozbyć. 

Bielenda bikini, transparentny spray do opalania 20 SPF - pisałam o nim już w poście porównawczym ze sprayem AA.  Wygodna w użyciu, pięknie pachnąca oliwka, ale gdybym miała znowu wybierać, to wygrało by AA, bo tłustawy spray Bielendy potrafił momentami się gdzieś odznaczyć, a i naciskanie milion razy spustu bywało męczące. Nie wykluczam jednak, że kupię ponownie, bo ten produkt bije na głowę tradycyjne filtry (jeśli chodzi o zachowanie na ciele) i jest też tańszy niż AA. 

Kolastyna, emulsja do opalania dla dzieci SPF 50 - ten produkt zbiera dobre opinie jako filtr do twarzy, ja jednak nie odważyłam się go używać w ten sposób. Znakomicie sprawdzał się jednak stosowany na dekolt, gdzie tłustawa konsystencja nie była problemem, a i wchłanianie było łatwiejsze. Poza tym jestem pewna, że nie tylko dzieci będą zachwycone jego brzoskwiniowym zapachem! Emulsja nie bieli i nie pozostawia grubej, ciężkiej warstwy na skórze - na pewno kupię ją ponownie. 


Jak Wasze denka? Miałyście któryś z tych produktów?

niedziela, 8 marca 2015

Zużycia lutego (i nie tylko)

Początek nowego miesiąca jest sygnałem dla mnie, żeby otworzyć szafkę z pustymi opakowaniami, po czym zrobić rachunek sumienia i porządki. Dzisiaj zużyte w lutym, albo i przed lutym, ale zaginione gdzieś kosmetyki.


Farmona, Tutti Frutti, peeling do ciała figi & daktyle - kolejnych z małych peelingów goszczących na mojej półce w łazience. Pisałam już nie raz, że bardzo je lubię, bo dobrze ścierają i mają zachwycające, naturalne, soczyste zapachy. Obecnie przerzuciłam się na domowy peeling kawowy, więc Farmona idzie w odstawkę, ale podejrzewam że jeszcze do tego zdzieraka wrócę. 

Eveline, Slim Extreme 3D, Termoaktywne serum modelujące - stosuję je tylko na brzuch i faktycznie widzę, że pomaga mi utrzymać niski poziom tkanki tłuszczowej tamże, a w dodatku ujędrnia i wygładza skórę. Oczywiście - samo serum cudów nie zdziała, ale ponieważ stosuję zdrową dietę i dużo ćwiczę, traktuję je jako pomocnika. Efekt rozgrzewający potrafi być bardzo mocny, ale ja go uwielbiam i palenie skóry witam z przyjemnością. Kupię ponownie. 

Isana, Body Creme, granat & figa - 500 ml produktu o dobrym składzie za 9,99? Takie cuda chyba tylko marki własne Rossmanna potrafią. To masło doskonale nawilża i szybko się wchłania. Efekt gładkiej, miękkiej, zadbanej skóry jest tak mocny, że jestem w stanie wybaczyć temu masłu zbyt lejącą konsystencję i ostry zapach. Bo niestety, produkt często zamiast na mojej skórze lądował gdzieś na podłodze, a woń, mimo że faktycznie odpowiadająca tytułowym owocom, była ciut za bardzo chemiczna. Mimo to uważam, że warto wypróbować i ja sama nie wykluczam, że kupię to mało ponownie. 


Bioderma, Sebium Global, krem przeciwtrądzikowy - pisałam o nim już tutaj. Nie był zły, ale nie wyróżniał się również niczym wystarczająco pozytywnym, by do niego wracać. Hamował występowanie krostek, utrzymywał twarz w dobrym stanie, ale są od niego lepsi. Jeśli dodać do tego odczuwalne wysuszanie i pieczenie przy aplikacji, werdykt staje się jasny - nie kupię ponownie. 

Himalaya Herbals, antiseptic cream, krem antyseptyczny - musiałam ją wyrzucić, ponieważ minął termin ważności. Zostało jej sporo, ale nie dlatego, że była kiepska, ale dlatego, że po prostu przestała być potrzebna (patrz wyżej). Stosowana punktowo na zmiany trądzikowe przyspieszała ich gojenie, wysuszała krostki i łagodziła ten charakterystyczny ból, chociaż nie był to na pewno wynalazek "czysta cera w jedną noc". Podobało mi się, że zasychała na skorupkę, więc mogłam wykonywać domowe czynności czy iść spać z nią położoną na twarzy i nie martwić się, że przypadkowo wszystko rozmażę. Minusem jest zapach - mocna woń szarego mydła drażni nos. Myślę, że warto ją mieć pod ręką w nagłym wypadku, więc pewnie kupię ponownie

Isana, piana do golenia, Zielone Jabłko - uważam, że za pewne produkty nie warto przepłacać i pianki do golenia zdecydowanie należą do tej kategorii. Ta pianka kosztuje grosze, bo około 5 zł, a ma wszystko, czego oczekuję od tego typu kosmetyku: jest puszysta, więc już mała ilość wystarcza na pokrycie dużej powierzchni skóry; zmiękcza włoski i ułatwia poślizg maszynce; nie wysusza, łagodzi podrażnienia, ba, mam wrażenie, że nawet trochę nawilża; aplikator chodzi bez zarzutu. Dodatkową zaletą jest zapach, dobrze oddany, wyczuwalny, ale nie zwalający z nóg swoją mocą. Kupię ponownie. 



Wellness & Beauty, Olejek do kąpieli, Olej sezamowy i wanilia - o tym kosmetyku pisałam już przy okazji ulubieńców stycznia. Chyba nie muszę nic dodawać. Świetna formuła, doskonała pielęgnacja i urzekający zapach. Kupię ponownie. 

Sylveco, ochronna pomadka peelingująca - o pomadkach Sylveco pisałam już z zachwytem kilka miesięcy temu. Czy peelingująca wersja dorównała poprzedniczkom? Na pewno pielęgnuje tak samo dobrze jak one. Nawilża i regeneruje na długo i dogłębnie, usta są w dużo lepszym stanie od razu po aplikacji i efekt ten się utrzymuje. Jej peelingująca część jest zarówno zaletą, jak i wadą. Oczywiście zaletą jest to, że wraz z pielęgnacją mamy okazję zetrzeć martwy naskórek z warg. Wadą jest to, że absolutnie nie może być to jedyna pomadka, jakiej się w danym czasie używa. Drobin cukru jest dużo i są bardzo ostre - zbyt częste ścieranie nimi wrażliwej skóry zwyczajnie nie jest pożądane, bo w końcu zamiast miękkich ust i uczucia ulgi, otrzymamy usta podrażnione. Mimo wszystko ta pomadka jest bardzo przydatna i kupię ją ponownie.

Znacie te produkty, używałyście któregoś?


sobota, 10 stycznia 2015

DENKO na dobry początek roku

Wyrzuciłam ostatnio sporo chomikowanych tu i ówdzie pustych opakowań. Zazwyczaj po zużyciu kosmetyku, chowam je do innych w ustalonym specjalnie do tego miejscu i tam taka grupka czeka, aż uznam ją za wystarczająco dużą, by podsumować jej jakość na blogu. 

Pod koniec grudnia stwierdziłam, że właśnie nadszedł ten czas. Porobiłam zdjęcia i pozbyłam się zajmujących cenną przestrzeń gagatków (w końcu na ich miejsce muszą przyjść nowe!), ale że Święta, Sylwester, tańce, hulanki, prace inżynierskie i swawola, wiadomo - dopiero teraz znalazłam chwilę by usiąść i opisać poszczególne produkty tak, jak należy.


Uriage, Eau Thermale D'uriage, czyli jedyna uznawana przeze mnie woda termalna, a to z tego względu, że po aplikacji nie trzeba jej osuszać. Dla tak zapominalskiej osoby jak ja to wielka zaleta, poza tym jakoś razi mnie idea spryskiwania się jakąkolwiek wodą nieprzeznaczoną do mycia, tylko po to, by za chwilę ją wytrzeć. Dodatkowym plusem izotoniczności Uriage jest możliwość rozpylenia jej na makijaż, co daje nie tylko zbawienne orzeźwienie podczas upałów, ale przede wszystkim scala wszystkie warstwy kosmetyków i nadaje miłe oczom satynowe wykończenie. O łagodzeniu podrażnień czy nawilżaniu nie będę się rozpisywać - po prostu ta woda to wszystko robi. Uriage jest ważnym elementem mojej codziennej pielęgnacji i na pewno jeszcze długo, długo będę ją kupować.

Biała Perła, wybielająca pasta do zębów - dobrze się pieni, dokładnie czyści zęby, ma przyjemny , odświeżający smak. Pod tymi względami nie mogę jej niczego zarzucić. Ponadto jak na małą pojemność (75 ml) jest dość wydajna. Niestety kluczowym powodem, dla którego po nią sięgnęłam, jest działanie wybielające i tutaj nie sprawdza się ona w ogóle. 15 zł za niewyróżniającą się niczym pastę to dla mnie zbyt duży wydatek, więc nie kupię jej ponownie. 

AA, maseczka aktywnie oczyszczająca - jedna z moich ulubionych maseczek. Dobrze się rozprowadza i bezproblemowo spłukuje. Nie podrażnia ani nie wysusza. Matuje, delikatnie oczyszcza (chociaż na pewno nie pozbędzie się najbardziej upartych zaskórników), wygładza, rozjaśnia, zmiękcza i nieco nawilża skórę. Przyspiesza gojenie się wyprysków. Jedna saszetka powinna wystarczyć na dwie aplikacje. Kupię ponownie. 


Marion, Termoochrona, mgiełka chroniąca włosy przed działaniem wysokiej temperatury - ok, płynu w butelce została mniej więcej połowa, ale i przeterminował się on jakoś w połowie zeszłego roku, więc pozbycie się produktu było podyktowane co najmniej przyzwoitością. Nie to, że mgiełka była złym kosmetykiem - po prostu przez długi czas nie używałam suszarki, a kiedy zostałam zmuszona do tego wrócić, zapomniałam całkowicie, że coś takiego Termoochronę posiadam. Czy chroni? Ciężko stwierdzić, zwłaszcza że nie używałam jej regularnie. Za to na pewno ma przyjemny, typowy dla kosmetyków fryzjerskich zapach, wygładza włosy i zapobiega ich puszeniu. Użyta w zbyt dużej ilości może lekko obciążać, ale to jest kwestią wprawy. Niewątpliwą zaletą jest cena mgiełki - 5-7 zł. Możliwe, że kupię ponownie. 

Apart Natural, kremowy żel pod prysznic - hypoalergiczny! a poza tym: nieźle się pieni, myje jak trzeba, ma odpowiednią konsystencję i nie spada z gąbki czy z ciała. Nie wysusza. Producent twierdzi, że jego produkt jest kremowy i tak jest w istocie, Apart bardziej przypomina płyn niż żel. Niestety ma jedną wadę - pachnie dość ostro i chemicznie, powiedziałabym nawet: tanio. W przypadku żeli pod prysznic, które nie mogą nadrobić nieciekawej woni właściwościami pielęgnującymi (jakkolwiek producent twierdzi inaczej), taka cecha skreśla u mnie kosmetyk. Pod wszystkimi innymi względami Apart jest udanym produktem, a że zapach jest kwestią gustu... Warto rozważyć jego zakup, szczególnie że cena to około 6 zł. 

Bielenda, Afrodyzjak Love, Olejek do kąpieli i pod prysznic `Piżmo i jaśmin` - olejkiem w życiu bym tego nie nazwała, bo w składzie olejków brak. Ani jednego! Uznałabym to za minus, gdyby nie to, że skład jest jasno podany i widziały gały co brały. Jeżeli nieprawidłowość nazwy nie stanowi dla was przeszkody, olejek może okazać się przyjemnym towarzyszem kąpieli. Wyśmienicie się pieni i ma wyrazisty, roznoszący się po całej łazience zapach. Powinien przypaść do gustu wielbicielkom piżma, bo to właśnie ta nuta jest główną w kompozycji, nadając całości dość ostry charakter. Jaśmin jedynie nieśmiało przebrzmiewa w tle. Raczej nie kupię ponownie, bo wolę słodsze wonie, ale uważam ten produkt za udany i wart przetestowania.


SheFoot, odżywczy krem + shea do paznokci i suchej skóry stóp - jeśli chodzi o produkty do stóp i dłoni, lubię te o bogatej konsystencji. Ten krem taki jest. Gęsta formuła, zgodnie z obietnicami producenta, odżywia i nawilża stopy. Przy regularnym stosowaniu stają się miękkie i gładkie, ale już po pierwszym użyciu można zauważyć zmiany na plus. Kosmetyk nie usunie na pewno najbardziej upartej stwardniałej skóry z pięt, bo do tego potrzebne są silniejsze środki, ale z szorstkością upora się bez problemu. Wchłania się przyzwoicie. Jedyne co trochę denerwowało mnie w trakcie używania, to mocny i długo utrzymujący się zapach. Z początku przyjemny, bo bardzo słodki - ale ileż można... Mimo wszystko - możliwe, że kupię ponownie. 

Eveline, Glicerini, Glicerynowy skoncentrowany krem głęboko odżywczy + wygładzający do rąk i paznokci BIO oliwka i masło karite - zużyłam ten krem ze sporą niechęcią, bo z głębokim odżywieniem nie ma wiele wspólnego. Konsystencja jest lekka, mokra, jakby śliska. Krem wchłania się bardzo szybko, co jest zaletą w przypadku pośpiechu czy konieczności użycia go "na mieście", ale jednocześnie pozostawia dłonie z uczuciem niedosytu. Nawilżenie jest chwilowe, o regeneracji nie ma mowy. Jako dodatkowy krem mógłby się sprawić, ale jako podstawa pielęgnacji dłoni nie zdaje egzaminu. Nie kupię ponownie. 

Himalaya Herbals, Complete Care, pasta do zębów - pasty HH działają generalnie jak wszystkie drogeryjne. Dobrze się pienią, doskonale czyszczą zęby. Dlaczego więc co jakiś czas wyrzucam z portfela dychę na ich kupno? Ano, ponieważ oparte są na naturalnych składnikach. Mają przez to dość specyficzny kolor i smak, ale można się przyzwyczaić. Z tych, które próbowałam (jedną z nich była wybielająca - bardzo słodka i niestety nie wybieliła nic) ta jest w smaku najbardziej zbliżona do miętowych klasyków, dzięki czemu pozostawia solidne uczucie świeżości. Kupię ponownie. 


Wibo, chusteczki matujące - przy mocno tłustej cerze prawdopodobnie zawiodą, albo będzie trzeba zużyć naraz pół opakowania - ale jeśli nie ma się zbyt wielkich problemów z nadmiarem sebum, to te chusteczki mogą okazać się tanim a skutecznym rozwiązaniem. Ja jestem zadowolona. Nie muszę ich używać na co dzień, ale w razie "w" są pod ręką i bezlitośnie rozprawiają się z niechcianą tłustą warstwą na skórze. Chusteczki Wibo są cienkie, więc niezbyt wydajne, i to może być ich główna wada. Co istotne - mimo swojej delikatności nie rwą się. Miewałam lepsze, owszem, ale za tak niską cenę (i dobrą dostępność) nie wymagam cudów. Kupię ponownie. 

Collection, Lasting Perfection Concealer - kiedyś Collection 2000. Musicie mi uwierzyć na słowo, że to ten właśnie kosmetyk. Napisy zaczęły ścierać się z opakowania jeszcze zanim je otworzyłam po raz pierwszy, ot, korektor przeleżał dwa miesiące w koszyczku z innymi i to wystarczyło, aby pozbył się połowy szaty graficznej. To wyjątkowy korektor i zasługuje na osobny wpis, ale same widzicie... Robienie sesji zdjęciowej takiemu produktowi mija się w celem.
Do rzeczy więc! Kultowy już produkt ma duże krycie i odpowiednio dobrany rozjaśni skórę pod oczami (moim odcieniem był 01 Fair, taki akurat - odpowiednio jasny, ale nie na tyle, żeby zrobić mi zimę na powiekach; blade twarze będą zachwycone). Moje mroczne cienie ukrywał pierwszorzędnie. Z zakryciem krostek również dzielnie dawał sobie radę. Mówią, że jest zbyt ciężki, że wysusza - nie zauważyłam tego. Korektor nie ciemnieje w ciągu dnia, jego jedyną wadą może być to, że lubi zbierać się w zmarszczkach mimicznych i warto to regularnie kontrolować. No, może jeszcze jedna wada - dostępność. Aby go kupić, należy zajrzeć na Allegro albo odbyć wycieczkę do Anglii. Kupię ponownie. 


piątek, 14 listopada 2014

Na rozgrzewkę: denko z ostatnich miesięcy

Wracam po kilku tygodniach, nadal z deficytem czasu, ale staram się wyrwać dobie parę chwil na napisanie posta. Ledwo znajduję czas na zrobienie dostatecznej ilości treningów, ba, nawet na jedzenie tyle, ile powinnam (trzy posiłki nagle stały się normą), ale chciałabym przynajmniej raz w tygodniu coś dodać - a jest sporo rzeczy, o których chciałabym napisać. 


Żeby ponownie wejść w rytm, zaczynam od czegoś lekkiego, czyli produktów zdenkowanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie wszystko się ostało, więc produktów jest mniej niż faktycznie zużyłam.


Kropla Zdrowia, Eco Argan Eye Cream, krem pod oczy z olejkiem arganowym - próbek zwykle nie recenzuję, bo co wiarygodnego można powiedzieć po zużyciu 2 ml produktu? W tym przypadku jest inaczej, bo saszetek dostałam tyle, że wystarczyło mi na kilka tygodni regularnego używania. Krem jest lekki, dobrze się wchłania i nie rozmazuje na skórze, nie pozostawia pod oczami klejącej powłoki, nadaje się pod makijaż. Plus za to, że olej arganowy faktycznie jest obecny w sporej ilości (trzecie miejsce w składzie), a nie jako echo w okolicy substancji zapachowych. Do tego olej z awokado, masło shea, wyciąg z kasztanowca i kozie mleko - fakt, że pośród substancji chemicznych, ale jednak. 

Producent obiecuje redukcję zasinień i zdaje się, że faktycznie ma rację, bo narkotyczne cienie zdawały się jakoś mniej rzucać w oczy, kiedy traktowałam je tym kosmetykiem. 

Nawilżenie jest poprawne, aczkolwiek nie powala na kolana - krem daje ulgę na krótko, po kilkunastu godzinach skóra znowu woła, że jest jej za sucho. 

Produkt kosztuje około 40 zł za 30 ml, na mój portfel to zbyt wysoka cena, ale gdyby była niższa, kupiłabym bez zastanowienia. 


Purederm, Botanical Choice Nose Pore Strips, oczyszczające plastry na nos - swego czasu te plastry wywołały spory szał w blogosferze. Udało mi się kupić raz, nie byłam zachwycona, ostatnio sięgnęłam po nie ponownie, z nadzieją, że może jednak jakimś cudem tym razem będzie ok. Niestety obecnie plastry również wyciągały minimalne ilości zanieczyszczeń, głównie z kącików skrzydełek nosa. Raz czy dwa miały "lepszy dzień", gdy ruszyły cokolwiek ze szczytu, ale efekt był tak mizerny, że na pewno tych konkretnych plastrów nie kupię ponownie


Ziaja, krem nawilżający matujący 25+ - krem-legenda pośród kremów dla cer mieszanych, gdy pokończyły mi się zarówno Sylveco, jak i Baikal Herbals, a ja musiałam szybko sięgnąć po coś niedrogiego, Ziaja była pierwszym wyborem. 

Krem okazał się dosyć gęsty, ale aplikacja nie nastręczała mi problemów. Wchłaniał się całkiem szybko i nie stawiał w szranki z makijażem. Okazał się zabójczo wydajny i wytrwał dwa miesiące (jak nie więcej). Nawilża znakomicie, z matowieniem jest niestety gorzej, w tej kategorii nie zauważyłam większej różnicy między nim a kremami typowo nawilżającymi. 

Niestety mam wrażenie, że nieco zapchał mi pory. Mimo wszystko, prawdopodobnie kupię go ponownie, zwłaszcza że cena (ok. 10 zł za 50 ml) jest bezkonkurencyjna, a ja nie zawsze mam możliwość szarpnąć się za coś dwa razy droższego. 


Pharmaceris T, krem z 10% kwasem migdałowym - to już moje... trzecie? czwarte? opakowanie, właściwie to mogłoby wystarczyć za recenzję, ale niech przyzwoitość zwycięży. Ten krem po prostu działa, skutecznie odblokowując pory i uniemożliwiając rozwój wszelkim pryszczom i inszym krostkom. Z cery problematycznej wyczarowuje cerę czystą i gładką. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Więcej o kremie napisałam tutaj.


Yves Rocher, Volume, Volumizing Shampoo, szampon zwiększający objętość włosów - kosmetyk o mocnym, ostrym i ciut chemicznym, chociaż wyraźnie kwiatowym aromacie, który chociaż nie powinien, bardzo przypadł mi do gustu. Kupiłam ze względu na to, że moim włosom często brakuje objętości (a czasem miewam szopę niczym Hermiona Granger, moje kłaki to jedna wielka zagadka). chociaż i tak zamierzałam go używać jako szamponu do mniej więcej cotygodniowego oczyszczania, a nie codziennej pielęgnacji. I w jednym, i w drugim przypadku sprawdził się dobrze - włosy były wyraźnie podniesione i bardziej puszyste (a nie puszące się), a przy tym pozbawione wszelkich brudów i potencjalnie obciążających substancji. Po myciu - stosunkowo miękkie, prawie niepoplątane, może nieco bardziej suche po użyciu delikatniejszego szamponu, ale to akurat dało się naprawić odżywką. Chętnie kupię ponownie

Babydream fur Mama, Pflegeol, olejek do pielęgnacji ciała - nie, nie nakładałam go na włosy, bo po pierwszym razie nie wyglądały na szczególnie zachwycone tym pomysłem. Przeznaczyłam go w całości do ciała, nakładając na zmianę na suchą i wilgotną skórę. Ta druga opcja wygrywa pod tym względem, że po całym zabiegu olej w większości się wchłania, zamiast, jak w przypadku aplikacji na suchą skórę, trwać na niej, dopóki go nie wytrzemy. Znakomity, w stopniu wręcz ciężkim do uwierzenia (praktycznie same oleje), skład, musiał dać genialne efekty - doskonałe nawilżenie i skórę gładką jak jedwab. Do tego śmieszna cena - jakieś 10 zł za 250 ml - czy muszę dodawać, że kupię ponownie?

Pharmona, Tutti Frutti, Peeling do ciała - mój ulubiony maleńki kompan do ścierania martwego naskórka, tym razem w wersji Wiśnia&Porzeczka. Kupuję coraz to nowe opakowania, bo cóż, ten produkt po prostu znakomicie spełnia swoje zadanie i ściera jak szalony, a wariantów zapachowych jest tyle, że do tej pory żaden mi się nie powtórzył. Widoczny na zdjęciu egzemplarz dorównuje swoim kolegom, także temu arbuzowo-melonowemu - aromat jest mocny, soczysty i naturalny. Nieco lepsza wydajność i byłoby idealnie. Kupię ponownie!


Garnier, płyn micelarny 3w1 - najlepszy micel jaki miałam, bo nie dość, że płacimy 17 zł za 400-mililitrowe opakowanie, to jeszcze szybko i dokładnie oczyszczamy całą twarz, z oczami włącznie, co w przypadku płynów micelarnych nie jest sprawą oczywistą. A tu wszelkie tusze i kredki usuwane są bez śladu (pandy dnia następnego) i podrażnień. Zero klejącej warstwy, zero uczucia niedoczyszczenia - więcej zachwytów tutaj. Kupię ponownie. Miliard razy. 

Uriage, Eau Thermale, woda termalna - łagodzi podrażnienia, odświeża, ogranicza powstawanie skórnych niespodzianek, scala makijaż i poprawia jego ogólny wygląd. W dodatku nie trzeba jej wycierać po aplikacji. Więcej przeczytacie tutaj. To już moja któraś z kolei butelka i na pewno nie ostatnia. Kupię ponownie.

***

Tym tekstem obiecuję poprawę w częstotliwości dodawania postów. Trzymajcie kciuki, żeby uczelnia do końca mnie nie przemieliła ;)

Jak Wasze denka? Może też zużyłyście któryś z tych produktów?

sobota, 5 lipca 2014

DENKO - kwiecień, maj, czerwiec

Wracam do Was po nieco dłuższej przerwie z całą masą pomysłów na posty. Sesja wymaga ofiar, w tym przypadku stał się nią mój blog, ale zaliczyłam wszystkie przedmioty, więc mam parę chwil wytchnienia. 


Dzisiaj post na rozgrzewkę, czyli denko - trzymiesięczne, czyli z kwietnia, maja i czerwca. Długo go nie było, ponieważ nie chciałam zamieszczać denka z kilkoma tylko produktami, które na dodatek już wcześniej recenzowałam. Szału i tak nie ma, ale część produktów zostawiam na planowany wkrótce post, więc... cierpliwości :) 


Trójca filtrów:

Ziaja Med, przeciwzmarszczkowy krem do twarzy SPF 50+ - lekka, nietłusta, niebieląca, o wyraźnie nawilżającym działaniu. Zachęcająca cena - niecałe 20 zł. Wady? Świecenie się skóry i całodzienna klejąca warstwa na twarzy oraz wyraźnie zmniejszona trwałość makijażu (dotkniesz i leci). Mimo wszystko uważam, że można wypróbować i ja tego kremu nie skreślam całkowicie. Więcej tutaj.

Dermedic, Sunbrella, krem ochronny SPF 50+ - ponoć do skóry tłustej i mieszanej. Ponoć. Niesamowicie tłusty, zostawia na twarzy okropny, nigdy nie wchłaniający się film, do tego bieli, więc solo wygląda bardzo nieciekawie. Przy odrobinie uporu makijaż na nim będzie wyglądał dobrze i utrzyma się długo, ale wrażenia "ciężkiej twarzy" i świadomości obecności czegoś dodatkowego pozbyć się nie da. Plusy? Nie zapycha. Najgorszy spośród tu opisywanych. Nie kupię ponownie. Więcej tutaj

Vichy, Capital Soleil, emulsja matująca SPF 50+ - mój ulubieniec. Szybko się wchłania, nie pozostawia klejącej warstwy, twarz nie świeci się po niej zbyt mocno, a makijaż utrzymuje bez problemu. Przy Vichy można zapomnieć, że nałożyło się filtr. Emulsja może jednak zostawiać delikatne białe smugi, jeśli nie rozprowadzi się jej wystarczająco szybko i dokładnie. Cery tłuste najprawdopodobniej zapcha. Kupię ponownie. Ba - już kupiłam, właśnie używam filtru w nowej szacie graficznej. Pełna recenzja tutaj


L'biotica, Biovax, intensywnie regenerująca maseczka do włosów suchych i zniszczonych - po zachwytach nad maską do włosów osłabionych postanowiłam zainwestować w kolejny słój stajni - padło na tę maskę, i to, olaboga, w powiększonym opakowaniu! Nie wiem, co mnie podkusiło. Produkt kupiłam w październiku, zużyłam w czerwcu, co nie świadczy bynajmniej o jego wydajności. Po prostu nie lubiłam jej używać... Maseczka była przeciętna. Właściwie tylko wygładzała włosy, nie zauważyłam poprawy ich kondycji. Zdarzyło mi się ją zostawić na włosach na około 20 minut i efekt był gorszy niż wtedy, kiedy spłukiwałam ją po pięciu - włosy bowiem wyglądały tak jakbym niczego na nie nie nakładała! Nie kupię ponownie. 

Alterra, maska do włosów "Granat i Aloes" - należy do moich ulubieńców i praktycznie zawsze stoi w mojej łazience. Dobrze wygładza i zmiękcza włosy, sprawia, że po myciu błyszczą i świetnie się układają, są dociążone, ale nie klapnięte. Do tego ma piękny zapach i kosztuje niewiele. Pomyśleć, że kiedyś jej nie lubiłam! Kupię ponownie. A potem znowu. I znowu. 



Luksja, płyn do kąpieli "Caramel waffle" - płyny Luksji to stały element wyposażenia mojej łazienki. Piękne zapachy, duża pojemność, niska cena, dostatecznie duża piana, myją jak należy. Ciężko znaleźć wady. Zapach karmelu jest tutaj tak naturalny i wyraźny jak w innych wariantach zapachowych, chociaż nie przebija siłą wersji czekoladowo-pomarańczowej. Fani słodkości będą zachwyceni! Kupię ponownie.

Alterra, olejek do masażu "Migdał i Papaja" - olejki Alterry są wielofunkcyjne! Włosy, ciało, dłonie, paznokcie? W każdej roli sprawują się świetnie. Moje włosy preferują mieszanki olejów i to właśnie ten wariant najlepiej im służy - są błyszczące i ładnie się układają. Stosowany na ciało produkt dobrze je pielęgnuje, czyniąc gładkim i miękkim. Użyty jako maska na dłonie na noc nawilża, wygładza i łagodzi podrażenienia. Olejowanie paznokci pozwala z kolei wzmocnić je i poprawić ich wygląd. Do tego wszystkiego cudowny zapach, który zachęca do regularnego używania. Kupię ponownie


Bania Agafii, błyskawiczna maska do włosów - szał na rosyjskie kosmetyki trochę już osłabł, ale w końcu dotarł i do mnie. To jeden z jego owoców. Dużą zaletą tych produktów są w większości naturalne składy, pełne ekstraktów i olejów, a to wszystko za niewygórowaną cenę. Ta saszetka o pojemności 100 ml wbrew pozorom wystarcza na dość długo. Efekty mnie zadowoliły - chwila moment, a włosy są gładsze, bardziej miękkie, wyglądają zdrowo.  Maska jest ok, nie stanie się moją ulubioną, ale użytkowanie wspominam pozytywnie. Na pewno sięgnę po inne kosmetyki tej firmy, nie "błyskawiczne" - wybór jest tak ogromny, że szkoda nie próbować!

La Roche-Posay, Effaclar Duo [+] - pastwiłam się nad nim już w tej recenzji. Właściwie to nie jest zły kosmetyk - bronił moją twarz przed najazdem wyprysków, utrzymywał gładką, w dobrej kondycji. Wyraźnie też zmniejszył wydzielanie sebum. Za jego kadencji jednak obecne były jednak małe grupki podskórnych krostek oraz kilka większych wulkanów, więc nie poradził sobie z problemem w 100% (chyba wiedział, że go nie pokochałam, bo na kilka dni przed zdenkowaniem dość porządnie mnie wysypało, bez żadnego powodu). Do tego kilka innych kwestii, które sprawiły, że twarzy daleko było do ideału. Cudów nie wymagam - ale za taką cenę spodziewałam się doskonałego kosmetyku, który zostawia w tyle tańsze alternatywy. Jeśli jednak mogę zapłacić 40 zł zamiast 60 i mieć podobny efekt, to sorry LRP - Effaclara nie kupię ponownie. Plus za to, że wydajność jest naprawdę świetna. 

L'oreal, Ideal Soft, Oczyszczający płyn micelarny - ten micel jakiś czas temu szturmem podbił blogosferę - był wszędzie, wraz z pozytywnymi recenzjami. Pomyślałam że warto spróbować... Cóż, po czasie wiem, iż nie bardzo. Micel jak micel, szybko i dokładnie zmywał makijaż, nie podrażniał oczu i nie pozostawiał klejącej warstwy, ale miał trochę kłopotów z wodoodpornym tuszem. Nie mam pojęcia, skąd wzięła się jego popularność, bo według mnie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Używało się przyjemnie, ale nie aż tak, aby do niego wracać, tym bardziej, że wydajnością nie grzeszył i skończył się zanim zorientowałam się, że wydałam na niego pieniądze. 

Farmona, Tutti Frutti, peeling do ciała "Melon i arbuz" - mały ale wariat - tak mogłabym krótko opisać ten produkt. W niepozornej butelce czyha mocny zdzierak o bajecznym zapachu. Więcej w recenzji tutaj. Kupiłam ponownie, w innej wersji zapachowej, która wymiata jeszcze bardziej! Mój ci on, innego nie potrzebuję. 

***

Używałyście tych produktów? Jak wrażenia?

poniedziałek, 31 marca 2014

Minirecenzje denkowe: luty i marzec


W lutym zużyłam niewiele, więc zamiast na siłę tworzyć post z dwoma kosmetykami na krzyż, postanowiłam poczekać i dodać denka do tego, co wykończyłam w marcu. Wyszło tego sporo i przyznam że nie wszystko jest tutaj ukazane - są produkty które mam zamiar opisać w innym poście, gdzie będą bardziej pasować. Nie chcę wybiegać przed szereg, uwzględniając je tutaj.




Joanna, Naturia, Peeling myjący z truskawką - peeling Joanny zrecenzowałam kiedyś pozytywnie, więc z uwagi na to - i na niską cenę - sięgnęłam po niego ponownie. Obawiam się jednak, iż zmiana opakowania pociągnęła za sobą zmiany w składzie, gdyż stał się maziakiem, a nie zdzierakiem. Zawsze był delikatny, to prawda, ale tym razem w trakcie peelingowania nie czułam praktycznie nic, nawet na bardziej wrażliwych częściach ciała (np. dekolcie). Może to ja stałam się bardziej gruboskórna? Nie wiem. W każdym razie do niego nie wrócę. 

Joanna, Naturia, szampon z pokrzywą i zieloną herbatą - świetny szampon do oczyszczania. Prosty skład, znośny zapach, myje jak potrzeba, czyli dokładnie. Nie plątał moich włosów, po myciu były stosunkowo miękkie. Chętnie do niego wrócę. 

Luksja, płyn do kąpieli Blueberry Muffin - litr aromatycznego, gęstego, dobrze pieniącego się płynu za dychę? Biorę! I pragnę więcej. Zapach tak jak nazwa - wyraźnie borówkowy z subtelną słodką nutą. Niestety o wiele mniej intensywny niż w wersji czekoladowo-pomarańczowej, a szkoda, bo lubię czuć zapachy bez konieczności ciągłego zaciągania się. Ponieważ wolę bardziej słodkie zapachy, ten wariant raczej już u mnie nie zagości, ale zużywanie było przyjemne i z czystym sumieniem polecam.




Marion, płyn micelarny - taniocha - za 100 ml płacimy około 5 zł. Niestety cena to nie wszystko, a z tą resztą jest gorzej. Płyn owszem zmywa makijaż, ale zajmuje mu to sporo czasu, a po zakończeniu demakijażu mam wrażenie, że cera nie jest do końca oczyszczona. Płyn jest również wybitnie niewydajny. Nie wrócę do niego.

Himalaya Herbals, balsam do ust z masłem kakaowym - bardzo lubię produkty firmy Himalaya, więc po ten balsam sięgnęłam bez większego zastanowienia - i niestety się zawiodłam. Nawilżał minimalnie, ale nie pielęgnował. Był zbyt suchy i gęsty, zostawiał na ustach grubą, nieprzyjemną warstwę. Dawał chwilowe ukojenie, ale nie doczekałam się poprawy kondycji warg. Nie kupię ponownie. 

Carmex, balsam do ust, Vanilla - po raz kolejny przekonałam się, że jeśli Carmex, to tylko tubka (ewentualnie słoiczek). Sztyfty mnie nie przekonują (także dlatego, że gdy zostaje mało produktu, mechanizm wykręcający przestaje działać i resztki trzeba wydłubywać). Oczywiście, jak to Carmex, dobrze poradził sobie z suchymi skórkami i spierzchnięciem warg, wypielęgnował usta, ale jednak nie w tak doskonałym stopniu, jak robią to wersje tubkowe. Może to kwestia filtra? Co do zapachu - był raczej słabo wyczuwalny, liczyłam na więcej waniliowej woni. Nie kupię ponownie, chociaż współpracowało mi się z nim dobrze - wracam do tubek, nie dość że lepszych, to jeszcze zawierających więcej produktu za tę samą cenę.

Isana, aloesowy krem do rąk - kremy Isany obdarzam zawsze sporym kredytem zaufania. Tu niestety zostało ono nadszarpnięte. Krem okazał się dla mnie zbyt lekki, nie widziałam żadnego działania. Wchłaniał się błyskawicznie i po chwili miałam wrażenie, że niczego nie nakładałam na dłonie. Być może latem sprawdziłby się lepiej, ale w niższych temperaturach (kupiłam go jeszcze w styczniu) nie sprawdził się w ogóle i na pewno do niego nie wrócę.




Pharmaceris T, krem z 5% kwasem migdałowym - mój ulubieniec! Opisywałam go już tutaj. Wspaniały krem, który udowodnił, że można rozwiązać nawet beznadziejne sprawy. Chętnie wróciłabym do niego, ale nie wiem, czy po upływie czasu nie będzie za słaby. W każdym razie polecam.

Tołpa, Dermo Face Physio, płyn micelarny - świetny micel, nad zaletami którego rozpisywałam się już tutaj. Radził sobie z każdym makijażem, oczyszczał jak należy, nie podrażniał. Chętnie do niego wrócę, ale... na promocji. Mimo wszystko są tańsze płyny które też spełniają swoją rolę, pieniądze wolę ulokować w czymś na co trudno szukać zastępstwa.

Inglot YSM, podkład równoważący do młodej skóry - pisałam o nim baaardzo dawno (tutaj). Ta tubka przeleżała nietykana ponad rok, więc znajduje się tutaj ze względu na upłynięcie terminu ważności, a nie zużycie. To był naprawdę przyjemny produkt: lekkinie ważył się, dobrze wtapiał się w skórę, nie najgorzej matował. Krycie średnie, ukrywał mniejsze niedoskonałości, z dużymi problemami sobie nie radził. Był jednak bardzo nietrwały i nie miał filtrów UV - dlatego przerzuciłam się z niego najpierw na kremy BB, a potem na Revlon CS. I chociaż teraz używam filtrów osobno, myślę, że moje wymagania zmieniły się na tyle, by do niego nie wracać. Ale kto wie? Wspominam go miło.

Revlon Colorstay - pełną recenzję znajdziecie tutaj. Właśnie rozpracowuję drugie opakowanie, co chyba może samo z siebie stanowić polecenie :). Mocno kryjący (z możliwością stopniowania), trwały, o szerokiej gamie kolorystycznej. Czasami podkreśla rozszerzone pory, ale po przypudrowaniu tworzy efekt idealnej cery. Uwielbiam i na pewno jeszcze do niego wrócę

Farmona, Jantar - zjechałam tę odżywkę tutaj. Wymęczyłam do końca, ale zgodnie z moimi przewidzeniami nic się nie zmieniło, włosy nadal leciały chętnie jak Gawliński w "Bohemie". Narzekałam też na to, że czupryna pod wpływem Jantaru stała się sucha i sztywna. I proszę bardzo, wystarczył jeden dzień bez wcierki, żeby włosy zaczęły się lepiej układać i odzyskały miękkość. Niniejszym nadaję pomysłodawcy nowego składu tytuł Master of Disaster, a Jantar kwalifikuję do porażki roku.

***

Jak Wasze denka? Któreś z produktów się powtórzyły?

poniedziałek, 3 lutego 2014

O styczniowych zużyciach rozprawa


Styczniowe denko okazało się dość duże jak na moje standardy, więc bez zbędnego przedłużania zapraszam do lektury mojej opinii o zużytych kosmetykach :)


1. Bielenda, Biotechnologia Ciekłokrystaliczna 7D Program Ujędrniający, Silnie ujędrniający balsam do ciała antycellulit - boziu, boziu, ileż mądrych słów, ileż wymiarów! Strach nakładać to cudo na siebie, co by się nie roztopić i nie przelać jakąś struną w okolice Betelgezy. 

Dobra, żarty na bok. Zużycie tego balsamu zajęło mi kilka miesięcy - i to nie dlatego, że był niesamowicie wydajny (ani też dlatego, że przemieszczałam się z nim w czasie i przestrzeni), ale dlatego, że okazał się boleśnie przeciętny. Niezbyt przyjemny, za to raczej mocny sztuczny kwiatowy zapach i dość rzadka (pasująca bardziej do mleczka niż balsamu) konsystencja nie zachęcała do używania. Podczas masażu mazał się po skórze zamiast w nią wchłaniać. Bardzo słabo nawilżał. Na pokazanie umiejętności ujędrniających nie dałam mu szansy, bo wracałam do niego niechętnie i bardzo rzadko. To był jeden z tych produktów, które denkuje się w przymusu, żeby nie zajmowały miejsca na półce. Krzywdy mi nie zrobił, ale przyjemności też nie dał. Nie kupię ponownie. 



2. Efektima, maseczka nawilżająca z wyciągiem z arbuza - plus za to, że nie trzeba jej zmywać wodą: po upływie wyznaczonego czasu wystarczy zetrzeć pozostałości chusteczką. Po tej czynności na twarzy pozostaje lekki film, jednak nie jest ani klejący, ani tłusty. Trochę nawilża, ale efekt jest krótkotrwały. Co gorsza, zapycha pory. Nie kupię ponownie. 

3. Perfecta Oczyszczanie, maseczka peel-off - przykład produktu, który nie robi nic. Wygładzenie, oczyszczenie, zmatowienie? A gdzie tam! Nawilżenia też nie ma, za to jest nieprzyjemnie napięta i podsuszona skóra. Do tego trudne usuwanie maseczki, bo skubana trzymała się mocno i odchodziła w kawałkach. Nie dla mnie, nie kupię ponownie


4. Batiste, suchy szampon do włosów, Cherry - kolejny egzemplarz kultowego kosmetyku w uroczej szacie graficznej trafił pod moją strzechę. Odświeża na długo i lekko unosi włosy u nasady. Biały pył usuwa się bezproblemowo w czasie masażu skóry głowy, dodatkowe akcesoria typu szczotka i suszarka są zbędne. Włosy wyglądają naturalnie -  co prawda nie błyszczą, ale i do smutnego płaskiego matu im daleko. Do samego Batiste wrócę na pewno nie raz, ale do Cherry - niekoniecznie. Nie znalazłam w tym wariancie owocowych nut, wręcz przeciwnie, zapach był chemiczny i zbyt ostry. Co prawda słabszy (i utrzymujący się krócej) niż Tropical, ale jednak drażnił mój nos na tyle, bym po zdenkowaniu nie chciała znowu z niego korzystać. Krótko mówiąc - Batiste - TAK!, Cherry - nie


5. Isana, Intensiv, Pomadka do ust intensywnie nawilżająca - obietnice intensywnego nawilżenia mnie skusiły, więc w chwili skąpstwa (w promocji kosztuje jakieś 2,50 zł) sięgnęłam po ten pielęgniarski sztyft. Pierwsze wrażenie? Niezbyt przyjemny (aczkolwiek dość delikatny) zapach, przekładający się na takiż sam posmak w ustach. Potem było lepiej, ale nadal niezachęcająco - pomadka nie radziła sobie z wysuszonymi, spierzchniętymi ustami. Nawilżała i polepszała ich stan, lecz niewystarczająco mocno i na zbyt krótko. Znikała z ust w mgnieniu oka, musiałam ją raz po raz nakładać - skończyła się więc błyskawicznie.

Osoby, które nie mają żadnych problemów z wargami, prawdopodobnie będą zadowolone, bo Isana i zmiękcza, i nawilża. Niestety przy większych wymaganiach okaże się za słaba. Do gustu nie przypadła mi też konsystencja, pomadka w temperaturze pokojowej rozsmarowywała się ciężko, trzeba było się nieźle namachać, by pokryć usta wystarczająco grubą warstwą. Nie kupię ponownie. 

6. Nivea, Lip Butter, Masło do ust, Karmel - jak nie lubię tej firmy, tak masła zachwalam, bo są świetne! Te produkty o wspaniałych zapachach naprawdę pielęgnują i długotrwale nawilżają usta. Sprawdzają się dobrze nawet przy poważniejszych problemach - chociaż walka z podrażnieniami i suchymi skórkami trwa w moim przypadku dłużej niż przy stosowaniu Carmexa, to w końcu zawsze jest wygrana; wargi wychodzą z niej w bardzo dobrej kondycji. Do tych wszystkich pozytywnych cech dodam świetną wydajność. Wada? Trochę bieli usta - mnie to nie przeszkadzało, gdyż ze względów higienicznych masełka używałam tylko w domu, ale myślę, że warto wspomnieć o tym szczególe. Kupię ponownie


7. Green Pharmacy, Jedwab w płynie, serum na łamliwe końcówki - taki to jedwab jak z koziej... Wólki metropolia, ale kiedy pominiemy kwestię nazewnictwa, okazuje się, że to świetny produkt. Mieszanka silikonów i olejków skutecznie zabezpiecza końcówki włosów przed uszkodzeniami, ponadto nabłyszcza je i wygładza - bez efektu tłustości i obciążenia. Więcej mi nie trzeba. Kupię ponownie (właściwie to już maltretuję kolejne opakowanie). 


8. Yves Rocher, Les Plaisirs Nature, Vanille Agriculture Bio, Lait Veloute, Mleczko do ciała `Wanilia`- matulu, cóż to za zapach! Śmietankowo-budyniowo-mleczna wanilia, raj dla nosa i w dodatku utrzymuje się na ciele. Błyskawicznie się wchłania, nie maże na skórze. Konsystencja dość rzadka, ale w końcu to mleczko - ważne, że nie przelewa się między palcami. Wydobycie z wnętrza nastręcza trochę problemów, jak widać na zdjęciu, w środku zostało trochę produktu, do którego się nie dobiorę - rozcięcie opakowania nie wchodzi w grę, bo to twardy plastik. I o ile w miniaturce jeszcze co nieco można wydłubać palcem, to już z pełnowymiarowym opakowaniem taka sztuczka się nie uda. Przeżyłabym to, gdyby zachwycił mnie działaniem, niestety na tym polu nie sprawdził się kompletnie. W ogóle nie nawilża. Odrobinę zmiękcza skórę, ale to efekt krótkotrwały. Zapach zauroczył mnie na tyle, że na pewno sięgnę po inny produkt z tej serii, ale mleczku mówię nie.


9. BeBeauty, płyn micelarny - pisałam już o nim tutaj. Potworny, jeśli używać go do oczu, ale w demakijażu twarzy sprawdzi się świetnie. Kupię ponownie.

10. Marion, delikatny płyn do demakijażu oczu - również otrzymał swoją recenzję (tutaj). Skuteczny, łagodny i tani. Kupię ponownie.

11. Rimmel, Max Bold Curves Extreme Volume & Lift Mascara - staruszek zbladł i zasechł, i kiedy zaczął kreować owadzie nóżki na skalę wcześniej mi nieznaną, stwierdziłam, że pora na niego (by odszedł). I tak długo przeżył, biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie byłam z niego zadowolona (Cas, your Scrooge is showing). Recenzja tutaj. Nie kupię ponownie. 

12. Lirene Dermoprogram, MaXSlim, Balsam intensywnie ujędrniający - po raz kolejny wróciłam do tego balsamu, bo skoro działa, to czemu nie? O tym, że rzeczywiście ujędrnia, mogliście przeczytać tutaj. Możliwe, że wrócę do niego wiosną czy latem - na razie stawiam na bardziej treściwe mazidła do ciała. Kupię ponownie. 

***

To na tyle, jeśli chodzi o styczniowe zużycia. Sporo ponarzekałam, trochę się pozachwycałam... a teraz wracam do nauki, bo sesja goni ;) 

Dajcie znać, jak Wasze denka!

środa, 8 stycznia 2014

A dna sięgnęły... Recenzje grudniowych zużyć

Kolejne denko, o dziwo małe, ale to chyba wynika z faktu, że miesiąc spędziłam po połowie w dwóch różnych domach i zużywałam kosmetyki zarówno z jednego i z drugiego. A jednak - kilka produktów sięgnęło dna i to jest właśnie czas, aby napisać o nich kilka słów.

Z góry proszę o wybaczenie dzisiejszej jakości zdjęć - światło docierające do mojego pokoju jest zimą okropne i bardzo ciężko mi się z nim pracuje.

Yves Rocher, Pure Calmille, uniwersalny krem do twarzy i ciała

Ten krem dostałam na Gwiadkę 2012 roku i długo leżał nietknięty, bo cały czas korzystałam z innych. Pierwszy raz otworzyłam go jakoś w październiku i od tego czasu używałam za każdym razem, wracając do domu rodzinnego. Teoretycznie przeznaczony jest dla twarzy i ciała, ale ja stosowałam go wyłącznie na dłonie. Prosta rzecz - nie znając składu, nie chciałam nakładać go na moją kapryśną ostatnio cerę, a używany na ciało skończyłby się w mgnieniu oka. A jak sprawdził się w roli kremu do rąk? Znakomicie!

Gęsta, a zarazem nietłusta, jakby "sucha" konsystencja kremu bardzo przypadła mi do gustu. Krem znakomicie się rozprowadzało, nawet nałożony grubą warstwą szybko się wchłaniał i nie pozostawiał nieprzyjemnego tłustego filmu na skórze, jedynie delikatną ochronną warstewkę -  dłonie były wyraźne nawilżone, gładkie, miękkie, wszelkie podrażnienia zneutralizowane. Zapach zgodnie z nazwą rumiankowy, wyraźnie wyczuwalny, ale nieprzesadzony. 

Opisywany przeze mnie krem to wersja limitowana, ale Yves Rocher ma również z swojej stałej ofercie podobny krem - nie wiem nawet, czy poza różnicami w szacie graficznej (swoją drogą - uroczej!) opakowania, uwzględniono jakiekolwiek. W każdym razie chętnie wypróbuję i tego standardowego wariantu, bo Pure Calmille stał się obok 5% Urea z Isany moim ulubionym kremem do rąk. 

Alterra, Krem przeciwzmarszczkowy na noc z wyciągiem z dzikiej róży

Ten krem również wszedł w moje posiadanie dawno temu - jakoś w czerwcu 2013 - kupiłam go w Rossmannie w "Cenie na do widzenia". Używałam go jakiś czas, ale ze względu na bardzo mocny różany zapach i tendencję do niekompletnego wchłaniania się (skutkującego swego rodzaju maską na twarzy), odłożyłam na wieczny spoczynek. Wróciłam do niego na początku grudnia i o dziwo, tym razem spisał się genialnie! Owszem, zapach nadal nieco mi przeszkadzał - tym bardziej, że dość długo się utrzymuje - ale i tak chętnie z niego korzystałam. Tym razem wchłaniał się w całości, a przy tym genialnie nawilżał, zmiękczał i koił moją skórę; wszelkie podrażnienia, suche skórki znikały jak ręką odjął.

Biedak niestety dna nie zdążył sięgnąć, bo 31 grudnia minął jego termin ważności. Strasznie żałuję, bo kremu w sprzedaży już nie ma, ale jego powodzenie zachęca mnie do rozejrzenia się za kremem na noc właśnie firmy Alterra.



Alterra, Cellulite Hautöl Birke & Orange - olejek antycellulitowy `Brzoza i pomarańcza`


Przełknęłam dość wysoką cenę (23,29 zł/100 ml) i sięgnęłam po ten olejek, chcąc stosować go jak pan producent przykazał, a więc nie na włosy czy inne twarze, a właśnie na ciało. I okazało się, że zrobił swoje -znakomicie ujędrnił skórę, nawilżył ją i bosko wygładził. Nie wiem, jak z cellulitem, bo tego nie mam, ale cała reszta uzyskanych efektów pozwala mi stwierdzać, że to godny polecenia produkt. 

Zwrócić uwagę należy na wygodną, niezacinającą się pompkę - chociaż nie chroni ona butelki przed wiecznym upaćkaniem w olejku - oraz piękny zapach, choć dla mnie bardziej cytrynowy ze słodką nutą (pachnie jak cytrynowa Mamba!) niźli pomarańczowy. Na pochwałę zasługuje również bogaty w najróżniejsze oleje, pozbawiony zbędnych chemicznych dodatków skład. Olejek cechuje się niestety również bardzo słabą wydajnością, przy trzymaniu się zaleceń producenta, a więc stosowany dwa razy dziennie, znika już po dwóch tygodniach.



Miraculum, Ultra Slim, Serum wyszczuplająco - modelujące

Obiło mi się kiedyś o uszy, że to serum jest niczego sobie, więc kiedy na nie natrafiłam (w sklepie sieci Drogerie Polskie; niestety nie widziałam go nigdzie indziej...), bez wahania dałam mu szansę. Może to być interesujący produkt dla osób nieprzepadających za podobnymi produktami Eveline: Ultra Slim nie wykazuje efektu rozgrzewającego, chłodzącego, łaskoczącego czy o jakim tam jeszcze producenci pomyśleli. Z wyglądu i konsystencji zwyczajny balsam o standardowym czasie wchłaniania, nie zostawia po użyciu klejącej warstwy. 

Serum ma wysmuklać, przyspieszać spalanie tkanki tłuszczowej i ujędrniać skórę. Wiadomo, na ile można wierzyć takim deklaracjom, Ultra Slim, jak wiele innych kosmetyków, cudów nie czyni. Ciężko mówić o wysmukleniu, nie zauważyłam również redukcji tkanki tłuszczowej - ale skóra, owszem, stała się bardziej napięta i jędrna. Według mnie jednak to nie wystarcza, czy do tego produktu wrócić.

Miałyście któryś z opisywanych kosmetyków?