Pokazywanie postów oznaczonych etykietą joanna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą joanna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 marca 2014

Minirecenzje denkowe: luty i marzec


W lutym zużyłam niewiele, więc zamiast na siłę tworzyć post z dwoma kosmetykami na krzyż, postanowiłam poczekać i dodać denka do tego, co wykończyłam w marcu. Wyszło tego sporo i przyznam że nie wszystko jest tutaj ukazane - są produkty które mam zamiar opisać w innym poście, gdzie będą bardziej pasować. Nie chcę wybiegać przed szereg, uwzględniając je tutaj.




Joanna, Naturia, Peeling myjący z truskawką - peeling Joanny zrecenzowałam kiedyś pozytywnie, więc z uwagi na to - i na niską cenę - sięgnęłam po niego ponownie. Obawiam się jednak, iż zmiana opakowania pociągnęła za sobą zmiany w składzie, gdyż stał się maziakiem, a nie zdzierakiem. Zawsze był delikatny, to prawda, ale tym razem w trakcie peelingowania nie czułam praktycznie nic, nawet na bardziej wrażliwych częściach ciała (np. dekolcie). Może to ja stałam się bardziej gruboskórna? Nie wiem. W każdym razie do niego nie wrócę. 

Joanna, Naturia, szampon z pokrzywą i zieloną herbatą - świetny szampon do oczyszczania. Prosty skład, znośny zapach, myje jak potrzeba, czyli dokładnie. Nie plątał moich włosów, po myciu były stosunkowo miękkie. Chętnie do niego wrócę. 

Luksja, płyn do kąpieli Blueberry Muffin - litr aromatycznego, gęstego, dobrze pieniącego się płynu za dychę? Biorę! I pragnę więcej. Zapach tak jak nazwa - wyraźnie borówkowy z subtelną słodką nutą. Niestety o wiele mniej intensywny niż w wersji czekoladowo-pomarańczowej, a szkoda, bo lubię czuć zapachy bez konieczności ciągłego zaciągania się. Ponieważ wolę bardziej słodkie zapachy, ten wariant raczej już u mnie nie zagości, ale zużywanie było przyjemne i z czystym sumieniem polecam.




Marion, płyn micelarny - taniocha - za 100 ml płacimy około 5 zł. Niestety cena to nie wszystko, a z tą resztą jest gorzej. Płyn owszem zmywa makijaż, ale zajmuje mu to sporo czasu, a po zakończeniu demakijażu mam wrażenie, że cera nie jest do końca oczyszczona. Płyn jest również wybitnie niewydajny. Nie wrócę do niego.

Himalaya Herbals, balsam do ust z masłem kakaowym - bardzo lubię produkty firmy Himalaya, więc po ten balsam sięgnęłam bez większego zastanowienia - i niestety się zawiodłam. Nawilżał minimalnie, ale nie pielęgnował. Był zbyt suchy i gęsty, zostawiał na ustach grubą, nieprzyjemną warstwę. Dawał chwilowe ukojenie, ale nie doczekałam się poprawy kondycji warg. Nie kupię ponownie. 

Carmex, balsam do ust, Vanilla - po raz kolejny przekonałam się, że jeśli Carmex, to tylko tubka (ewentualnie słoiczek). Sztyfty mnie nie przekonują (także dlatego, że gdy zostaje mało produktu, mechanizm wykręcający przestaje działać i resztki trzeba wydłubywać). Oczywiście, jak to Carmex, dobrze poradził sobie z suchymi skórkami i spierzchnięciem warg, wypielęgnował usta, ale jednak nie w tak doskonałym stopniu, jak robią to wersje tubkowe. Może to kwestia filtra? Co do zapachu - był raczej słabo wyczuwalny, liczyłam na więcej waniliowej woni. Nie kupię ponownie, chociaż współpracowało mi się z nim dobrze - wracam do tubek, nie dość że lepszych, to jeszcze zawierających więcej produktu za tę samą cenę.

Isana, aloesowy krem do rąk - kremy Isany obdarzam zawsze sporym kredytem zaufania. Tu niestety zostało ono nadszarpnięte. Krem okazał się dla mnie zbyt lekki, nie widziałam żadnego działania. Wchłaniał się błyskawicznie i po chwili miałam wrażenie, że niczego nie nakładałam na dłonie. Być może latem sprawdziłby się lepiej, ale w niższych temperaturach (kupiłam go jeszcze w styczniu) nie sprawdził się w ogóle i na pewno do niego nie wrócę.




Pharmaceris T, krem z 5% kwasem migdałowym - mój ulubieniec! Opisywałam go już tutaj. Wspaniały krem, który udowodnił, że można rozwiązać nawet beznadziejne sprawy. Chętnie wróciłabym do niego, ale nie wiem, czy po upływie czasu nie będzie za słaby. W każdym razie polecam.

Tołpa, Dermo Face Physio, płyn micelarny - świetny micel, nad zaletami którego rozpisywałam się już tutaj. Radził sobie z każdym makijażem, oczyszczał jak należy, nie podrażniał. Chętnie do niego wrócę, ale... na promocji. Mimo wszystko są tańsze płyny które też spełniają swoją rolę, pieniądze wolę ulokować w czymś na co trudno szukać zastępstwa.

Inglot YSM, podkład równoważący do młodej skóry - pisałam o nim baaardzo dawno (tutaj). Ta tubka przeleżała nietykana ponad rok, więc znajduje się tutaj ze względu na upłynięcie terminu ważności, a nie zużycie. To był naprawdę przyjemny produkt: lekkinie ważył się, dobrze wtapiał się w skórę, nie najgorzej matował. Krycie średnie, ukrywał mniejsze niedoskonałości, z dużymi problemami sobie nie radził. Był jednak bardzo nietrwały i nie miał filtrów UV - dlatego przerzuciłam się z niego najpierw na kremy BB, a potem na Revlon CS. I chociaż teraz używam filtrów osobno, myślę, że moje wymagania zmieniły się na tyle, by do niego nie wracać. Ale kto wie? Wspominam go miło.

Revlon Colorstay - pełną recenzję znajdziecie tutaj. Właśnie rozpracowuję drugie opakowanie, co chyba może samo z siebie stanowić polecenie :). Mocno kryjący (z możliwością stopniowania), trwały, o szerokiej gamie kolorystycznej. Czasami podkreśla rozszerzone pory, ale po przypudrowaniu tworzy efekt idealnej cery. Uwielbiam i na pewno jeszcze do niego wrócę

Farmona, Jantar - zjechałam tę odżywkę tutaj. Wymęczyłam do końca, ale zgodnie z moimi przewidzeniami nic się nie zmieniło, włosy nadal leciały chętnie jak Gawliński w "Bohemie". Narzekałam też na to, że czupryna pod wpływem Jantaru stała się sucha i sztywna. I proszę bardzo, wystarczył jeden dzień bez wcierki, żeby włosy zaczęły się lepiej układać i odzyskały miękkość. Niniejszym nadaję pomysłodawcy nowego składu tytuł Master of Disaster, a Jantar kwalifikuję do porażki roku.

***

Jak Wasze denka? Któreś z produktów się powtórzyły?

piątek, 28 lutego 2014

(Przed)wiosenne porządki kosmetyczne: buble, perełki i przeciętniaki

Życie pomiędzy dwoma domami ma to do siebie, że człowiek funkcjonuje na dwóch zestawach kosmetyków. Postanowiłam wykorzystać ostatnie dni laby w domu rodzinnym na wyrzucenie przeterminowanych lub zdenkowanych a niezauważonych produktów - a trochę się tego uzbierało.


BUBLE


Isana Hair, Express Spulung Oil-Care, odżywka bez spłukiwania do włosów suchych i z rozdwajającymi się końcówkami - na podstawie tego, ile jej zostało, można się domyślić, że nie była dobrym produktem. Jej główną wadą był chemiczny zapach - ostry i duszący skutecznie pozbawiał mnie wszelkiej przyjemności z użytkowania. 

Od odżywki w mgiełce nie oczekuję cudów pielęgnacyjnych, ale i tak zawiodłam się na całej linii. Spryskane tym kosmetykiem włosy stawały się matowe i szorstkie. Ułożenie ich stanowiło problem. Tego typu odżywki zwykle chociaż pomagają rozczesać czuprynę, ale gdzie tam! Ta nie popisała się nawet na tym polu. Jak dla mnie bubel, nie polecam i sama na pewno nie kupię ponownie


Richards & Appleby, Natural Classics, Henna Treatment Wax, odżywcza maseczka do włosów - ta maska ma dobre pięć lat, naprawdę nie mam pojęcia jak udało jej się tak długo uchować na półce. Robiłam do niej kilka podejść, każde nieudane, więc koniec końców odstawiłam ją w ciemny kąt. Nie wykluczam, że na dłuższą metę poprawiłaby kondycję moich kłaków, niestety po każdym użyciu, mimo dokładnego spłukania, było to samo: obciążone i przetłuszczające się w ekspresowym tempie włosy. 

Chociaż źle ją wspominam, jestem bardzo ciekawa, jak sprawdziłaby się u mnie teraz, tym bardziej że podobno skład (niezbyt zachwycający swoją drogą) uległ zmianie. Zbiera praktycznie same pozytywne opinie, więc chciałabym dać jej drugą szansę. Mimo to posiadany przeze mnie egzemplarz mianuję bublem.

MIAŁ  AMBICJE,  WYSZŁO  JAK  ZAWSZE 


Timotei with Jericho Rose, odżywka do włosów Moc i Blask - na moich włosach okazała się przeciętnym produktem. Wykorzystałam ją do samego końca, ponieważ uważam, że lepsza nawet przeciętna odżywka niż żadna, ale na pewno do niej nie wrócę. Wygładzała włosy i ułatwiała rozczesywanie, ale jednocześnie sprawiała, że były nieco sztywne i wbrew obietnicy producenta - pozbawione blasku. Mocy też, bo włosy wyglądały po prostu smętnie. 


Bourjois, Odświeżająco - oczyszczający żel do mycia twarzy - o tym produkcie pisałam już przy okazji posta o wymysłach producentów. Sam fakt, że nieszczęsny wyciąg z ogórka jest prawie nieobecny, generalnie mi nie przeszkadzał, bo nie ze względu na ekstrakty ten żel kupiłam. Jeśli chodzi o mycie twarzy... ten żel po prostu był. Nie odświeżał jakoś szczególnie, oczyszczać oczyszczał, ale jednak zbyt delikatnie, by go mianem "oczyszczającego" nagradzać - ot, radził sobie z resztkami makijażu i ewentualnym brudem nagromadzonym w ciągu dnia. Krótko mówiąc: żel jakich wiele. Niestety trochę ściągał skórę. Nie zrobił mi żadnej krzywdy, ale w końcu przerzuciłam się na bardziej delikatne, a w końcu na naturalne kosmetyki do twarzy i dla niego już nie było miejsca. Można spróbować, ja jednak do niego nie wrócę.   




BLISKO IDEAŁU


Joanna, Sensual, oliwka łagodząca - jeżeli nie potraktujemy jej jako klasycznej oliwki (którą niestety nie jest), ale jako środek do stosowania po depilacji, okazuje się, że to świetny produkt za niewielką cenę. Dzięki tej oliwce usuwanie pozostałości wosku po depilacji jest łatwością. Kosmetyk łagodzi podrażnienia, wygładza i natłuszcza skórę. Plusem jest również wygodne opakowanie (pompka z rozpylaczem) i śliczny, słodki owocowy zapach. Nie nawilża, ale nikt tego nie obiecywał. Żałuję, że nie zdążyłam jej wykorzystać, ale powód był banalny: nie przepadam za depilacją woskiem i rzadko ją wykonuję, a to głównie po tej metodzie moja skóra zaczyna się buntować. 

Na pewno można znaleźć lepsze i bardziej uniwersalne kosmetyki. Jednak jeśli postrzegać tę oliwkę w kategoriach do których została stworzona, uważam, że jest naprawdę godna polecenia - swoje zadanie wypełnia w 100%.


Alterra, nawilżająca odżywka Granat i aloes - moje włosy uwielbiają maski, a na odżywki reagują pogardliwym "pani, co za ochłapy nam pani dajesz". Tym bardziej doceniam tę, która pośród wielu innych, jako jedyna daje mi fantastyczne efekty. Wystarczy chwila - i włosy stają się gładkie, miękkie i lśniące. Są odpowiednio nawilżone i dobrze się układają. 

Nie odnotowałam żadnych skutków ubocznych - obciążenia czy szybszego przetłuszczania włosów. Do tych wszystkich dobroci dochodzi jeszcze piękny, słodki zapach. Od odżywki nie wymagam więcej. Granat i aloes to moja ulubienica i na pewno jeszcze nieraz ją kupię. Egzemplarz widoczny powyżej został wykorzystany do cna, można powiedzieć, że podwójnie zdenkowany ;), a ostateczne pożegnanie spotkało się z moim dużym niezadowoleniem.

***

Miałyście te produkty? Podzielacie moją opinię o nich, a może wręcz przeciwnie - Wasze wrażenia na ich temat są zupełnie odmienne? Jestem ciekawa czy też raz na jakiś czas robicie generalne porządki w zapasach kosmetycznych :)
Pozdrawiam,

sobota, 18 stycznia 2014

Zawsze obecne: 10 kosmetyków, do których wracam

Jeszcze kilka lat temu rzadko zmieniałam kosmetyki, których używam. Trwałam przy sztywnym, zadowalającym mnie zestawie. Od kiedy regularnie prowadzę blog, wiele się zmieniło - staram się sięgać po nowe produkty, aby mieć o czym pisać, a czytanie innych blogów pozwala mi na poznanie ciekawych nowości i bardziej naturalnych alternatyw dla dotychczas stosowanych specyfików.

Są jednak i takie kosmetyki, do których ciągle wracam i nie mam ochoty zamieniać ich na żadne inne. Zużyłam już niejedno opakowanie i wiem, że na tych produktach mogę polegać i się u mnie sprawdzają. W tej chwili, gdy rotacja w kremach, balsamach i kolorówce jest u mnie tak duża jak nigdy, chcę się wyjątkowo skupić na stałych bywalcach mojej kolekcji.



Cukrowy krem do depilacji Bielenda VanityJedyny, który mnie nie uczula, a to dla mnie wystarczający powód, by nie szukać dalej. Nie jest idealny, ale używam go rzadko, więc przymykam oko na niedociągnięcia. Zresztą o wszystkich szczegółach przeczytacie w recenzji tutaj.

Odżywka bez spłukiwania Joanna Miód & CytrynaKupuję i kupuję, bo pomaga rozczesać włosy po myciu i nie obciąża ich, choćbym przesadziła z ilością. Minimalnie nawilża i wygładza. Ma przyjemny zapach i lekką, lejącą konsystencję. Jest bardzo wydajna. Cudów nie robi, ale nie spodziewam się tego po tego typu lekkiej odżywce; nie wyobrażam sobie natomiast rozczesywać włosów bez niczego, co je zabezpiecza, więc wiernie do niej wracam.



Babydream fur Mama Wohlfuhl-Bad. Płyn do kąpieli, który u mnie zastępuje szampon do włosów. Delikatny, nie plącze włosów, nie puszy, zostawia je miękkie i stosunkowo gładkie jak na szampon, i to przy kręconych włosach. Robi co trzeba, czyli nieinwazyjnie, a dobrze oczyszcza. Jest średnio wydajny, ale i tak butla 500 ml za 10 zł naprawdę się opłaca. Zdarzało mi się go zdradzać z szamponem dla dzieci Babydream, ale to nie było to samo - do BDFM ciągle wracam i naprawdę nie mam powodu, by szukać jakiegoś innego szamponu do częstego mycia, niż właśnie ten. Stosunek jakość/cena jest bardzo wysoki. Poza tym w szczególnych przypadkach używam go jako płynu do kąpieli, płynu do higieny intymnej, zdarzyło mi się nawet umyć nim twarz. Kosmetyk wielofunkcyjny, dla mnie podstawa w łazience. 

Serum modelujące do biustu Eveline. Kosmetyki do biustu dzielą się generalnie na dwie części: "tanie" i "działające". Eveline jest chyba jedynym, który należy do obu. Za 13-14zł otrzymujemy 200ml fantastycznego serum. Nawilża skórę na biuście, podnosi piersi, poprawia ich kształt - sprawia, że są bardziej "jabłuszkowe" - delikatnie wypełnia, ujędrnia i sprawia, że są cudownie sprężyste. Jest odpowiednio gęsty, nie przelewa się przez palce i nie spływa z ciała, masaż nim jest bardzo komfortowy. Wydajności również nie można niczego zarzucić. Próbowałam innych kosmetyków i się nie sprawdziły, po nowe nie planuję sięgać, bo ten daje mi to, czego potrzebuję. Wada? Działa tylko w trakcie stosowania, krótko po odstawieniu piersi tracą nieco ze swojej energii ;) 




Dezodorant antyperspiracyjny Adidas for Women Action 3 Pro Clear. Używane wcześniej antyperspiranty albo średnio działały, albo za mocno pachniały - a najczęściej jedno i drugie, co sprawiało, że w cieplejsze dni (a nawet bardziej aktywne zimne) nie czułam się komfortowo. Po Adidasa sięgnęłam już nieco zniechęcona i... pozytywnie się zaskoczyłam. Ma delikatny zapach, który nigdy, po zastosowaniu na ciało, nie dochodzi do głosu. Hamuje wydzielanie potu pierwszorzędnie, a nawet jeśli już jakimś cudem się spocę, zapobiega rozwinięciu się charakterystycznej woni. Czy to upał, czy sprint na uczelnię - wiem, że mnie nie zawiedzie. Działa bardzo długo, więc w ekstremalnych sytuacjach, gdy przez ponad dobę nie ma gdzie się odświeżyć (shit happens), również czuję się bezpiecznie. Poza tym szybko wysycha na skórze. Zostawia lekkie plamy na ubraniach, ale właściwie, mogę mu to wybaczyć. 

Lovely, serum wzmacniające do paznokci z wapniem i witaminą C. Może to już nudne i może jestem monotematyczna, ale to serum naprawdę uratowało moje paznokcie i sprawiło, że przestałam się ich wstydzić. Z wdzięczności mogłabym nosić jego zdjęcie w portfelu. Więcej przeczytacie tutaj


Carmex zapewnia mi porządne, długotrwałe nawilżenie i ratuje nawet najbardziej spierzchnięte usta. Kupuję inne pomadki tylko wtedy, kiedy obudzi się we mnie Sknerus McKwacz i szkoda mi wydać 9-10zł na tubkę, jeśli obok są podobne pojemności innych firm w połowie niższej cenie. Mimo wszystko tylko Carmex w 100% odpowiada moim potrzebom. Nie przepadam za wariacjami i zazwyczaj sięgam po klasyczny wariant w tubce - najsmaczniejszy (sic!) i najwygodniejszy. Ostatnio firma wypuściła wersję waniliową i chyba ją kupię. 

Isana, krem do rąk 5% Urea. O Isanie też trąbię od długiego czasu, ale takie są fakty: to jedyny tak bogaty i zarazem tani (5,49 zł) krem. Odpowiednio gęsty, pięknie nawilża, zmiękcza, odżywia i łagodzi podrażnienia. Idealny na zimę. Może są lepsze kremy od niego, ale trzeba za nie również więcej zapłacić. Wiem na pewno, że to najlepsza pozycja, jeśli chodzi o kremy do rąk tej firmy. 



Rimmel, puder Stay Matte. Właściwie to mam ochotę wypróbować niedługo jakiś puder ze stajni Essence... Nie zmienia to faktu, że do Stay Matte wracam raz po raz. Dokładnie matujący puder o znakomitej wydajności i kryciu wystarczającym, by czasem nałożyć tylko niego, a jednocześnie na tyle małym, by nie zrobić sobie krzywdy. Matuje na 8-9 godzin, a nawet po tym czasie ewentualny błysk jest niewielki. Łatwo się aplikuje, daje naturalny efekt, nie tworzy "ciasta" na twarzy. W ciągu dnia nie ciemnieje i nie waży się. 

Tusze Maybelline Colossal Volum' Express. Pisałam już o wersji wodoodpornej (tutaj - swoją drogą zdjęcie naoczne woła o pomstę do nieba i chyba zrobię nowe, teraz już z nowym tuszem, bo to naprawdę TAK nie wygląda), którą uwielbiam, ale generalnie - za jakąkolwiek  bym się nie zabrała, wiem, że się nie zawiodę. Klasyczny Colossal czy Smoky Eyes radzą sobie równie dobrze. 
Jasne, chętnie wypróbuję te, które robią w blogosferze karierę, jak Lovely Pump it Up czy Max Factor 2000 Calorie (czeka w kolejce) - z tym, że jeśli się nie sprawdzą, wiem, że pierwsze kroki skieruję do szafy Maybelline.

***

A Wy do jakich kosmetyków zawsze wracacie?

wtorek, 2 lipca 2013

ULUBIEŃCY i nie tylko, czyli denko czerwcowe

Tak jak przewidywałam w zeszłym miesiącu, czerwcowe denko okazało się spore. To i tak nie są wszystkie produkty, bo pominęłam m.in. krem do rąk Isany 5% Urea, o którym i tak ględzę przy każdej okazji, więc stwierdziłam, że już wystarczy. 

Aparat odmawia posłuszeństwa i zdjęcia wyglądają trochę jak robione za mgłą (nie jest to wina brudnego obiektywu :P). Mam nadzieję, że do następnego razu uda mi się naprawić tę usterkę i następny post będzie okraszony zdjęciami o idealnej ostrości. 

Ulubieńców zaznaczyłam fioletowym tłem.


1. Isana, mydło do rąk Mango&Pomarańcza. Uwielbiam mydła Isany i nigdy nie przegapię okazji, by przetestować nowy zapach. To mydło pachniało wyraźnie... Mirindą lub Fantą, co kojarzyło mi się z dzieciństwem i czasami, gdy kupowało się Mirindę ze względu na wizerunki Pokemonów pod nakrętką ;). Isana o tym zapachu ma w sobie jakąś kręcącą w nosie nutę, które nadaje jej "gazowanego" charakteru. 
Woń jest dość mocna i o ile nie zostaje na rękach, to i tak czasem podczas mycia zaczyna przeszkadzać. 

Mydło ma trochę galaretowatą konsystencję i często mi się zdarzało, że zanim rozprowadziłam je w dłoniach, część spadła do umywalki. Przy innych wersjach zapachowych ten problem nie jest aż tak dokuczliwy. Do tej już raczej nie wrócę.

2. Lirene, MaXSlim, balsam intensywnie ujędrniający - peany na temat tego balsamu wygłaszałam jeszcze we wrześniu, ale potem jakoś nasze drogi się nie krzyżowały. W końcu trafiłam na niego w promocji, a że byłam zmęczona balsamami, które robiły wszystko poza ujędrnieniem, kupiłam bez zastanowienia. I zdania nie zmieniam! Świetnie nawilża, ujędrnienie jest znakomite, naprawdę wyraźne, a zapach i sposób aplikacji to sama przyjemność. Podczas jego stosowania skóra jest idealnie gładka i sprężysta. Jedyną wadą jest wydajność, bo po miesiącu po opakowaniu 400ml nie ma śladu. 


3. Fusswohl, zmiękczający krem do stóp - zapach jest w porządku, nakłada się go wygodnie, wchłania się szybko i nie pozostawia tłustej warstwy. Nawilżenie jest średnie, o zmiękczeniu nie ma nawet mowy. Nie wysusza i stopy po aplikacji są miłe w dotyku. Efektu "wow" nie ma się jednak co spodziewać, jest bardzo lekki i nie sprawdzi się przy poważniejszych problemach ze stopami. 

4. Joanna Naturia, Peeling do ciała, antycellulitowy z  kawą - byłam bardzo zadowolona z wersji imbirowej i liczyłam, że przy kawowej będzie podobnie. Jest jednak gorzej, wydaje mi się, że drobinki w tej wersji są mniej ostre i jest ich mniej. Produkt ściera w miarę porządnie, ale, niestety, nie jest to taka siła, która by mnie zadowoliła. Niezbyt chętnie sięgałam po ten produkt i wykończenie go zajęło mi więcej niż wskazywałaby na to jego pojemność. 

5. Yves Rocher, krem do rąk Wanilia & Cytryna - krem ten był elementem świątecznej (zimowej?) edycji limitowanej i BARDZO żałuję, że nie go już w sprzedaży. Przetrwał tak długo, bo nosiłam go w torebce, jego rozmiar (mam miniaturkę) i formuła sprawdzały się do tego celu idealnie. 
Przede wszystkim zapach - słodka, ale nie nachalna wanilia złamana nutą cytryny. Ta woń zachwycała mnie i  zwracała pozytywną uwagę wszystkich dokoła, bo krem pachniał mocno, ale nie "walił" chemią czy nadmiernym naperfumowaniem. Długo utrzymywał się na skórze.
Konsystencję miał lekką, ale nie lejącą. Wchłaniał się szybko, nie zostawiając klejącej warstwy. 
Nawilżenie niezłe. Na pewno nie zaryzykowałabym używania tego kremu pojedynczo, zwłaszcza zimą, ale jako ratunek w ciągu dnia był niezastąpiony. 
Jeśli kiedykowiek wróci do sprzedaży, kupię go na pewno.



6. Bielenda, tonik do cery mieszanej i tłustej, Ogórek & Limonka - niska cena, bo niecałe 10zł za 200ml i zapewnione uczucie odświeżenia to główne zalety tego toniku. Nie zauważyłam żadnego działania pielęgnacyjnego i matowienie też nie rzuciło mi się w oczy. Krzywdy jednak też nie robi - nie zostawia tłustej warstwy, nie podrażnia, nie powoduje ściągnięcia czy przesuszenia skóry. Świetnie oczyszcza z brudu i radzi sobie nawet w pozostałościami makijażu. Pewnie do niego wrócę. Nie zachwycam się nim tylko dlatego, że toniki w ogóle nie są moimi ulubionymi kosmetykami ;)

7. Efektima, glinkowa maseczka oczyszczająca - nie spodziewałam się po niej cudów, ale skończyło się na tym, że po użyciu miałam ochotę sprawić tej maseczce osobną recenzję. Zapach może odrzucić, bo jest nieco plastikowy, ale dalej jest tylko lepiej! Maseczka bez problemu się zmywa, a my otrzymujemy oczyszczenie i zmatowienie bez efektu przesuszenia. Co ważniejsze, rozszerzone pory znikają bez śladu, a zaskórniki są mniej widoczne. Efekt utrzymuje się do kilku dni. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to chciałabym, aby buzia po zabiegu była nieco bardziej gładka, ale i tak - wrócę do tego produktu na pewno. 

8. Skin79, Super Plus BB Cream Hot Pink - ten BB krem zasłużył na osobny wpis, ale że jest pocięty i do cna wykorzystany, ląduje tylko w denku. Może jego następca będzie miał więcej szczęścia :)

Startował z pozycji ulubieńca, potem nasze stosunki trochę się ochłodziły. Nie ma co się przerażać szarym kolorem kremu (swatch pokazywałam tutaj), bo kremy Skin79 bardzo dobrze dopasowują się do koloru skóry. Nie będę jednak ukrywać, że zabarwienie mojej cery jest bardziej żółte niż różowe i Hot Pink gryzł się nieco z moją karnacją. W którymś momencie zauważyłam, że moja twarz przestaje wyglądać zdrowo i przejmuje od Skin79 lekko szary odcień. Równie dobrze mógł być to jednak wpływ długiej zimy i braku słońca (właśnie wtedy głównie go używałam), a Hot Pink tylko spotęgował wrażenie zmęczonej cery. 

Mimo wszystko krem dobrze stapia się ze skórą, nie roluje się i nie spływa w ciągu dnia. Krycie ma niezłe, dobrze wyrównuje koloryt, ale nie będzie wystarczający dla osób, które chcą ukryć duże przebarwienia albo wypryski.

Jego wykończenie jest półmatowe, więc cery suche i normalne mogą się obejść bez pudru, mieszane i tłuste po jednorazowym oprószeniu twarzy powinny mieć spokój ze świeceniem się skóry.

No i nie można zapomnieć, że posiada filtr 25 SPF.

Nie jestem pewna, czy chcę do niego wracać. Obecnie używam kremu Skin79 w wersji Orange i już teraz Wam powiem, że jestem bardzo zadowolona. Niedługo pojawi się jego recenzja.  


9. Garnier Ultra Doux, odżywka d/s z olejkiem z awokado i masłem karite - ta odżywka jest bardzo lubiana w blogosferze i ja częściowo podzielam to zdanie, ale na pewno nie zostanie moim ulubieńcem. Co robi? Dobrze wygładza, włosy już w trakcie aplikacji stają się śliskie i miękkie, po zmyciu łatwiej jest rozczesać. Czego nie robi? Nie robi szału ;) A tak na serio - nie zauważyłam, żeby włosy wyglądały po niej lepiej niż po jakiejkolwiek innej lubianej przeze mnie odżywce. Więcej nawet, trochę się puszyły. Odżywka jest dobra, ale nie powaliła mnie na kolana, więc idę testować dalej :)

10. Joanna, Rzepa, kuracja wzmacniająca do włosów - właściwie skończyła się trochę wcześniej, ale leżała pomiędzy używanymi kosmetykami i dopiero niedawno zdecydowałam się wrzucić ją do denka. Dostała już własną recenzję, więc nie będę się zagłębiać. Powiem tylko tyle, że efekt, który daje, nie jest długotrwały i kurację trzeba powtarzać. Przynajmniej w moim wypadku, ale uprzedzam, że ja mam problemy z wypadającymi włosami od kiedy pamiętam. Osoby, które dotknęło to nagle i przelotnie, mogą nie potrzebować powtórki. W każdym razie polecam. 


11. Eveline, Slim Extreme, Push-Up, superskoncentrowane serum do biustu - nawilżony, jędrny i podniesiony biust o pięknym kształcie. Wracam do tego produktu od lat, bo DZIAŁA. Powiększać nie powiększa, ale tworzy swoisty niewidzialny biustonosz, którym otula piersi i widocznie poprawia ich wygląd.


Pora kończyć ten nieprzyzwoicie długi post, mam nadzieję, że dotrwałyście do końca :) 
Chętnie posłucham Waszych opinii na temat tych produktów.

piątek, 5 kwietnia 2013

Marcowe denko

Tym razem nieco skromniej, postanowiłam bowiem odpuścić produkty pojawiające się we wcześniejszych denkach. Nie widzę potrzeby pisania dwa razy o tym samym - o ile nagle nie zaczęło przejawiać kompletnie innego działania - więc skupię się tylko na tych kosmetykach, które występują tu po raz pierwszy bądź były opisane szerzej w osobnych postach - w ramach przypomnienia.


1. Bielenda, łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu oczu, Awokado - niestety najgorszy z trio dwufazówek Bielendy. Nadal dawał sobie radę z wodoodpornym tuszem, więc tragedii nie ma, ale usuwanie makijażu było dłuższe i trudniejsze w porównaniu z wersją oliwkową i bawełnianą. Częsty efekt pandy i podrażnienie oczu całkowicie go u mnie skreślają. Miał być dla wrażliwych oczu, moje, o wrażliwości zupełnie przeciętnej, mocno cierpiały.

2.  BeBeauty, Micelarny żel do mycia i demakijażu - pierwszym przymiotnikiem, który przychodzi mi na myśl o tym żelu, jest: łagodny. Nie ma chyba możliwości, żeby zrobił skórze krzywdę. Całkiem nieźle radził sobie z makijażem. Chociaż w odróżnieniu od płynów nie miałam dowodu w postaci brudnego wacika, nie występowały u mnie objawy charakterystyczne dla niezmytych kremów BB, typu zapychanie. Skóra wyglądała świeżo i zdrowo. Nie wrócę jednak do niego, ponieważ moja mieszana cera pod jego wpływem zaczęła wydzielać więcej sebum i miałam kłopot z jego ograniczaniem. Sprawdzi się u suchych skór, tak jak zaleca producent, mieszane i tłuste mogą zacząć nadmiernie się przetłuszczać. 


3. Yves Rocher, żel pod prysznic Jardins du Monde, wersja Ziarna kakao z Afryki - w niepozornej buteleczce znajdziemy 200ml wspaniałego płynu. Zacznę od początku: wygodny "format", żel można zabrać ze sobą na wakacje. Zapach - obłędny! Mocna, słodka woń ziaren kakaowca, prysznic/kąpiel z tym żelem to sama przyjemność. Świetnie się pieni, oczyszcza jak trzeba. Ja więcej nie potrzebuję i chętnie wrócę do tego żelu. 

4. Joanna Naturia Body, Peeling antycellulitowy z imbirem - czy zwalcza cellulit, nie mnie to oceniać. Jest jednak bardzo przyjemnym, ostrym, porządnym zdzierakiem. Może nie jest gruboziarnisty jak najbardziej gruboziarniste peelingi, ale drobinki zdecydowanie czuć na skórze i co ważne, jest ich bardzo dużo. Zapach delikatny, zaiste imbirowy. Tylko pojemność malutka, na co narzekałam już przy recenzji innego peelingu Joanny. Polecam. 


5. Kallos Latte, maska do włosów - nie polubiłam się z tą maską, parę miesięcy przeleżała nieużywana, aż w końcu wykorzystałam ją do tego, do czego świadoma kobieta ;) używa nietrafionych masek - do depilacji nóg. I tu zdała egzamin idealnie - zmiękczyła włoski, nawilżyła skórę, nadała niespotykany wręcz poślizg maszynce. Mam wrażenie, że nawet spowolniła nieco odrost nowej sierści. O tym, co moim włosom w niej nie pasowało, pisałam tutaj.

6. Bielenda, olejek do kąpieli Pomarańcza & Cynamon - skończył się chyba jeszcze w lutym, ale przetrzymywałam go na półce w nadziei, że da się z niego jeszcze coś wycisnąć. Zachwalałam go już tutaj.

sobota, 16 marca 2013

Kuracja wzmacniająca włosy od Joanny


Z problemem wypadających włosów borykam się od dawna. Raz jest lepiej, raz gorzej, powody są różne, ale jedno jest pewne – wystarczy niewielka zmiana, by trzymające się w ryzach włosy zaczęły szukać nowego domu. Basenowy chlor, wiosenne osłabienie, noszenie czapki, problemy z odżywianiem (teraz już nie, ale zdarzało się) – ciężar takich sytuacji spada niestety (i zdawałoby się, w całości) na moje włosy.

Próbowałam wielu specyfików, od suplementów diety przez odżywki do wcierek. Z całego arsenału na dłuższą metę pomógł mi jedynie Jantar. Po długiej kuracji chciałam spróbować czegoś nowego, czegoś, czego nie będę musiała na siłę wytrząsać z butelki i używać codziennie. Wybór padł na rzepową kurację wzmacniającą Joanny. Jak się sprawdziła? Zapraszam na recenzję :)

Joanna
Rzepa
Kuracja wzmacniająca




SŁOWO OD PRODUCENTA
Kuracja wzmacniająca Rzepa przeznaczona jest dla włosów przetłuszczających się, ze skłonnością do łupieżu i wypadania. Zawiera bogaty zestaw aktywnych czynników - takich jak ekstrakt z czarnej rzepy oraz inne specjalnie wyselekcjonowane ekstrakty naturalne i składniki energizujące, aby wzmacniać włosy i skutecznie zmniejszać przetłuszczanie się skóry głowy. To specjalistyczny produkt do wcierania w skórę głowy, który pozwala osiągnąć dobre rezultaty przy regularnym stosowaniu.
Specjalna formuła neutralizuje charakterystyczny zapach czarnej rzepy i zwiększa komfort stosowania. 


OPAKOWANIE

Stumililitrową kurację dostajemy w kartoniku, wewnątrz którego znajduje się przezroczysta plastikowa butelka z długim wąskim dozownikiem. Wielki plus dla Joanny! Dzięki takiej szyjce można bez trudu dostać się z preparatem do skóry głowy, bez zostawiania go na włosach.

Otwór jest nieduży, w łatwy sposób można kontrolować aplikowaną ilość kuracji. Plastik jest miękki, więc w razie potrzeby mocniejszym ściśnięciem z butelki wypływa więcej płynu.

Kartonik zawiera wszystkie potrzebne informacje na temat preparatu – zalecenia, stosowanie, skład. Na etykiecie samej butelki znajdziemy już tylko datę ważności. Napisy się nie ścierają, naklejka nie odrywa.
5/5


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach rzepy jest wyraźny i dość mocny, ale wyczuwalny tylko podczas aplikacji. Tuż po zakończeniu masażu się ulatnia.  Wielu osobom będzie przeszkadzał, dla mnie jest akurat przyjemny
.
Konsystencja wodnista, kuracja może trochę spływać,  ale na pewno nie tak żeby zalać nam twarz i kark ;). Wchłania się stosunkowo szybko.
4.5/5

DZIAŁANIE

Producent zaleca używanie kuracji przez dwa tygodnie po każdym myciu głowy, co najmniej trzy razy w tygodniu, następnie kilkudniową przerwę i ewentualny powrót do stosowania. Sposób użycia jest prosty: nanosimy kurację na skórę głowy i wcieramy/masujemy przez kilka minut. Nie spłukujemy. Nie mam raczej cierpliwości do masaży i moje ograniczały się zwykle do dwuminutowych sesji. Okazało się jednak, że to wystarczy.

Włosy, które do tej pory wychodziły mi garściami, po dwóch tygodniach się uspokoiły. Przestałam zostawiać masę kołtunów na grzebieniu czy w odpływie wanny. Owszem, cały czas zdarza mi się zgubić parę przy czesaniu, ale to jest nic w porównaniu z tym, co było wcześniej. Trudno było mi uwierzyć, że taki postęp może się dokonać w ciągu dwóch tygodni – a jednak. Kurację stosowałam dwa razy i za każdym razem wystarczyło te sześć-osiem aplikacji żeby problem zniknął.


Co więcej, efekt utrzymuje się dość długo. Po pierwszej turze chciałam odczekać parę dni i wrócić do stosowania Rzepy, ale włosy były w tak dobrej kondycji, że na jakiś miesiąc zapomniałam o tym, iż wcierkę w ogóle mam.

Wypadanie wzmogło się znowu, jak sądzę, w wyniku połączenia wiosennego osłabienia z duszeniem włosów pod czapką. Pokornie wróciłam do Joanny i w chwili obecnej mogę odetchnąć z ulgą, bo po dwóch tygodniach włosy są wyraźnie mocniejsze i nie muszę oczyszczać grzebienia po każdym rozczesaniu.

Widać wyraźnie, że kuracja nie jest sposobem „raz na zawsze”, problem powraca, w moim przypadku pewnie zawsze tak będzie, nie liczę na cud. Mimo to Rzepa zdecydowanie ułatwiła mi życie. Nad czołem odnalazłam nawet kilka baby hair :)

Producent obiecuje ponadto zahamowanie przetłuszczania się włosów i ograniczenie łupieżu. Tego drugiego nie mam, co do przetłuszczania, nie zauważyłam żadnej różnicy. Powiedziałabym nawet, że włosy ostatnio przetłuszczają mi się szybciej niż zwykle, ale nie jest to wina wcierki (powodu szukam).

Kuracja nie podrażniła mojego skalpu, nie zauważyłam żadnych skutków ubocznych. Producent ostrzega przed mrowieniem skóry głowy czy wystąpieniem osadu na włosach, u mnie takie objawy się nie pojawiły.
8/10
 SKŁAD


WYDAJNOŚĆ

Po dwóch turach mam jeszcze połowę butelki. Jak na produkt do stosowania czasowo i nieregularnie, myślę, że to całkiem dobry wynik.
4/5

DOSTĘPNOŚĆ

Kurację widziałam w Naturach, SuperPharm i mniejszych drogeriach (Kraków – Firlit).
4/5

CENA
7-9zł/100ml.
5/5


SUMA PUNKTÓW: 30,5/35

Zdecydowanie polecam każdemu, kto tak jak ja boryka się z problemem wiecznie wypadających włosów. To niepozorne tanie maleństwo naprawdę działa i zasłużyło sobie na szczególne, stałe miejsce pośród moich kosmetyków. Obym szybko nie musiała do niego wracać – ale w razie czego, będzie jak ulał. 

poniedziałek, 4 marca 2013

Co nieco o lutowych wyrzutkach i kobiece zmartwienie


Lutowe denko – szybko i konkretnie, bo nowy semestr goni mnie z idealnie naostrzonym toporem.


1.       Joanna, odżywka b/s miód i cytryna do włosów suchych i zniszczonych – wyobraźcie sobie, że tę odżywkę kupiłam pod koniec czerwca… Używałam jej regularnie i sama nie mogę uwierzyć, że przetrwała tak długo! Moja ulubiona – ułatwia rozczesywanie włosów, nie obciąża ich, poprawia skręt loków. Kolejna jest już w użyciu. 
2.       Isana, odżywka d/s "połysk jedwabiu'' – po wycofaniu Isany z babassu postanowiłam szukać ratunku w obrębie tej samej serii. Niestety – Połysk jedwabiu nie zdziałał wiele dobrego na moich włosach. Czułam poślizg podczas spłukiwania tej odżywki, rozczesywanie również było stosunkowo łatwe, ale o połysku czy innych efektach poprawy kondycji kłaków nie było mowy. Nie kupię ponownie.
3.        Barwa ziołowa, szampon Czarna Rzepa  używałam go średnio raz na tydzień do oczyszczenia włosów. Prosty i bardzo tani produkt, który po prostu się sprawdzał – co prawda lekko plątał włosy, ale nie spodziewałam się w tej kwestii niczego innego. Nie wysuszył, nie zniszczył, po prostu - idealnie wykonywał swoje jedynie zadanie. 
4.       Swiss o Par, Frotte, suchy szampon – recenzję napisałam tutaj. Chwilowo do niego nie wracam, ale ma otwartą furtkę w przyszłości.


5.       Lirene, Stop Cellulit, antycellulitowy peeling myjący – polubiłam duże i twarde drobiny tego peelingu, ale zdecydowanie wolałabym, aby było ich więcej. Czasami szorowałam uda w tę i we w tę kilkoma samotnymi ziarnami i siłą rzeczy musiałam dokładać produktu. Peeling miał dość galaretowatą konsystencję i lubił sobie „odlecieć” (często do wanny, czasem na ścianę). Ścierał jednak fantastycznie, dokładnie usuwał martwy naskórek i nie podrażniał, skóra była gładsza. Na razie do niego nie wracam, bo chcę zaryzykować z peelingiem kawowym, ale polecam. 
6.       Perfecta Spa, ujędrniające masło do ciała Czekolada+olejek kokosowy – czyli niezłe masło z paskudną właściwością brudzenia wszystkiego dookoła. Opisywane tutaj
7.       Marion Spa, inteligentne płatki kolagenowe pod oczy – czytałam o nich pozytywne opinie. Kupiłam, użyłam zgodnie z instrukcją, poszłam spać. Następnego dnia prawie dostałam zawału, zerkając w lustro – NIGDY nie miałam tak wielkich i ciemnych cieni pod oczami jak po zastosowaniu tych płatków. Skóra była co prawda przyjemnie napięta i nawilżona, ale litości – nie chcę liftingu za taką cenę! Efekt bardzo krótkotrwały (ze względu na cienie - na szczęście). Plus za to, że nie spadają podczas noszenia i nie trzeba leżeć plackiem przez pół godziny, można wykonywać standardowe czynności. Mimo wszystko... Ja na pewno nie kupię ponownie. 
8.       Isana, krem do rąk 5% Urea – już kiedyś był w denku i nic dziwnego, bo namiętnie z niego korzystam. Odpowiednio ciężki, dobrze nawilża.
Jak Wasze denka? Coś się powtórzyło?

***

Druga sprawa - dziewczyny, zauważyłam dzisiaj u siebie dwie bruzdy na czole... Co prawda pojawiają się jedynie po tym, jak marszczę czoło, ale robię to dość często, odruchowo, nie zdając sobie z tego sprawy. Zaczęłam starać się uważać na to, ale nie zawsze się udaje. To po prostu nawyk, musiałabym się zagipsować, żeby przestać robić miny ;) 

Szukam jakiejś lekkiej maseczki/serum przeciwzmarszczkowego/wygładzającego/liftingującego, czegokolwiek, żeby uspokoić sumienie. Mam już kwas hialuronowy, kupiony co prawda do innych celów, ale kilka kropli do porcji kremu chyba się nada. Jakie są Wasze ulubione produkty do tego typu "problemu"? Nie chcę niczego inwazyjnego - ale lekka, sprawdzona pomoc dla dwudziestolatek będzie mile widziana :)

Pozdrawiam,

środa, 14 listopada 2012

Nowe żele peelingujące Joanna Naturia Body



Z notki prasowej Joanny:
NATURIA BODY ŻELE PEELINGUJĄCE - idealne połączenie oczyszczania i pielęgnacji

Idealnie gładka, miękka i jędrna skóra to marzenie każdej kobiety.
Niestety szczególnie jesienią nie jest łatwo utrzymać ją w idealnym stanie... Ciepłe i pełne słońca lato wysuszyło i uszkodziło płaszcz lipidowy, przez co skóra nie jest w stanie utrzymać odpowiedniego nawilżenia a jesienne zmiany temperatur oraz wiatr nie pomagają w optymalnej pielęgnacji skóry.
Jednak nic straconego - na ratunek przyjdą nowe żele peelingujące pod prysznic Naturia body.
Formuła tych kosmetyków łączy właściwości niezwykle pachnącego żelu pod prysznic oraz drobnego peelingu, dzięki czemu możemy stosować je codziennie w trakcie kąpieli. Specjalnie opracowane receptury zawierają drobinki ścierające, które usuwają martwe komórki naskórka, doskonale oczyszczają skórę oraz zapewniają lepsze wchłanianie balsamów czy maseł odżywczych.
Idealne połączenie żelu pod prysznic i peelingu pobudzi metabolizm naszej skóry wpływając na poprawę jędrności i elastyczności oraz zagwarantuje, iż stanie się ona aksamitnie miękka i delikatna.

Żele peelingujące Naturia body - podobnie jak inne kosmetyki z linii Naturia –zawierają naturalne ekstrakty owocowe, które pielęgnują skórę oraz dostarczają wielu cennych witamin i mikroelementów.
Żele dostępne są w 5 wariantach zapachowych:
• Aromatyczny arbuz
• Pobudzająca limonka
• Nawilżające algi morskie
• Zmysłowy imbir
• Relaksująca zielona herbata
Wypróbuj jeden z 5 nowych żeli peelingujących Naturia body i poczuj, jak apetyczne zapachy wprowadzą Cię w dobry nastrój na cały dzień, a Twoja skóra odzyskuje miękkość i witalność.

Ucieszyłam się na wieść o wprowadzeniu tych żeli do oferty - szykują się wspaniałe zapachy (ARBUZ! latem mogę jeść je tonami, jeśli żel będzie pachniał tak jak arbuz smakuje, to rozpłynę się w zachwycie), na plus zaliczam też to, czego nie było w przypadku peelingu myjącego, czyli dużo większą pojemność. 300ml to już nie byle co. 
Podejrzewam, że będzie delikatniejszy niż peeling myjący, bo jak można przeczytać, nada się do codziennego stosowania. Dla mnie nie jest to wada, bo i tak zawsze mam pod ręką peeling do zadań specjalnych, a ten być może będzie pełnił rolę kosmetyku 2 w 1 bez żadnych czasowych ograniczeń. Czas pokaże :)

***

W piątek powinnam pojawić się z postem na temat kremów BB. Tworzy się od kilku dni, ale nie mam czasu go dopieścić :). Na razie proszę o trzymanie kciuków w piątek po 13:00, mam pierwsze kolokwium z matematyki w tym semestrze i bardzo zależy mi na jego zaliczeniu. 

środa, 7 listopada 2012

Myjący peeling do ciała Joanna Naturia

Dzisiejszy post poświęcam małemu, niepozornemu kosmetykowi, który okazał się mieć więcej zalet, niż myślałam na samym początku znajomości z nim. Zapraszam :)

Joanna, Naturia, Peeling myjący




SŁOWO OD PRODUCENTA

Peeling myjący o owocowym zapachu doskonale wygładza i odświeża ciało. Specjalnie dobrana receptura zawiera nawilżający ekstrakt owocowy (w zależności od wersji: z kiwi, pomarańczy, truskawki, porzeczki lub grapefruita) oraz drobinki ścierające, które usuwają zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka.
Wspaniałe rezultaty: 
- oczyszczona i odświeżona skóra
- gładsza i milsza w dotyku
- przyjemnie pachnąca

OPAKOWANIE

W opakowaniu znajduje się 100ml produktu. Butelka jest więc mała, poręczna, zmieści się wszędzie – czy to na zapchanej kosmetykami półce, czy w podróżnej kosmetyczce. Dla mnie jest to jednak zbyt mała pojemność, wolałabym mieć wybór pomiędzy taką kieszonkową wersją, a pełnowymiarowym produktem (200-250 ml).
Plastik użyty do produkcji jest gruby i przezroczysty. Buteleczka stoi stabilnie. Klapka przy otworze jest dobrej jakości i nie odpada, nie trzeba siłować się z jej podważeniem, ale sama z siebie również się nie otworzy.
Nie ma problemów z wydobywaniem produktu z wnętrza, nawet jeśli została go mała ilość. Z kolei resztki, które osadziły się na ściankach, można ostatecznie wypłukać, gdyż klapka umocowana jest na zakrętce.
Szata graficzna kolorowa, estetyczna, przyjemna dla oka. Etykiety nie odklejają się i nie odbarwiają, nie wchodzi pod nie woda.
4.5/5



ZAPACH I KONSYSTENCJA

Do wyboru jest mnóstwo owocowych zapachów – w tym np. truskawka, pomarańcza, kiwi i gruszka, czyli dla każdego coś dobrego. Ja do testów wybrałam czarną porzeczkę. Po otwarciu buteleczki rzeczywiście wyczuwa się wyraźny i naturalny, słodki zapach tego owocu – w moim odczuciu bardzo przyjemny.
Woń obecna jest podczas całej aplikacji, ale mimo obietnic producenta – po jej zakończeniu nie utrzymuje się na skórze.

Konsystencja jest idealna! Bardziej przypomina krem niż żel, jaki spotyka się w wielu peelingach. Bardzo mi to odpowiada. Produkt świetnie rozprowadza się na ciele, nic nie spada, nie spływa, nie zbija się. Drobinki są małe, ale jest ich dużo – są gęsto upakowane i dobrze wyczuwalne podczas masażu.
4.5/5

Na zdjęciu widoczne są białe drobiny; czarne elementy służą funkcji dekoracyjnej. 

DZIAŁANIE

Przyznam, że preferuję gruboziarniste, porządne zdzieraki. Tutaj mamy do czynienia ze średnio ostrymi i małymi drobinami. Peeling nie usunie całości martwego naskórka w miejscach, gdzie skóra jest grubsza, nie ma również właściwości antycellulitowych czy ujędrniających. Ale też trzeba zwrócić uwagę na to, że producent niczego takiego nie obiecuje.

Peeling określa się jako myjący i rzeczywiście po użyciu czułam, że mam dobrze oczyszczoną, a dodatkowo wygładzoną i miękką skórę.

Jako jedyny peeling do ciała mi nie wystarczy – jest zbyt delikatny dla ud i brzucha, czyli tam, gdzie najczęściej stosuję tego typu produkty. Te części ciała jak najbardziej stają się gładsze – bo to nie jest tak, że nic z nimi nie robi! – po jego użyciu, ale mam świadomość, że potrzebują czegoś więcej, trochę większej mocy ;)

Na samym początku stosowałam ten peeling tylko na udach i brzuchu, i gdybym nierozważnie na tym poprzestała, moja ostateczna opinia nie byłaby aż tak pozytywna. Ale spróbowałam jego działania na całym ciele i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.

Najlepiej sprawdza się w miejscach bardziej wrażliwych – na piersiach, dekolcie czy szyi, których nie potraktowałabym obecnymi na mojej półce zdzierakami. Radzi sobie nieźle również  ze skórą na rękach i ramionach, chociaż i tutaj od czasu do czasu przyda się coś mocniejszego. Ten peeling ściera dobrze i daje namacalne efekty, ale w żadnym wypadku nie podrażnia.

Użyłam go także do twarzy i przyznam, że dał mi lepsze efekty niż dotychczas używane peelingi (a używam m.in. sławnego peelingu z Synergenu, tego niby „dla wrażliwców”)  – skóra była idealnie gładka i miękka; na mojej cerze raczej nie występują nierówności, ale tak naprawdę dopiero po tym peelingu odkryłam, jak jedwabiste mogą być moje policzki!

Nie udało mi się odnotować nawilżenia, o którym wspomina producent, ale i tak po każdym użyciu peelingu wklepuję w ciało kremy czy balsamy, więc taka opcja w peelingu ma dla mnie marginalne znaczenie.
8.5/10

SKŁAD


WYDAJNOŚĆ

Używany zgodnie z zaleceniem producenta, czyli 2-3 razy w tygodniu, peeling powinien wystarczyć nam na niecały miesiąc. Nie jest to spektakularny wynik, ale mała pojemność rządzi się swoimi prawami. Ilość produktu potrzebna do dokładnego umycia/speelingowania konkretnej części ciała jest porównywalna, jeśli nie mniejsza, z tą, z którą mamy do czynienia przy większych peelingach, więc nie w aplikacji tkwi problem. Po prostu trudno wyciągnąć z tak małej buteleczki coś więcej.
4.5/5

DOSTĘPNOŚĆ

Natury, mniejsze sieciowe drogerie, supermarkety. W Rossmannach brak. Przeciętnemu człowiekowi jest zwykle bliżej do Rossa (lub nawet dwóch), niż do marketu, stąd niższa ocena.
4/5

CENA

5-6zł. Uważam, że kwota nie jest wygórowana (chociaż jeśli mnie pamięć nie myli, a Wizaż nie oszukuje, kiedyś cena nie przekraczała 4zł). ‘’Pełnowymiarowe’’ peelingi – standardowo o pojemności 200ml – kosztują od 10zł w górę, więc ten plasuje się w dolnej granicy średniej.
5/5

SUMA PUNKTÓW: 31/35

Podsumowując: bardzo przyjemny produkt – nie tylko dla ciała, ale dla nosa i oka również. Prawdopodobnie zagości u mnie na dłużej, polubiłam sposób, w jaki „obchodzi się” z moją skórą. Mała rzecz, a cieszy :)


Oświadczam, że na moją ocenę nie miał wpływu fakt, iż otrzymałam produkt do testów.