Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2014

Staromodny eliksir Max Factor

Dziś zapraszam na recenzję kolejnej pomadki o wyrazistym kolorze - Max Factor Colour Elixir. Może może stanie się elementem Waszego zimowego makijażu?

Max Factor, pomadka Colour Elixir 

Gdzie? Rossmann, Jasmin, Hebe | Za ile? Ok. 40 zł / 4 g

OPAKOWANI

Estetyczna szata graficzna zwraca na siebie uwagę, tym bardziej, że niewiele pomadek otrzymuje złote opakowania. Colour Elixir to +20 do łatwości odnalezienia go w gąszczu innych mazideł ;). Nazwa firmy jest wygrawerowana, więc na pewno nie zacznie się ścierać, numer odcienia jest już wymalowany/przyklejony, ale póki co, po kilku miesiącach użytkowania, nie odpadła z niego ani drobina. 

Dodatkowy plus za rzecz niby oczywistą, a więc ukazany na dnie kolor szminki - w formie plastikowej kostki, z naniesionym wykończeniem (rzecz niespotykana w przypadku naklejek) i bliski temu faktycznemu. Do tego niuanse typu światłocienie układające się w X... Lubię takie szczegóły. 

Istotne jest to, że pomadka ma naprawdę porządne zamknięcie na klik, samoistnie na pewno nigdy się nie otworzy. Jakości wykonania nie ma czego zarzucić, to jedna z porządniej wykonanych szminek w mojej kolekcji.


ZAPACH, KONSYSTENCJA

Zapach nie jest najmocniejszą stroną kosmetyku, przywodzi na myśl pomadki z dawnych lat, gdy producentom nie chciało się kombinować z formułami (w gorszym przypadku: najtańsze egzemplarze wystane gdzieś na półkach sklepów typu "wszystko po 4 złote"). W kolorówce nie szukam jednak zapachowych fajerwerków, a woń nie jest szczególnie mocna, więc mało wyrafinowana kompozycja mnie nie zraża.

Konsystencja jest dokładnie taka, jaką lubią nasze usta - lekka, kremowa, pomadka sunie po wargach niczym bobsleje po świeżo oddanym do użytku torze saneczkowym. 


KOLOR

Recenzowany przeze mnie odcień to 853 Chili. Nazwa kojarzy mi się z intensywną, ciemną czerwienią bez jakichś niepotrzebnych domieszek, i taki zresztą kolor ujrzały moje oczy podczas męczenia rossmannowskiego testera. Światło dzienne ukazało prawdziwe oblicze tej pomadki, dość niespodziewane, ale nadal będące mi na rękę, bo taki kolor i tak prędzej czy później bym kupiła (a typowych czerwieni mam od groma).

Chili to mocna czerwień, owszem, ale ze sporą dawką różu, nawet fioletu. Ciężko oddać ten kolor na zdjęciach, zazwyczaj wychodzą o wiele za jasne.

Ciekawe jest wykończenie Colour Elixir, bo to była główna cecha, która zauroczyła mnie w tym egzemplarzu - subtelna perła. Bez drobinek, bez "bazarowego" efektu, po prostu klasyczne i estetyczne błyszczenie. W erze satyn i matów ta szminka jest godną różnicującą opcją.

Pigmentacja jest świetna, jedna warstwa wystarcza na dokładne i równe pokrycie warg kolorem, drugie pociągnięcie sztyftu pogłębia barwę do poziomu "najpierw wchodzą moje usta, potem ja". 


DZIAŁANIE

Colour Elixir reklamowana jest jako seria nawilżająca i odżywiająca usta. Balsamu na pewno nie zastąpi (zwłaszcza w przypadku zniszczonych warg), ale nosi się świetnie, bo właściwie nie wysusza i nawet po kilku godzinach nie mam potrzeby dodatkowego nawilżenia, gdyż sama robi to w niewielkim, ale jednak, stopniu. Można nałożyć ją na zupełnie suche usta i nie uświadczymy z ich strony żadnego protestu, ale uwaga - lepiej, aby uprzednio pozbyć się suchych skórek, bo na pewno je podkreśli.


W ciągu dnia pomadka nie migruje poza kontur ust i wygląda dobrze nawet jeśli poskąpimy jej pomocy w postaci konturówki. Charakteryzuje się również niezłą trwałością. Być może nie wytrzyma całego dnia, ale przez kilka godzin możemy nosić ją w praktycznie niezmienionym nasyceniu. Kiedy zaczyna już schodzić, robi to z klasą, czyli równo, bez grudek i wchodzenia w załamania. Oszczędza nam również głupiego efektu "kolor na zewnątrz, skóra wewnątrz", kontrast ten jest bowiem zauważalny dopiero kiedy ktoś przyjrzy się bardzo dokładnie. Z odległości pięciu centymetrów. 

Przede wszystkim - jeśli jej nie zmyjemy/zetrzemy na siłę, na ustach pozostanie cień koloru, czyli nigdy nie zostaniemy przypadkowo całkiem "nagie".


PODSUMOWANIE

Intensywny kolor, niecodzienne wykończenie, wygodne użytkowanie. Cena nieco ściera uśmiech z twarzy - z drugiej strony uważam, że jest współmierna do jakości. Poza tym... od czego są promocje? ;)

środa, 19 lutego 2014

Coś dla zmysłów, coś dla... ciała? | Balsam do ust Bielendy

Nie spodziewałam się zbyt wiele, kiedy w drogerii wrzucałam do koszyka Balsam do ust "Zmysłowa wiśnia" Bielendy. Pamiętam jak dzisiaj ten dzień - wbiegam do Rossmanna, mając dosłownie trzy-cztery minuty na wybór i zakup produktu, który nawilży moje usta i jednocześnie nada im kolor. Sytuacja podbramkowa, więc i ten balsam potraktowałam jako ostatnią deskę ratunku, nie spodziewając się, iż będę go poza tym jednym jedynym razem używać. W końcu jednak na stałe zagościł w mojej torebce, chciałam bowiem wyrobić sobie o nim porządną opinię, tak, aby móc go z czystym sumieniem polecić bądź odradzić. Właśnie nadszedł czas na jej wyrażenie - zapraszam do lektury :)

Bielenda, Balsam do ust "Zmysłowa wiśnia" 
Gdzie? Hebe, Superpharm, Rossmann | Za ile? 7zł

OPAKOWANIE

Tubka o pojemności 10 g. Wygodne i higieniczne rozwiązanie, niestety z estetyką trochę gorzej, bo etykieta jest krzywa i praktycznie od razu zaczęła się odklejać.

Otwór, z którego wydobywamy kosmetyk, jest odpowiedniej wielkości. Plus za ukośne wyprofilowanie "dziubka", taki kształt dobrze sprawdza się przy smarowaniu ust.


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach zgodnie z nazwą wiśniowy. Trochę bardziej zalatuje kisielem ze sztuczną nutą, niż prawdziwym owocem, niemniej jednak niezaprzeczalnie jest to wiśnia. Trochę za słodki, dobrze wyczuwalny, ale też nie za mocny. Niestety smak nie idzie w parze z zapachem i tu już jest wyraźnie plastikowo. 

Konsystencja stała, trochę żelowa. Wydobycie balsamu z tubki nie sprawia problemu, niestety do czasu - kiedy temperatury spadają, oscylując nawet powyżej zera, wyciśnięcie produktu staje się trudne. Na szczęście w zetknięciu z ustami formuła mięknie, rozpuszcza się, tym samym aplikacja jest wygodna i możemy pokryć nią usta w mgnieniu oka. Co ważne, balsam się nie klei. 

KOLOR

Ponieważ to przede wszystkim balsam, a nie błyszczyk, nie dziwota, że kolor nadawany ustom jest delikatny. Wersja wiśniowa podkreśla naturalny kolor warg, przyciemniając je dosłownie o pół tonu.


DZIAŁANIE

Nakładamy pomadkę, otrzymując lekki kolor i ładny błyszczykowy połysk. Część kolorówkowa na plus. A co z pielęgnacją? 

Cóż, balsam działa jak łatka na usta. Nadaje idealny poślizg i lekko nawilża, ale pod warstwą kosmetyku wciąż można wyczuć wszelkie nierówności warg, wszelkie suche skórki. Balsam niweluje uczucie spierzchnięcia, usta wyglądają lepiej, ale nie są specjalnie pielęgnowane. Produkt nie poprawi kondycji warg, nie odżywi, nie zmiękczy. Mimo śliskiej powierzchni, w rzeczywistości wciąż będą przesuszone.


Raz na jakiś czas można go użyć jako doraźnego rozwiązania. Nie wyobrażam sobie jednak używać go jako jedynego balsamu, gdyż zbyt słabo pielęgnuje. 

Na ustach utrzymuje się przez dość rozsądny, jak na swoją lekkość, czas - mniej więcej godzinę, kiedy nie jemy i pijemy. Wydajność również nie jest najgorsza, gdyż już odrobina produktu pozwala na pokrycie całej powierzchni ust.
SKŁAD


PODSUMOWANIE

Balsam Bielendy to produkt, które daje wrażenie wypielęgnowanych ust, a w rzeczywistości robi niewiele, aby poprawić ich stan. Z braku laku można go użyć, bo krzywdy nie wyrządza, a daje chwilową ulgę - ale na rynku jest dostępnych tak wiele skutecznych kosmetyków, iż kupno tego uważam za zbędne. Nie polecam. 

wtorek, 11 lutego 2014

Usta do ukochania - Catrice Teddy Brown

Szminek nigdy dosyć. Coraz częściej pomiędzy zbiorem czerwieni w moim koszyczku prześwitują pomadki w kolorze brudnego różu. Opisywałam już dzienniakową Rimmel, teraz czas na jej ciemniejszą, bardziej charakterną siostrę - a może brata? Catrice Ultimate Shine 060 Teddy Brown nie na darmo nosi nieco "przytulankową" nazwę, mnie ten kolor naprawdę kojarzy się z misiem-maskotką. Co nie oznacza, że jest dziecinny - wręcz przeciwnie. A zresztą... same zobaczcie. 

Catrice Ultimate Shine 060 Teddy Brown
Gdzie? Hebe, Natura, Firlit | Za ile? 15,99 zł 

OPAKOWANIE

Nie przepadam za metalicznymi opakowaniami, ale fakt faktem, pomadce Catrice nie można zarzucić braku estetyki. Solidny materiał (można rzucać w partnera), porządne zamknięcie - wrzucona do torebki szminka na pewno się nie otworzy, nie zgniecie jej najcięższy ładunek. Może jednak nieco się porysować... Minusem jest szybkie ścieranie się napisów z naklejki na spodzie. Co prawda nie przeszkadza to w użytkowaniu, ale problem może powstać w razie chęci sprawienia sobie powtórki z produktu, jeśli nie zapamiętamy serii i numeru. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapachu brak.

Pomadka jest bardzo miękka, ale nie topi się i nie łamie. Dobrze rozprowadza się na ustach, nie wchodzi w załamania, nie podkreśla suchych skórek. Po aplikacji należy jednak przyłożyć do warg chusteczkę, ponieważ nawet po najdelikatniejszym nałożeniu będzie na nich zbyt dużo produktu.

KOLOR

060 Teddy Brown to ciemny róż z dodatkiem ciepłego brązu i kroplą rdzawej czerwieni. Zdecydowanie rzuca się w oczy. Uroku dodaje jej apetyczne, błyszczące i nieco mokre wykończenie. Na szczęście nie wynika ono z wielkich brokatowych drobinek, jest naturalne, wypływa "z wnętrza". Niestety owa świetlistość maleje z czasem - albo prawie od razu po zabiegu "chusteczkowym".

Znakomita pigmentacja, wystarcza jedna warstwa, by pokryć usta równym i wyraźnym kolorem.


DZIAŁANIE

Lubię pomadki wtapiające się w usta, ponieważ o wiele bezpieczniej i dłużej się je nosi. Niestety opisywana szminka nie należy do tej kategorii - Catrice Ultimate Shine po prostu jest na ustach, co przekłada się na skłonność do rozmazywania przez przyklejające się włosy i brudzenia zębów w najmniej odpowiednich momentach (czyli minutę po tym, jak zerknęłyśmy w lusterko i widziałyśmy, że wszystko ok). Tak jak pisałam wyżej, chusteczka po aplikacji to konieczność, a nie przydatna opcja; jej użycie minimalizuje problem prawie do zera, chociaż nie wyklucza całkowicie.


Trwałość jest przeciętna. Bez jedzenia i picia możemy cieszyć się kolorem przez mniej więcej trzy godziny. Sięgnięcie po posiłek automatycznie oznacza ponowne nakładanie pomadki - aczkolwiek przy drobnej przekąsce możemy liczyć na ładny, wyraźny cień koloru. Catrice schodzi wzorowo, równo z całego obszaru ust.

Nie wysusza ust, powiedziałabym wręcz, że delikatnie nawilża. Balsamu nam nie zastąpi, ale przy noszeniu jej dodatkowe nawilżenie nie powinno być potrzebne.

PODSUMOWANIE

Cudowny kolor sprawia, że noszę tę pomadkę z przyjemnością, mimo jej niewielkich wad. Potrafi zrobić psikusa i zrobić sobie wycieczkę poza kontur warg, ale można to przyrównać do nieznośnego, ale pełnego wdzięku psa (albo w tym przypadku niedźwiadka) - czasem cię wkurza, ale uwielbiasz go mimo wszystko ;)

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rimmel Lasting Finish nr 19, czyli moja towarzyszka Kate

Pomiędzy oddawaniem projektów i zaliczaniem kolokwiów udało mi się znaleźć czas na napisanie o jednej z moich ulubionych pomadek. Mowa o maleństwie oznaczonym numerem 19 z serii Lasting Finish by Kate Moss firmy Rimmel. To chyba jedne z najbardziej popularnych szminek w blogosferze, ale ja dopiero niedawno postanowiłam dołączyć ją do kolekcji. Okazało się, że to była znakomita decyzja.

Rimmel Lasting Finish by Kate Moss nr 19
Gdzie? Rossmann, Hebe, Natura, Superpharm / Za ile? 17-19 zł

OPAKOWANIE

Pomadka zamknięta jest w estetycznym i solidnym czarnym opakowaniu z różowym autografem sławnej modelki. Szata graficzna produktu cieszy oko, jest dopracowana, lecz nie przekombinowana, a plastik powinien przeżyć bez uszczerbku upadki na twarde powierzchnie.

ZAPACH

Unoszący się przy aplikacji zapach jest dość mocny i charakterystyczny, aczkolwiek nie utrzymuje się na ustach. Czytałam opinie, iż Lasting Finish pachnie jak kisiel. Owszem udało mi się wychwycić woń tego deseru w wersji truskawkowo-poziomkowej, ale przełamuje ją raczej plastikowa nuta. A może ja po prostu dawno kisielu nie jadłam... Nie, żebym się krzywiła - kompozycja, choć wyraźnie wyczuwalna, jest obojętna mojemu nosowi.


KOLOR

19 jest brudnym różem. Pokuszę się o stwierdzenie, że ciemniejszą wersja mojego naturalnego koloru ust. Dzięki temu świetnie zaznacza je na twarzy, podkreśla ich kształt, makijaż jednak pozostaje stosunkowo neutralny. Oczy i usta grają ze sobą w idealnej harmonii. To dobra propozycja na dni, kiedy nie chcę rzucać się w oczy czerwienią - czy jakimkolwiek innym silnym kolorem przerzucającym większość uwagi na wargi - a jednocześnie utrzymać usta w odpowiednim stopniu wyrazistości. 19 nie jest krzykliwa, co nie oznacza, że niewidoczna - wręcz przeciwnie. Zwraca uwagę swoją subtelnością, pięknie pogłębiając barwę ust.



KONSYSTENCJA, DZIAŁANIE 

Konsystencja jest wręcz idealna - pomadka nie jest sucha; ani zbyt twarda, ani za miękka, nie ma "woskowatej" formuły, ani skłonności do roztapiania się. Aplikacja jest dziecinnie prosta. Lasting Finish pokrywa usta równym kolorem, nie wchodząc w załamania warg i nie podkreślając suchych skórek. Miłość do naszych ust manifestuje silnym przywiązaniem... może lepiej napiszę "wtopieniem" się w nie; i mimo, że trzyma mocno, to nie niszczy delikatnego naskórka. Praktycznie nie wysusza! 

W ciągu dnia pomadka nie migruje poza kontur ust, nie brudzi zębów. Trwałość ma zachwycającą, bez jedzenia czy picia pozostanie z nami tak naprawdę do chwili jej zmycia - może nie w pierwotnym zasyceniu, ale wciąż dobrze widocznym i schludnym. Jedzenie i picie zresztą również jej niestraszne. Owszem znacząco blednie, ale robi to z gracją - schodzi równo z całego obszaru ust i nadal jest zauważalna. 


PODSUMOWUJĄC... 

Dziewiętnastkę uwielbiam za wszystko - kolor, trwałość, wygodę użytkowania. Opakowanie, choć najmniej ważne, dopełnia obrazu szminki idealnej. Jestem pewna, że sięgnę po kolejne odcienie, tym bardziej, że bohaterka tej recenzji ma czerwoną siostrę :)

Używałyście pomadek Rimmel Lasting Finish? Jakie są Wasze ulubione kolory?


czwartek, 21 listopada 2013

Szczypta cynamonu... Kobo Fashion Colour

Lubię mocno podkreślone usta, ale ileż można wychodzić z drogerii z kolejną czerwienią? ;) Stojąc przed szafą Kobo, po wysmarowaniu dłoni wszystkimi możliwymi odcieniami pomadki Fashion Colour, doszłam do wniosku, że to właśnie 101 Cinnamon będzie optymalnym wyborem.

Co? KOBO Professional, kremowa pomadka do ust Fashion Colour, odcień 101 Cinnamon
Gdzie? Drogerie Natura
Za ile? 15,99zł


SŁÓWKO OD PRODUCENTA
Zdecydowane kolory i doskonale podkreślone usta. Kremowa formuła wzbogacona o liczne składniki odżywcze, ochronne i pielęgnacyjne, nadaje miękkość i gładkość oraz przedłuża trwałość pomadki. Zawiera filtry ochronne UV.

OPAKOWANIE

Estetyczne i przede wszystkim solidne. Zamknięcie na "klik". Pomadkę można nosić w torebce bez strachu, że sama się otworzy. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach pomadki jest przyjemny: bardzo delikatny, słodki, trochę owocowy, chociaż trudno wyczuć w nim bardziej konkretną woń.

Konsystencja sucha, pomadka jest raczej twarda i bardzo "gęsta" - rozprowadzanie jej jest łatwością. 

KOLOR

Cinnamon to mieszanka pomarańczy i brązu z nutą czerwieni - kolor rdzawy, trochę koralowy. Niezbyt mocny, ale wyrazisty. Lubię mieć zawsze podkreślone usta, ale są momenty, gdy niekoniecznie chcę na kilometr rzucać się w oczy - Cinnamon jest świetnym kompromisem, plasuje się gdzieś pomiędzy delikatnością a zdecydowaniem.



DZIAŁANIE


Aplikacja Fashion Colour jest dziecinnie łatwa, pomadka nie ślizga się na ustach i nie tworzy prześwitów. Ma świetną pigmentację, wystarczy jedna warstwa, aby równo pokryć wargi widocznym kolorem. Dobrze trzyma się ust, nie podróżuje po twarzy i nie zostaje na zębach. 

Pomadka lubi podkreślać suche skórki i inne niedoskonałości, więc należy zadbać o kondycję ust przed jej nałożeniem. Sama w sobie w ogóle nie wysusza, powiedziałabym nawet, że lekko natłuszcza/nawilża wargi.

Trwałość jest największą słabością Fashion Colour. Pomadka nie wytrzymuje próby czasu, nawet gdy nie jemy i nie pijemy po około dwóch godzinach niewiele z niej zostaje. Jeśli jemy, znika momentalnie. Tu należy jej oddać, że schodzi równomiernie i zostawia na ustach równy cień swojego koloru. 


PODSUMOWANIE

Ta pomadka to na pewno żaden must have, ale nie można odmówić jej dobrej jakości i przyjemności noszenia. Słabą trwałość rekompensuje wygodna aplikacja i znakomita pigmentacja. Lubię ją - i mogę polecić.

środa, 6 listopada 2013

Czysta krew z lip tintem Bell

Co? Bell Permanent Make-up Lip Tint, odcień 1. 
Gdzie? Natura, Hebe
Za ile? Ok. 11zł/5,5g

OPAKOWANIE

Lip tint zamknięty jest w estetycznym i solidnym opakowaniu. Aplikator to bajka – nabiera odpowiednią ilość produktu, jest wygodny i precyzyjny.


ZAPACH, KOLOR, KONSYSTENCJA

Zapach jest delikatny, malinowy, nie utrzymuje się na ustach i nie powinien przeszkadzać w aplikacji.

Konsystencja typowa dla tego typu kosmetyków, czyli lekka i dość wodnista. Warto więc maksymalnie skupić się podczas nakładania i poświęcić tintowi trochę czasu, aby uniknąć nieregularności i wykraczania poza linię warg.

Wybrany przeze mnie kolor to 1. Można go stopniować – od lekkiego podkreślenia koloru ust za pomocą jednej warstwy, aż do całkowitego pokrycia soczystą, krwistą czerwienią, jeśli nałożymy dwie. I jest to czysta czerwień, pozbawiona różowych, pomarańczowych czy niebieskich tonów.

Ciężko oddać jego kolor na zdjęciach, więc musicie uwierzyć na słowo ;)



DZIAŁANIE

Produkt szybko zastyga, ale mamy wystarczająco dużo czasu na równomiernie rozprowadzenie i ewentualne poprawki. Niestraszne mu dotykanie ust, rozmowa czy suche przekąski, nie zostawia śladów na naczyniach. Możemy być pewne, że raz nałożony zostanie na swoim miejscu i zachowa intensywność. Niestety – nie radzi sobie z ciepłym, bardziej płynnym pokarmem. Pod wpływem takiego jedzenia schodzi nierówno, zdarza mu się tworzyć nieestetyczne grudki. Szybki demakijaż jest wtedy praktycznie niezbędny.

Należy pamiętać, aby nakładać go na czyste usta. Jak każdy lip tint, dość mocno wysusza, ale jeśli chcemy tego uniknąć zawczasu, lepiej nałożyć balsam na produkt, niż pod. W przeciwnym wypadku tint nie zaschnie i od razu zbierze się przy krawędziach warg.

Zmywa się szybko i bezproblemowo, co ważne – po takim zabiegu nie pozostawia trwałych plam na ustach, jak choćby recenzowany już SuperStay 10h Tint Gloss od Maybelline.


Bywa kapryśny, wymaga czasu i uwagi, ale kolor i trwałość pozwalają mi wybaczyć jego wady i chętnie do niego wracam. Aktualnie jest najczęściej używaną czerwienią w moim zbiorze :)
O innych poczytacie tutaj.

Lubicie czerwień na ustach? A może wybierając ten tint zdecydowałybyście się na inny odcień?

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Usta w kolorze czereśni z Maybelline

Moja mania na punkcie podkreślania ust ostatnio przeszła wszystkie granice. Im ciemniej, tym lepiej! Ciemna, głęboka czerwień, jaką zobaczyłam przeglądając kolory Super Stay 10h tint gloss od Maybelline, podbiła moje serce niemalże w pierwszej sekundzie. Przedstawiam Wam Super Stay w kolorze 370 Infinite Mauve!



 OPAKOWANIE

Opakowanie jest estetyczne i wytrzymałe, mieści 10,5ml produktu. Aplikator wygląda jak włochata pętelka, jest duży, płaski i rozsądnie przymocowany pod kątem do uchwytu. Wygląda nowocześnie i pewnością dizajnersko, ale wygoda użytkowania jest kwestią dyskusyjną.
4/5


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach pokrywa się z tym który unosił się nad oranżadą kupowaną w czasach dzieciństwa w szklanych butelkach ;). Jest słodki, owocowy – tu czuję jakby dary runa leśnego, wszelakie poziomki, jagody i insze maleństwa. Całkiem przyjemny, ulatnia się po nałożeniu produktu na usta.

Konsystencja lekka i nieklejąca, pozwala to na dobranie sobie odpowiedniej ilości pomadki, choć, jak okaże się w dalszej części tekstu, wymusza namachanie się aplikatorem, zanim osiągnie się oczekiwany efekt.
4/5

KOLOR

Infinite Mauve to ciemna czerwień wzbogacona bordo. Dla mnie to kolor wina, mój przyjaciel obstawia, że to czereśnie. Cokolwiek to jest, prezentuje się intensywnie i soczyście. 

Ciemnieje podczas noszenia. Dla mnie niestety trochę za mocno, ponieważ wybieram 10h jako dodatek na co dzień. Już od początku jest ciemny i to mi odpowiada, ale po paru godzinach zaczyna być mroczny. Przy bardzo jasnej cerze uzyskany kontrast robi ze mnie niewiastę pozbawioną rysów twarzy ;)
4/5 


DZIAŁANIE

Nałożenie produktu wymaga wprawy. Aplikator wygląda ciekawie i całkiem przyjemne maluje się nim dolną wargę, ale kiedy przychodzi do pokrycia krawędzi ust, jest problem. Tak duże mazidło jest po prostu niedokładne i trzeba skupić na nim całą uwagę, żeby nie wysmarować sobie przy okazji nosa.

Błyszczyk ma również tendencję do tworzenia jaśniejszych i ciemniejszych obszarów, nawet po potarciu warg o siebie te różnice pozostają widoczne. Jedna warstwa raczej nie wystarczy do pełnego i równego pokrycia ust. Aby wyglądały dobrze, konieczna jest druga i kilkukrotne „pufanie” wargami, by ten kolor rozłożył się równomiernie.

Tint Gloss fantastycznie trzyma się nałożony na suche usta. Niestety lubi wysuszać, więc najlepiej nałożyć pod niego balsam… W dodatku, jeśli usta nie są idealnie gładkie, bez kozery podkreśli wszelkie suche skórki i załamania. Dobra wiadomość jest taka, że nawet na nawilżonych ustach sprawuje się dobrze i wtedy nie wysusza W OGÓLE.

Nawet na swatchu widać, że kolor nie jest rozłożony równomiernie. Podczas robienia tego akurat zdjęcia moje wargi były w niezbyt dobrej kondycji i nienawilżone. Swatch oddaje więc nie tylko obraz koloru błyszczyka, ale również sposób jego zachowania, jeśli usta nie są w 100% perfekcyjnym stanie.

Teraz pozytywna część życia z 10h Tint Gloss :) Produkt szybko zasycha. Nie odbija się na palcach, jeśli przypadkowo dotkniemy nimi warg, podejrzewam, że przetrwa również całowanie ;) Nie zostawia absolutnie żadnych śladów na filiżankach/kubkach, co dla mnie jest niezwykle istotne, bo co innego uświnić swoją szklankę, a co innego szklankę na imprezie u rodziny czy znajomych.

Stain Gloss nie jest typowym błyszczykiem, jego wykończenie jest pół-błyszczące, bardziej pomadkowe, przy czym dla mnie najlepszym określeniem na ten efekt jest „usta porcelanowej laleczki”. Odbija światło w taki „lakierowany” sposób. Jestem zachwycona!

W ciągu dnia nie wędruje po twarzy, nie zjada się, nie wchodzi w zęby. 10 godzin trwałości? Jeśli nie będziemy jeść, lub zadowolimy się wodą i drobnymi przekąskami, da radę. Niestety większe dania i gorące napoje szybko zweryfikują tę obietnicę. Błyszczyk zejdzie błyskawicznie… I bardzo nierówno.

Dobra, schodzi od wewnątrz. To nic dobrego, ale się zdarza – chociaż produktowi o zwiększonej wytrzymałości nie powinno. Mniejsza z tym. Dopiero teraz wychodzi jego piekielność.

Wgryzie się w miejsca, o których nawet nie wiedziałaś, że coś z nimi nie tak, ale on wychwyci, że są uszkodzone, bardziej suche, że tydzień wcześniej w stresie przedegzaminacyjnym dwa razy skubnęłaś zębem wargę. Wgryzie się i zostanie. Z reszty ust oczywiście zejdzie.

Niżej macie zdjęcie moich ust po potraktowaniu ich dwufazówką i płynem micelarnym. To po pierwszej aplikacji, gdy nie wiedziałam, że może mnie spotkać taka niespodzianka. Potem spróbowałam jeszcze peelingu. Zero rezultatu!


Te plamy odznaczają się nawet po ponownym nałożeniu błyszczyku, czyli nie da się nim zakryć tej wątpliwej ozdoby. Problem powtarza się za każdym razem w mniejszym lub większym stopniu. Nawet kiedy moje wargi są w świetnym stanie, nadal zostaje na nich trochę produktu.

Zakochałam się w kolorze, zakochałam się w porcelanowym wykończeniu, ale to wybiórcze trzymanie się ust bardzo mnie denerwuje.
5/10
DOSTĘPNOŚĆ

Większość drogerii, szafy Maybelline są praktycznie wszędzie ;)
5/5

CENA

10H nie odstaje cenowo od innych produktów spod szyldu Maybelline, płacimy za niego 30zł. Cena nie jest wygórowana, ale ja na pewno nie sięgnę po kolejny kolor, jeśli nie trafię na dużą promocję. 10h sprawia trochę za dużo problemów, żeby bez mrugnięcia okiem się na niego rzucać.
3/5

SUMA PUNKTÓW: 25/35. 

10h Tint Gloss daje piękny efekt, ale jest produktem problematycznym. Podkreślanie nierówności,  niewygodna aplikacja, wpijanie się w najmniejsze uszkodzenia skóry - to wszystko jest dla mnie dużym minusem. Infinite Mauve na pewno jeszcze nie raz zawita na moich ustach, bo nie mogę się oprzeć jego urodzie, ale każde takie spotkanie będzie elementem swoistego love-hate relationship.

Dziewczyny! Szukam klasycznych pomadek w takim właśnie kolorze, oraz innych produktów, które oferują "porcelanowe", czy "lakierowane" wykończenie. Jeśli macie swoje typy w którejś z tych kwestii, chętnie je poznam! :)