Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziaja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziaja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2015

Denko marcowo-kwietniowe

Najlepszym sposobem na napisanie kilku słów o kosmetykach, które nie wzbudziły ani mojego zachwytu, ani trwogi, ani też nie wypełniłyby sobą pełnowartościowej recenzji, jest właśnie denko. Dodatkowo to świetna okazja, by przypomnieć o produktach, które jednak w jakiś sposób przyciągnęły moją uwagę. 

ZADBAJMY O KOŃCZYNY


Jasmin, krem do rąk odżywczo - regenerujący - nazwa sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z treściwym kremem o bogatej formule. Okazuje się jednak, że krem jest lekki i bardziej odpowiedni do torebki niż postawienia na szafce nocnej. Szybko się wchłania, delikatnie nawilża i łagodzi podrażnienia, ale o wielkim odżywieniu nie ma mowy; zapewnia pomoc raczej doraźną. Być może kupię go jeszcze raz, tym bardziej, że kosztuje śmieszne pieniądze, ale będę go stosować wyłącznie poza domem, bo regeneracji nie daje żadnej. 

Neutrogena, odżywczy krem do stóp - bardzo spodobała mi się gęsta, ale jakby "sucha" konsystencja tego kremu. Tu już słowo "odżywczy" w nazwie nie okazało się sloganem i ten produkt naprawdę świetnie pielęgnował skórę stóp, zmiękczał ją i nawilżał. Jeśli miałabym jednak wybierać między dwoma produktami, to mój głos ma...

SheFoot, krem na pękające pięty - pisałam już o nim w poście o ulubieńcach marca. Neutrogenę bije na głowę i chętnie kupię go ponownie, bo radzi sobie i z suchą, i ze stwardniałą skórą, do tego faktycznie likwiduje zapach potu. 

ZAWSZE BLACK & WHITE


Ziaja, Rebuild, reduktor cellulitu, serum drenujące - ten produkt ma jedną wadę: jest koszmarnie niewydajny, a pojemność opakowania budzi pusty śmiech - 150 ml kończy się zanim dobrze się zorientujemy, że zaczęliśmy tego serum używać. Mimo to już podczas stosowania pierwszego opakowania widać na skórze zmiany - jest gładsza i bardziej napięta, nierówności nieco mniej widoczne. Konsystencja serum pozwala na długie masaże, a po aplikacji pozostaje przyjemne, delikatne uczucie chłodu. Możliwe, że kupię ponownie, ale na razie szukam czegoś o lepszym stosunku cena/pojemność. 

Sylveco, lekki krem rokitnikowy - kolejny ulubieniec. Polubiłam go najbardziej ze wszystkich lekkich kremów firmy, bo rzeczywiście dużo pozytywnego robi z moją skórą, nie powodując żadnych skutków ubocznych. Jako krem na dzień mógłby być co prawda nieco lżejszy, ale wtedy musiałabym pogodzić się z brakiem części właściwości pielęgnacyjnych. Coś za coś. Za odżywienie i nawilżenie skóry mogę przeboleć nieco dłuższy czas wchłaniania. Kupię ponownie. 

Rimmel, Exaggerate, wodoodporna kredka do oczu - dopiero co polecałam ją w poście o rossmannowych promocjach, a już się skończyła. Na szczęście kupiłam drugi egzemplarz ;) dla mnie to kredka idealna - wodoodporna, trwała, mocno czarna i wydajna. Kupię ponownie. 

A CO NA TO WŁOS?


Babydream, szampon dla niemowląt - z Rossmannów zniknęły na jakiś czas balsamy do kąpieli BDFM, więc będąc w potrzebie zakupu łagodnego produktu do mycia włosów, wrzuciłam do koszyka używany już kiedyś szampon dla dzieci tej samej marki. Już wcześniej nie pałałam do niego żywym uczuciem, ale teraz reakcja moich włosów sprawiła, że już wiem, iż nie kupię go ponownie. Oczyszczał dobrze, ale poza tym, niestety, miał same wady - moje włosy były po nim sztywne, szorstkie i splątane. Przy żadnym szamponie mi się to nie zdarzało, więc szkoda zachodu z tym. A balsamy znowu wracają do drogerii :)

Bania Agafii, odżywczy balsam do włosów suchych i osłabionych - coś producenci mają ze słowem "odżywczy", że lubią wstawiać je w opisy kosmetyków, nawet jeśli nie odzwierciedla ono prawdy. Na moich włosach te saszetki się nie sprawdzają, po zmyciu produktu kosmyki wołają o coś więcej - nawilżającego, wygładzającego, zmiękczającego, coś bardziej treściwego, po prostu, bo ten balsam robi to wszystko w stopniu mniej niż przeciętnym. Nałożenie produktu na 2-3 minuty, jak zaleca producent, odżywienia nie da, ale nawet pozostawienie na dłużej nie robi większej różnicy. Wykorzystałam ten balsam jako emulgator po nałożeniu oleju, a przed myciem i nie kupię  go ponownie. 

L'biotica, Biovax Naturalne Oleje, intensywnie regenerująca maseczka - po zużyciu tej saszetki wiem, że chcę więcej! Dobrze odżywia włosy, sprawia, że są puszyste, miękkie i ładnie się układają. 

IDZIE LATO!


Z powyższych produktów korzystałam rok temu, ale wyrzucam je dopiero dzisiaj, bo zabrałam się za generalne porządki ;) niestety oba kosmetyki są ważne jedynie 6 miesięcy od otwarcia, więc mimo że nie są do końca zużyte, muszę się ich pozbyć. 

Bielenda bikini, transparentny spray do opalania 20 SPF - pisałam o nim już w poście porównawczym ze sprayem AA.  Wygodna w użyciu, pięknie pachnąca oliwka, ale gdybym miała znowu wybierać, to wygrało by AA, bo tłustawy spray Bielendy potrafił momentami się gdzieś odznaczyć, a i naciskanie milion razy spustu bywało męczące. Nie wykluczam jednak, że kupię ponownie, bo ten produkt bije na głowę tradycyjne filtry (jeśli chodzi o zachowanie na ciele) i jest też tańszy niż AA. 

Kolastyna, emulsja do opalania dla dzieci SPF 50 - ten produkt zbiera dobre opinie jako filtr do twarzy, ja jednak nie odważyłam się go używać w ten sposób. Znakomicie sprawdzał się jednak stosowany na dekolt, gdzie tłustawa konsystencja nie była problemem, a i wchłanianie było łatwiejsze. Poza tym jestem pewna, że nie tylko dzieci będą zachwycone jego brzoskwiniowym zapachem! Emulsja nie bieli i nie pozostawia grubej, ciężkiej warstwy na skórze - na pewno kupię ją ponownie. 


Jak Wasze denka? Miałyście któryś z tych produktów?

piątek, 14 listopada 2014

Na rozgrzewkę: denko z ostatnich miesięcy

Wracam po kilku tygodniach, nadal z deficytem czasu, ale staram się wyrwać dobie parę chwil na napisanie posta. Ledwo znajduję czas na zrobienie dostatecznej ilości treningów, ba, nawet na jedzenie tyle, ile powinnam (trzy posiłki nagle stały się normą), ale chciałabym przynajmniej raz w tygodniu coś dodać - a jest sporo rzeczy, o których chciałabym napisać. 


Żeby ponownie wejść w rytm, zaczynam od czegoś lekkiego, czyli produktów zdenkowanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie wszystko się ostało, więc produktów jest mniej niż faktycznie zużyłam.


Kropla Zdrowia, Eco Argan Eye Cream, krem pod oczy z olejkiem arganowym - próbek zwykle nie recenzuję, bo co wiarygodnego można powiedzieć po zużyciu 2 ml produktu? W tym przypadku jest inaczej, bo saszetek dostałam tyle, że wystarczyło mi na kilka tygodni regularnego używania. Krem jest lekki, dobrze się wchłania i nie rozmazuje na skórze, nie pozostawia pod oczami klejącej powłoki, nadaje się pod makijaż. Plus za to, że olej arganowy faktycznie jest obecny w sporej ilości (trzecie miejsce w składzie), a nie jako echo w okolicy substancji zapachowych. Do tego olej z awokado, masło shea, wyciąg z kasztanowca i kozie mleko - fakt, że pośród substancji chemicznych, ale jednak. 

Producent obiecuje redukcję zasinień i zdaje się, że faktycznie ma rację, bo narkotyczne cienie zdawały się jakoś mniej rzucać w oczy, kiedy traktowałam je tym kosmetykiem. 

Nawilżenie jest poprawne, aczkolwiek nie powala na kolana - krem daje ulgę na krótko, po kilkunastu godzinach skóra znowu woła, że jest jej za sucho. 

Produkt kosztuje około 40 zł za 30 ml, na mój portfel to zbyt wysoka cena, ale gdyby była niższa, kupiłabym bez zastanowienia. 


Purederm, Botanical Choice Nose Pore Strips, oczyszczające plastry na nos - swego czasu te plastry wywołały spory szał w blogosferze. Udało mi się kupić raz, nie byłam zachwycona, ostatnio sięgnęłam po nie ponownie, z nadzieją, że może jednak jakimś cudem tym razem będzie ok. Niestety obecnie plastry również wyciągały minimalne ilości zanieczyszczeń, głównie z kącików skrzydełek nosa. Raz czy dwa miały "lepszy dzień", gdy ruszyły cokolwiek ze szczytu, ale efekt był tak mizerny, że na pewno tych konkretnych plastrów nie kupię ponownie


Ziaja, krem nawilżający matujący 25+ - krem-legenda pośród kremów dla cer mieszanych, gdy pokończyły mi się zarówno Sylveco, jak i Baikal Herbals, a ja musiałam szybko sięgnąć po coś niedrogiego, Ziaja była pierwszym wyborem. 

Krem okazał się dosyć gęsty, ale aplikacja nie nastręczała mi problemów. Wchłaniał się całkiem szybko i nie stawiał w szranki z makijażem. Okazał się zabójczo wydajny i wytrwał dwa miesiące (jak nie więcej). Nawilża znakomicie, z matowieniem jest niestety gorzej, w tej kategorii nie zauważyłam większej różnicy między nim a kremami typowo nawilżającymi. 

Niestety mam wrażenie, że nieco zapchał mi pory. Mimo wszystko, prawdopodobnie kupię go ponownie, zwłaszcza że cena (ok. 10 zł za 50 ml) jest bezkonkurencyjna, a ja nie zawsze mam możliwość szarpnąć się za coś dwa razy droższego. 


Pharmaceris T, krem z 10% kwasem migdałowym - to już moje... trzecie? czwarte? opakowanie, właściwie to mogłoby wystarczyć za recenzję, ale niech przyzwoitość zwycięży. Ten krem po prostu działa, skutecznie odblokowując pory i uniemożliwiając rozwój wszelkim pryszczom i inszym krostkom. Z cery problematycznej wyczarowuje cerę czystą i gładką. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Więcej o kremie napisałam tutaj.


Yves Rocher, Volume, Volumizing Shampoo, szampon zwiększający objętość włosów - kosmetyk o mocnym, ostrym i ciut chemicznym, chociaż wyraźnie kwiatowym aromacie, który chociaż nie powinien, bardzo przypadł mi do gustu. Kupiłam ze względu na to, że moim włosom często brakuje objętości (a czasem miewam szopę niczym Hermiona Granger, moje kłaki to jedna wielka zagadka). chociaż i tak zamierzałam go używać jako szamponu do mniej więcej cotygodniowego oczyszczania, a nie codziennej pielęgnacji. I w jednym, i w drugim przypadku sprawdził się dobrze - włosy były wyraźnie podniesione i bardziej puszyste (a nie puszące się), a przy tym pozbawione wszelkich brudów i potencjalnie obciążających substancji. Po myciu - stosunkowo miękkie, prawie niepoplątane, może nieco bardziej suche po użyciu delikatniejszego szamponu, ale to akurat dało się naprawić odżywką. Chętnie kupię ponownie

Babydream fur Mama, Pflegeol, olejek do pielęgnacji ciała - nie, nie nakładałam go na włosy, bo po pierwszym razie nie wyglądały na szczególnie zachwycone tym pomysłem. Przeznaczyłam go w całości do ciała, nakładając na zmianę na suchą i wilgotną skórę. Ta druga opcja wygrywa pod tym względem, że po całym zabiegu olej w większości się wchłania, zamiast, jak w przypadku aplikacji na suchą skórę, trwać na niej, dopóki go nie wytrzemy. Znakomity, w stopniu wręcz ciężkim do uwierzenia (praktycznie same oleje), skład, musiał dać genialne efekty - doskonałe nawilżenie i skórę gładką jak jedwab. Do tego śmieszna cena - jakieś 10 zł za 250 ml - czy muszę dodawać, że kupię ponownie?

Pharmona, Tutti Frutti, Peeling do ciała - mój ulubiony maleńki kompan do ścierania martwego naskórka, tym razem w wersji Wiśnia&Porzeczka. Kupuję coraz to nowe opakowania, bo cóż, ten produkt po prostu znakomicie spełnia swoje zadanie i ściera jak szalony, a wariantów zapachowych jest tyle, że do tej pory żaden mi się nie powtórzył. Widoczny na zdjęciu egzemplarz dorównuje swoim kolegom, także temu arbuzowo-melonowemu - aromat jest mocny, soczysty i naturalny. Nieco lepsza wydajność i byłoby idealnie. Kupię ponownie!


Garnier, płyn micelarny 3w1 - najlepszy micel jaki miałam, bo nie dość, że płacimy 17 zł za 400-mililitrowe opakowanie, to jeszcze szybko i dokładnie oczyszczamy całą twarz, z oczami włącznie, co w przypadku płynów micelarnych nie jest sprawą oczywistą. A tu wszelkie tusze i kredki usuwane są bez śladu (pandy dnia następnego) i podrażnień. Zero klejącej warstwy, zero uczucia niedoczyszczenia - więcej zachwytów tutaj. Kupię ponownie. Miliard razy. 

Uriage, Eau Thermale, woda termalna - łagodzi podrażnienia, odświeża, ogranicza powstawanie skórnych niespodzianek, scala makijaż i poprawia jego ogólny wygląd. W dodatku nie trzeba jej wycierać po aplikacji. Więcej przeczytacie tutaj. To już moja któraś z kolei butelka i na pewno nie ostatnia. Kupię ponownie.

***

Tym tekstem obiecuję poprawę w częstotliwości dodawania postów. Trzymajcie kciuki, żeby uczelnia do końca mnie nie przemieliła ;)

Jak Wasze denka? Może też zużyłyście któryś z tych produktów?

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Moja codzienna pielęgnacja twarzy

Pielęgnację twarzy zawsze jakąś tam miałam, mniej lub bardziej świadomą, ale nigdy nie opisałam jej w poście zbiorczym, bo nigdy w pełni mnie nie zadowalała. Dopiero ostatnie miesiące przyniosły mi świetne efekty i myślę, że znalazłam zestaw kosmetyków, które moja skóra polubiła. 

Do niedawna nie wyobrażałam sobie wyjść z domu bez makijażu - krostki i bardzo nierówny koloryt skóry sprawiały, że bez podkładu nie czułam się do końca pewnie. Teraz nie mam z tym problemu, moja skóra wygląda zdrowo i czysto. Krostki się zdarzają, ale zazwyczaj są maleńkie i bardzo szybko znikają. Nie pozbyłam się jeszcze do końca problemu z zaskórnikami na nosie, ale to właściwie jedyny mankament.

Dzień zaczynam od przemycia twarzy najzwyklejszą wodą z kranu. Skórę wycieram ręcznikiem toaletowym. Taki sposób jest moim zdaniem najbardziej higieniczny, a jeden arkusz wystarcza do osuszenia twarzy. Nie chciałoby mi się bawić z codzienne pranie szmatek z mikrofibry, a na ręczniku używanym choćby kilkukrotnie gromadzi się mnóstwo bakterii.


Następnie nadchodzi pora na wodę termalną. Używam niezmiennie Uriage, jako że jest chyba jedyną, po której nie trzeba osuszać twarzy, nadaje się więc i w przypadku pospiesznego dnia, gdy trzeba zrobić milion rzeczy naraz, i na makijaż - bo świetnie go scala i nadaje nieco mokre, świeże wykończenie. Często używam jej w ciągu dnia podczas upałów (zwłaszcza w trakcie treningu), bo doskonale orzeźwia i ochładza.

Uriage koi skórę, sprzyja szybszemu gojeniu wyprysków i ogranicza ich powstawanie; dzięki regularnemu używaniu wody termalnej moja cera wygląda zdrowiej i bardziej promiennie - dla mnie Uriage stanowi subtelne, ale ważne dopełnienie pielęgnacji.


Po wchłonięciu się Uriage pora na krem nawilżający. Kupuję zamiennie lekki krem brzozowy Sylveco i krem Baikal Herbals. Baikal Herbals ma w składzie wiele ekstraktów roślinnych, w porównaniu z Sylveco jest nieco lżejszy, daje mi większe uczucie nawilżenia i szybciej się wchłania. Główną zaletą Sylveco jest natomiast w pełni naturalny skład (no i jest polski!), a że nawilża również bardzo przyzwoicie, to lawiruję między tymi produktami i nie potrafię zdecydować się na jeden.


Koniecznym elementem pielęgnacji, niezależnie od pory roku, jest filtr UV. Słońce bardzo niszczy skórę, wysusza ją i przyspiesza starzenie się komórek (nie mówiąc o chorobach) - nie tylko latem, kiedy odpowiadające za brązowy kolor skóry promienie UVB są najbardziej intensywne, ale całym rokiem właśnie, ze względu na niezmiennie dużą obecność promieni UVA.

Próbowałam wielu filtrów, ale zawsze wolę wysupłać nieco więcej na znakomitą emulsję Vichy, która wchłania się, nie pozostawiając klejącego filmu na skórze i nie przyczynia się do zwiększonego świecenia się skóry. Ostatnio co prawda odkryłam inny, tańszy i równie dobry - jeśli nie lepszy - produkt i już szykuję jego recenzję, ale Vichy nadal polecam. Niestety emulsja z powodu swojej popularności znika z aptek w ciągu dwóch miesięcy od pierwszego, wiosennego rzutu, więc już w marcu warto przygotować się do sporządzenia małego zapasu.


Makijaż zmywam od dawna płynem micelarnym - według mnie nie ma lepszego sposobu na dokładne i komfortowe usunięcie kosmetyków kolorowych ze skóry. Po spróbowaniu wielu różnych miceli znalazłam swój hit - płyn Garniera. Bardzo duża pojemność za niską cenę (ok. 18 zł), dobrze usuwa nawet najbardziej odporne kosmetyki i nie pozostawia na skórze nieprzyjemnej warstwy. Jak żaden inny doskonale nadaje się do demakijażu oczu - usuwa wszystko bez tarcia i nie podrażnia.

Owszem, miałam micele, które usuwały makijaż trochę szybciej, ale były zbyt drogie bądź nieekonomiczne (np. Tołpa), ostatecznie więc ciągle wracam do Garniera.


Demakijaż demakijażem, ale nie czułabym się w pełni czysto, nie używając czegoś wymagającego zmieszania z wodą. Tutaj do gry wchodzi mydło Aleppo i czarne mydło Savon Noir. Oba produkty mają podobne działanie - dogłębnie oczyszczają skórę - ta po myciu dosłownie skrzypi. Nie ma mowy o pozostałościach makijażu, brudu czy innych zanieczyszczeń. Nie można nie wspomnieć, że mają krótkie i naturalne składy (Aleppo - oliwa z oliwek, soda, olej laurowy, Savon Noir - oliwa z oliwek, woda, wodorotlenek potasu). Jak to mydła, mocno szczypią w oczy, Aleppo potrafi jeszcze podrażnić śluzówki nosa, ale po kilku takich przygodach można się przyzwyczaić do dokładnego zamykania oczu i oddychania przez usta podczas mycia, a wtedy problem znika. 

Bardziej do gustu przypadło mi czarne mydło, które usuwa toksyny i działa jak peeling enzymatyczny - lepiej niż Aleppo poprawiło stan mojej skóry, widocznie zmniejszyło ilość wyskakujących krostek i przyspieszyło ich gojenie. Niestety po dłuższym czasie przesuszyło mi okolice warg, więc musiałam nieco odpuścić - wiem już, że co jakiś czas będę musiała robić sobie od niego przerwę, ewentualnie używać go raz na kilka dni na zmianę z Aleppo. Savon Noir jest niestety mało wydajne i taki słoiczek jaki widać na zdjęciu nie wystarcza na zbyt długo. 

Moje pierwsze Aleppo zawierało 20% oleju laurowego i to wystarczyło, aby dobrze oczyścić twarz. Po kilku miesiącach skóra przyzwyczaiła się i nie miałam aż takiego wrażenia czystości, ale za pierwszym razem dotykając twarzy przy zmywaniu mydła byłam w szoku - czułam się, jakbym dopiero wtedy po raz pierwszy w życiu dobrze oczyściła skórę. Wrażenie "skrzypienia" było niesamowite. Aleppo zmniejszyło mój problem z powstawaniem niedoskonałości. Kolejną zaletą jest bardzo dobra wydajność - widoczna na zdjęciu kostka wystarcza spokojnie na pół roku użytkowania. 


Woda termalna czy mydła pomogły mi w walce z wypryskami, ale same w sobie nie mogły na dobre rozwiązać problemu. Ostatecznie stały się ważnymi, ale tylko pomocniczymi elementami, a podstawą okazały się kwasy. Zaczęłam od znakomitego kremu Pharmaceris z 5% kwasem migdałowym, potem przeszłam do nieco mniej dla mnie skutecznego Effaclar Duo [+], w końcu kupiłam kolejny krem Pharmaceris, ale już z 10% zawartością kwasu i to jemu pozostaję wierna przez ostatnie kilka miesięcy.

Pharmaceris trzyma moją skórę w ryzach, dzięki niemu rzadko kiedy pojawiają się pryszcze, te, które jednak są, znikają bardzo szybko, a kosmetyki, które do tej pory wywoływały wysyp, teraz okazują się nieszkodliwe. Zapomniałam czym są przebarwienia po krostkach. 10% nie różni się za bardzo od 5%, można więc recenzję piątki przeczytać z myślą o dziesiątce, ale mam wrażenie, że moja skóra jednak bardziej lubi tę wersję i przy niej wygląda lepiej.


Krem pod oczy to kosmetyk, którego działanie nie zawsze jest widoczne, ale którego warto używać z myślą o przyszłych latach. Niestety często o nim zapominam ;) a chciałabym używać go regularnie dwa razy dziennie.

Obecnie używam kremu Ziaja Jaśmin. Niby dla osób powyżej 50-tego roku życia, ale wiadomo, że nie warto patrzeć na etykietki. Krem nie podrażnia, jest lekki i pięknie się wchłania. Czy działa na zmarszczki - nie wiem, jeszcze nie mam, ale po jego użyciu pozostaje wrażenie miękkiej i gładkiej skóry. Nawilża raczej delikatnie, mnie taki stopień wystarcza, ale nie sprawdzi się w przypadku przesuszonej skóry. Ukojenia niestety próżno szukać, daje chwilową ulgę... Nie wiem, czy ten krem kupię ponownie, jeśli nie, będę szukała innego, bo pielęgnacja skóry pod oczami to ważna rzecz i warto poświęcić jej trochę uwagi.

*

Tak dobrane kosmetyki w moim przypadku sprawiają, że używanie innych praktycznie mija się z celem. Peelingi czy maseczki stały się zbędnym dodatkiem. Jeśli już mam ochotę na coś nadprogramowego, będzie to raczej dodatkowa porcja nawilżenia, aczkolwiek moja skóra nie woła o nie, jest bowiem w świetnej kondycji.

sobota, 10 maja 2014

Ziaja Med, przeciwzmarszczkowy krem do twarzy SPF 50+

Przyszedł czas na kolejny krem z filtrem - tym razem jest to produkt Ziai. Firma jakiś czas temu wprowadziła do sprzedaży trzy rodzaje takich kremów, każdy z filtrem SPF50+: tonujący, matujący i przeciwzmarszczkowy. Tonujący mnie nie interesował, a na temat dwóch ostatnich słyszałam opinie, że sprawują się podobnie, więc w związku ze słabą dostępnością matującego, wybrałam przeciwzmarszczkowy.

Swoją drogą, każdy filtr jest przeciwzmarszczkowy, bo utrudnia promieniom UVA, odpowiedzialnym za starzenie się skóry, przenikanie przez nasz naskórek ;) wiadomo jednak o co chodzi, w bohaterze dzisiejszej opowieści powinny znaleźć się pewne dodatkowe składniki, o czym niżej. 


Ziaja Med, Przeciwzmarszczkowy krem do twarzy SPF 50+ 

Gdzie? Super-Pharm, apteki, wyspy i sklepy firmowe Ziaja | Za ile? 18,99-23,99 zł / 50 ml


OPAKOWANIE

Zakręcana tubka o standardowej pojemności 50 ml. Otwór wąski, dobrze przemyślany, bo dopasowany do konsystencji produktu (o czym niżej) - wydobycie kremu jest wygodne i nie wiąże się z ryzykiem, że przy najmniejszym przyciśnięciu tubki wylejemy na siebie połowę jej zawartości. Nie spodoba się tym, którzy lubią odmierzać odpowiednią ilość filtra strzykawką, bo jej końcówka po prostu się w tym otworze nie zmieści. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Krem posiada wyrazisty, przyjemny dla nosa zapach - powiedzmy że jakiś bukiet kwiatów, takie fiu-bździu, jak producenci chcą żeby ładnie pachniało, ale nie chcą sugerować jakiejś jednej konkretnej, znanej nam z życia codziennego woni. 

Konsystencja lekka, nietłusta, ale zwarta - produkt nie przelewa się przez palce. Na skórze rozprowadza się jak marzenie, jak zwykły krem nawilżający na dzień. Warto zwrócić tu uwagę na żółtawy kolor kremu (któremu niestety nie udało mi się uchwycić na zdjęciu) - na szczęście nie jest on później widoczny na skórze.


DZIAŁANIE

Dzięki lekkiej formule krem wchłania się jeszcze w trakcie aplikacji, nie bieli i nie pozostawia grubej tłustej warstwy, aczkolwiek dokładne wklepanie produktu jest wysoce pożądane. Świecenie twarzy niestety jest obecne, ale do zaakceptowania. Filtr solo prezentuje się całkiem nieźle - co prawda lekki błysk zostaje, ale nie ma wrażenia posiadania na twarzy maski, można wyłonić się z domu bez przypału


Dużą wadą kremu jest to, że mimo wszystko pozostawia na powierzchni skóry klejący film, przez co trzeba być przygotowanym na usuwanie z twarzy przyczepiających się włosów. Rzutuje to również na jakość makijażu - chociaż make-up trzyma się na filtrze cały dzień i nie waży się, to nie może w pełni wgryźć się w skórę i przy najmniejszym dotknięciu zostaje czy to na chusteczce, czy na palcach. Biada tym którym rzęsa spadnie na policzek - bezwiedne przesunięcie dłonią po skórze w celu usunięcia niechcianej ozdoby skończy się ściągnięciem fragmentu podkładu i malowniczą smugą. Efekt ten maleje co prawda z godziny na godzinę i pod koniec dnia jest minimalny, ale nie jest to w żadnym wypadku zjawisko naturalne ani wygodne. 

Poza tym mankamentem twarz wygląda naprawdę dobrze, raz zmatowiona - bez większych problemów - utrzymuje lekki, raczej estetyczny, powiedziałabym nawet zdrowy połysk. Niestety, filtr idealny to taki, o którym się zapomina, iż się go nałożyło - o Ziai mogę mówić w kategorii filtra zaledwie poprawnego.

SKŁAD


Filtry (wszystkie chemiczne):


Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate - fotostabilny filtr blokujący promieniowanie UVA, maks. dopuszczalne stężenie 10%.
Ethylhexyl Methoxycinnamate - wodoodporny filtr blokujący promieniowanie UVB o maksymalnym stężeniu w kosmetyku 7,5%. Ulega degradacji w świetle słonecznym, ale może być stabilizowany innymi filtrami. 
Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine - absorbuje promieniowanie UVA i UVB. Fotostabilny, zapobiegający degradacji innych filtrów.
Ethylhexyl Triazone - wodoodporny filtr blokujący promieniowanie UVB.

Ponadto Hydrogenated Dimer Dilinoleyl/Dimethylcarbonate Copolymer odpowiada za zwiększenie wodoodporności kosmetyku. 

Nie uznaję filtrów jako produktów stricte pielęgnacyjnych, więc zawarte w składzie składniki działające przeciwzmarszczkowo nie mają dla mnie większego znaczenia, ale w czystej przyzwoitości wymienię: mamy tu nawilżające glicerynę (Glycerin), pantenol (Panthenol) i hialuronian sodu (Sodium Hyaluronate), a dodatkowo Octan tokoferylu (Tocopheryl acetate), który jest przeciwutleniaczem (hamuje procesy starzenia się skóry) wzmacniającym barierę naskórkową, dzięki czemu zapobiega utracie wody jednocześnie ograniczając przenikanie obcych substancji. 

PODSUMOWANIE

Krem Ziai co prawda nie dorasta do pięt niewidzialnej emulsji Vichy, ale na pewno sprawuje się lepiej niż tłusty filtr Dermedic. Owszem, ma wady i wymaga poświęcenia makijażowi większej niż standardowo uwagi i ostrożności, ale biorąc pod uwagę bardzo niską cenę, myślę, że można przymknąć na to oko - koniec końców nosi się dobrze. Nie będzie moim ulubieńcem, ale może stanowić niezłej jakości alternatywę w momentach posiadania dziury w portfelu. 

poniedziałek, 30 września 2013

Wrześniowe drobiazgi w minirecenzjach

Wrześniowe denko okazało się dość słabe, zarówno pod względem ilości, jak i jakości - ale po kolei.


1. Yves Rocher, Un Matin au Jardin, mleczko do ciała "Bez" - największą zaletą tego produktu jest ładny, naturalny zapach - bzu faktycznie. Niestety reszta jego cech nie zachwyca. Nie lubię, kiedy mleczko/balsam nie wchłania się podczas masażu, a tak jest w tym przypadku. Musimy rozprowadzić kosmetyk i czekać, aż sam wsiąknie - całe szczęście trwa to krótko. Działanie praktycznie niezauważalne, ot, zapobiega przesuszeniu skóry, ale sam w sobie właściwie nie nawilża. W dodatku jest słabo wydajny. 

2. L'biotica, Biovax, Intensywnie regenerująca maseczka do włosów ciemnych -  tu przyznam, że od razu po myciu nie byłam zadowolona, włosy były sztywne i szorstkie. Po wysuszeniu ich stan się poprawił. Były miękkie, mocno błyszczące, świetnie się układały. Przy tym wszystkim pozostały nieobciążone. Przyczepić się mogę tylko do słabego wygładzenia, ale mimo wszystko polecam wypróbować. 

3. Nivea, Lip Butter, masło do ust, Wanilia & Makademia - namęczyłam się z tym słoiczkiem, oj namęczyłam! Mam dwa inne opakowania, ale wersji karmelowej, i z tamtymi wszystko w porządku. Żeby otworzyć to, musiałam używać różnych sztuczek, kręcić, podwadzać, siłować się... Najwyraźniej to wina mojego egzemplarza, ale gdybym nie miała do porównania innego masełka, sama konieczność walki z metalem skutecznie by mnie do Nivei zniechęciła. Jak działanie? Znośne. Cudów to masło nie zrobiło. Przy większych problemach ze skórą warg nie dawało rady. W normalnych warunkach pielęgnowało nieźle, nienajgorzej nawilżało. Mimo że składy wszystkich wersji są takie same, jakoś bardziej moim ustom do gustu przypadła karmelowa. Do Carmexu jednak żadna się nie umywa ;)
Zapach został dobrze oddany, chociaż może jest aż za słodki. 

4. Ziaja, maska anty-stres z glinką żółtą - ta maska powinna nosić nazwę "stres", niestety. U mnie w ogóle się nie sprawdziła. Po użyciu nie widziałam ŻADNEGO efektu, no, może ściągnięcie skóry... Musiałam kilka razy nakładać krem, żeby pozbyć się tego uczucia. Z biegiem czasu było coraz gorzej, cera stała się szara, sucha, wszelkie niedoskonałości zrobiły się lepiej widoczne. Ta maseczka zbiera bardzo dobre recenzje, więc nie będę jej odradzać - u większości świetnie się sprawdza - ale u mnie jest skreślona. 

5. Perfecta SPA, domowy manicure, szafirowy peeling + maska-serum - spodobał mi się treściwy peeling; dużo drobin, nie za ostrych, ale porządnie ścierających naskórek. Dłonie po nim były cudownie gładkie. Maska miała dopełnić dzieła, niestety było gorzej. Owszem, skóra była gładka, trochę nawilżona, ale po ogromnym wrażeniu, jakie zrobił na mnie duet z Marion, tu byłam rozczarowana. Było nieźle - ale za słabo. 

Z tego całego zestawu dalszą wspólną przyszłość widzę z maską Biovax - może jeszcze nie teraz, ale będę o niej pamiętała :)

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kilku gagatków na koniec miesiąca

Biedne to denko kwietniowe, i w dodatku wczesne, ale wróciłam do rodziców na weekend majowy – czyli u siebie niczego już nie wykończę – a część produktów, które opustoszyłam, miało już swoje recenzje. Dlatego dziś krótko.



1. Eveline cosmetics, profesjonalny peeling do rąk & maska-serum do rąk - właściwie nie wiem, czego spodziewałam się po tym zestawie. Peeling dobrze, wyczuwalnie wygładza, maska - przyjemnie nawilża. Całość ma ładny zapach i jest przyjemna w użytkowaniu. Peeling dobrze trzyma się rąk i nie lata na wszystkie strony podczas masażu, z kolei maska po wymaganych 15 minutach trzymania i późniejszym wmasowaniu nie pozostawia na rękach tłustej, klejącej warstwy. Efekt jest dość krótkotrwały i na dłuższą metę nie daje nic, czego nie mógłby zrobić zwykły peeling i dobry krem do rąk - ale nie mam problemów z dłońmi, być może na przesuszonej skórze sprawdziłby się jeszcze lepiej. 
Zestaw teoretycznie jednorazowy, ale można podzielić dawkę tak, że wystarczy na dwa razy. Tylko zawsze pozostaje problem odpowiedniego przechowania saszetek aż do tego następnego razu...



2. Bioderma Sensibio H20, płyn micelarny do oczyszczania twarzy - był jednym z kosmetyków dołączonych do lutowego ShinyBoxa i od pierwszego użycia podbił moje serce ;). Błyskawicznie i dokładnie usuwa makijaż - tak kremy BB na silikonowej bazie, jak i mocno kryjące pomadki. Z tuszem wodoodpornym jest gorzej, używałam go czasem do usunięcia pozostałości, które nieopatrznie zostawiłam po dwufazowej Bielendzie i tutaj średnio zdawał egzamin. Nie pozostawia uczucia ściągnięcia czy lepkości, po jego użyciu czuję, że twarz jest świeża i oczyszczona. W porównaniu z micelami Bourjois i BeBeauty ten wysuwa się na pierwsze miejsce. Wada? Cena, bo bez promocji za 100ml płacimy 25zł.







3. Ziaja intima, płyn do higieny intymnej, konwalia - płynów z tej serii używam od wczesnych lat nastoletnich i nie mam zamiaru przestać. Intima dobrze się pieni, porządnie oczyszcza, pozostawia uczucie świeżości. Jest wydajna, a ilość zapachów pozwala każdemu wybrać coś dla siebie (konwalia, brzoskwinia, melon, rumianek...). Nie tylko nie podrażnia, ale nawet łagodzi podrażnienia! Konsystencja jest gęsta, więc nie ma problemu z przelewaniem się płynu przez palce. No i cena - za ok. 6zł dostajemy 500ml (na zdjęciu wersja 200ml).






Przy okazji pochwalę się kolejnymi zdobyczami Yankee Candle :)


Prym wiedzie tutaj Summer Scoop z nowej kolekcji Q2 - to zapach lodów o smaku truskawek i owoców leśnych. Jest i A Child's Wish, nie darowałabym sobie, gdybym go nie kupiła, chociaż sam zapach mnie nie porywa i za Chiny nie wyczuwam w nim zapachu kwiatów czy zielonych pól. Ale dopiero zaczęłam jego palenie, więc posiedzę z nim trochę i mam nadzieję, że z czasem wyrobię sobie opinię.