Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia 2015: pielęgnacja

Takich postów chyba brakowało na moim blogu. Albo pojedyncze recenzje, albo denko, przez co dużo kosmetyków umykało bądź nie były przedstawione w sposób, w jaki na to zasłużyły. Myślę że najwyższy czas to zmienić!

La Roche-Posay, Effaclar K

Powinien dostać osobny post, ale biorąc pod uwagę fakt, jak teraz wygląda opakowanie, byłby to brak szacunku dla czytelnika. Słuchajcie więc tutaj - ten krem jest genialny! Może ktoś pamięta, że na Effaclar Duo [+] kręciłam nosem, że jest taki sobie, że czegoś mu brakuje... Otóż Effaclar K wszystko ma na swoim miejscu i dzięki temu robi ze skórą cuda. Czysta, zachwycająco gładka, rozświetlona, zero krostek i krost, pory oczyszczone i zmniejszone, wydzielanie sebum wyregulowane. Do tego nie wysusza i jest bardzo wydajny. Chociaż nadal mam trochę zaskórników na nosie, a przed okresem wyskakują mi średnio dwie dość uparte niespodzianki, to i tak ten produkt LRP żegnam z żalem. Na pewno do niego wrócę.


Sylveco, lekki krem rokitnikowy

Uwielbiam produkty Sylveco za stuprocentowo naturalne składy, pełne ekstraktów i olejów o dziesiątkach dobroczynnych właściwości. Krem rokitnikowy skutecznie nawilża, odżywia i wygładza skórę. Nie zapycha. Wchłania się szybko i nadaje pod makijaż. Zawsze dodaję do porcji kroplę kwasu hialuronowego, który poza dodatkową dawką nawilżenia odświeża, oraz sprawia, że całość o wiele lepiej się rozprowadza. Skóra jest miękka i ukojona, a ja cieszę się, że daję jej to co najlepsze bez sztucznych zapychaczy.

Sylveco, oczyszczający peeling do twarzy

Bliżej przedstawiłam go już tutaj


Alterra, maska do włosów Granat i Aloes

Wiem, już ją pokazywałam. I co z tego? Ciągle do niej wracam, a ostatnimi czasy zaczęłam zachwycać się nią na nowo. Radzi sobie z moim hermionograngerowatymi włosami tak doskonale jak żadna inna. Idealnie zmiękcza i wygładza, czupryna wygląda po niej zdrowo i nie jest obciążona. Do tego dodam przyjemny zapach, dobrą wydajność i niską cenę. Ulubieniec jak się patrzy.

Wellness & Beauty, Sezamowy olejek do kąpieli

Teoretycznie do kąpieli, w praktyce używałam go już po myciu, wmasowując w wilgotną skórę. Pachnie przesłodko, waniliowo-migdałowo, ma fantastyczny skład, bo faktycznie prawie same oleje, genialnie nawilża, pozostawiając skórę miękką i gładką. Wchłania się również bardzo znośnie jak na tak bogatą formułę. 


AA, krem pod oczy przeciwzmarszczkowy, Aktywny Lifting 50+

Z kremami pod oczy mam problem, bo mało który mnie zadowala. Najlepszym był chyba ten arganowy z Kropli Zdrowia, ale na razie nie stać mnie na wydanie 50 zł na tego typu mazidło, więc szukam tańszych rozwiązań. Że ten krem AA jest dla kobiet po 50 roku życia? Cóż, przekonałam się że te dla dwudziestokilkulatek to trochę pic na wodę, a z takiego kremu skóra i tak weźmie sobie tylko tyle, ile potrzebuje. Aktywny Lifting dobrze, długotrwale nawilża i koi skórę pod oczami, dodatkowo przyjemnie się aplikuje i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy. Co ważne, nie powoduje pieczenia. Z cieniami niestety sobie nie radzi, ale skóra wokół oczu i tak wygląda zdrowo. Skład bardzo przyjemny (wybaczcie że znowu posiałam gdzieś kartonik), z substancjami aktywnymi wysoko na liście.

Joko, odżywka do paznokci Ultraviolet Efekt

Odżywka, która w założeniu miała wybielać paznokcie i w odpowiednim świetle dawać efekt fluorescencyjny (w wersji, jak sama nazwa wskazuje, fioletowo-niebieskiej). I robi to! Płytka jest faktycznie jaśniejsza, kolor końcówek momentalnie wyrównany. Do tego schnie błyskawicznie. Co więcej, mimo że producent słowem nie pisnął o właściwościach pielęgnujących, odczuwalnie wpływa na większą twardość paznokci.

***

Czy któreś z tych produktów należą również do Waszych ulubieńców? Dajcie mi znać, czy taka forma przedstawiania kosmetyków Wam odpowiada i czy post nie jest za długi.

sobota, 10 stycznia 2015

DENKO na dobry początek roku

Wyrzuciłam ostatnio sporo chomikowanych tu i ówdzie pustych opakowań. Zazwyczaj po zużyciu kosmetyku, chowam je do innych w ustalonym specjalnie do tego miejscu i tam taka grupka czeka, aż uznam ją za wystarczająco dużą, by podsumować jej jakość na blogu. 

Pod koniec grudnia stwierdziłam, że właśnie nadszedł ten czas. Porobiłam zdjęcia i pozbyłam się zajmujących cenną przestrzeń gagatków (w końcu na ich miejsce muszą przyjść nowe!), ale że Święta, Sylwester, tańce, hulanki, prace inżynierskie i swawola, wiadomo - dopiero teraz znalazłam chwilę by usiąść i opisać poszczególne produkty tak, jak należy.


Uriage, Eau Thermale D'uriage, czyli jedyna uznawana przeze mnie woda termalna, a to z tego względu, że po aplikacji nie trzeba jej osuszać. Dla tak zapominalskiej osoby jak ja to wielka zaleta, poza tym jakoś razi mnie idea spryskiwania się jakąkolwiek wodą nieprzeznaczoną do mycia, tylko po to, by za chwilę ją wytrzeć. Dodatkowym plusem izotoniczności Uriage jest możliwość rozpylenia jej na makijaż, co daje nie tylko zbawienne orzeźwienie podczas upałów, ale przede wszystkim scala wszystkie warstwy kosmetyków i nadaje miłe oczom satynowe wykończenie. O łagodzeniu podrażnień czy nawilżaniu nie będę się rozpisywać - po prostu ta woda to wszystko robi. Uriage jest ważnym elementem mojej codziennej pielęgnacji i na pewno jeszcze długo, długo będę ją kupować.

Biała Perła, wybielająca pasta do zębów - dobrze się pieni, dokładnie czyści zęby, ma przyjemny , odświeżający smak. Pod tymi względami nie mogę jej niczego zarzucić. Ponadto jak na małą pojemność (75 ml) jest dość wydajna. Niestety kluczowym powodem, dla którego po nią sięgnęłam, jest działanie wybielające i tutaj nie sprawdza się ona w ogóle. 15 zł za niewyróżniającą się niczym pastę to dla mnie zbyt duży wydatek, więc nie kupię jej ponownie. 

AA, maseczka aktywnie oczyszczająca - jedna z moich ulubionych maseczek. Dobrze się rozprowadza i bezproblemowo spłukuje. Nie podrażnia ani nie wysusza. Matuje, delikatnie oczyszcza (chociaż na pewno nie pozbędzie się najbardziej upartych zaskórników), wygładza, rozjaśnia, zmiękcza i nieco nawilża skórę. Przyspiesza gojenie się wyprysków. Jedna saszetka powinna wystarczyć na dwie aplikacje. Kupię ponownie. 


Marion, Termoochrona, mgiełka chroniąca włosy przed działaniem wysokiej temperatury - ok, płynu w butelce została mniej więcej połowa, ale i przeterminował się on jakoś w połowie zeszłego roku, więc pozbycie się produktu było podyktowane co najmniej przyzwoitością. Nie to, że mgiełka była złym kosmetykiem - po prostu przez długi czas nie używałam suszarki, a kiedy zostałam zmuszona do tego wrócić, zapomniałam całkowicie, że coś takiego Termoochronę posiadam. Czy chroni? Ciężko stwierdzić, zwłaszcza że nie używałam jej regularnie. Za to na pewno ma przyjemny, typowy dla kosmetyków fryzjerskich zapach, wygładza włosy i zapobiega ich puszeniu. Użyta w zbyt dużej ilości może lekko obciążać, ale to jest kwestią wprawy. Niewątpliwą zaletą jest cena mgiełki - 5-7 zł. Możliwe, że kupię ponownie. 

Apart Natural, kremowy żel pod prysznic - hypoalergiczny! a poza tym: nieźle się pieni, myje jak trzeba, ma odpowiednią konsystencję i nie spada z gąbki czy z ciała. Nie wysusza. Producent twierdzi, że jego produkt jest kremowy i tak jest w istocie, Apart bardziej przypomina płyn niż żel. Niestety ma jedną wadę - pachnie dość ostro i chemicznie, powiedziałabym nawet: tanio. W przypadku żeli pod prysznic, które nie mogą nadrobić nieciekawej woni właściwościami pielęgnującymi (jakkolwiek producent twierdzi inaczej), taka cecha skreśla u mnie kosmetyk. Pod wszystkimi innymi względami Apart jest udanym produktem, a że zapach jest kwestią gustu... Warto rozważyć jego zakup, szczególnie że cena to około 6 zł. 

Bielenda, Afrodyzjak Love, Olejek do kąpieli i pod prysznic `Piżmo i jaśmin` - olejkiem w życiu bym tego nie nazwała, bo w składzie olejków brak. Ani jednego! Uznałabym to za minus, gdyby nie to, że skład jest jasno podany i widziały gały co brały. Jeżeli nieprawidłowość nazwy nie stanowi dla was przeszkody, olejek może okazać się przyjemnym towarzyszem kąpieli. Wyśmienicie się pieni i ma wyrazisty, roznoszący się po całej łazience zapach. Powinien przypaść do gustu wielbicielkom piżma, bo to właśnie ta nuta jest główną w kompozycji, nadając całości dość ostry charakter. Jaśmin jedynie nieśmiało przebrzmiewa w tle. Raczej nie kupię ponownie, bo wolę słodsze wonie, ale uważam ten produkt za udany i wart przetestowania.


SheFoot, odżywczy krem + shea do paznokci i suchej skóry stóp - jeśli chodzi o produkty do stóp i dłoni, lubię te o bogatej konsystencji. Ten krem taki jest. Gęsta formuła, zgodnie z obietnicami producenta, odżywia i nawilża stopy. Przy regularnym stosowaniu stają się miękkie i gładkie, ale już po pierwszym użyciu można zauważyć zmiany na plus. Kosmetyk nie usunie na pewno najbardziej upartej stwardniałej skóry z pięt, bo do tego potrzebne są silniejsze środki, ale z szorstkością upora się bez problemu. Wchłania się przyzwoicie. Jedyne co trochę denerwowało mnie w trakcie używania, to mocny i długo utrzymujący się zapach. Z początku przyjemny, bo bardzo słodki - ale ileż można... Mimo wszystko - możliwe, że kupię ponownie. 

Eveline, Glicerini, Glicerynowy skoncentrowany krem głęboko odżywczy + wygładzający do rąk i paznokci BIO oliwka i masło karite - zużyłam ten krem ze sporą niechęcią, bo z głębokim odżywieniem nie ma wiele wspólnego. Konsystencja jest lekka, mokra, jakby śliska. Krem wchłania się bardzo szybko, co jest zaletą w przypadku pośpiechu czy konieczności użycia go "na mieście", ale jednocześnie pozostawia dłonie z uczuciem niedosytu. Nawilżenie jest chwilowe, o regeneracji nie ma mowy. Jako dodatkowy krem mógłby się sprawić, ale jako podstawa pielęgnacji dłoni nie zdaje egzaminu. Nie kupię ponownie. 

Himalaya Herbals, Complete Care, pasta do zębów - pasty HH działają generalnie jak wszystkie drogeryjne. Dobrze się pienią, doskonale czyszczą zęby. Dlaczego więc co jakiś czas wyrzucam z portfela dychę na ich kupno? Ano, ponieważ oparte są na naturalnych składnikach. Mają przez to dość specyficzny kolor i smak, ale można się przyzwyczaić. Z tych, które próbowałam (jedną z nich była wybielająca - bardzo słodka i niestety nie wybieliła nic) ta jest w smaku najbardziej zbliżona do miętowych klasyków, dzięki czemu pozostawia solidne uczucie świeżości. Kupię ponownie. 


Wibo, chusteczki matujące - przy mocno tłustej cerze prawdopodobnie zawiodą, albo będzie trzeba zużyć naraz pół opakowania - ale jeśli nie ma się zbyt wielkich problemów z nadmiarem sebum, to te chusteczki mogą okazać się tanim a skutecznym rozwiązaniem. Ja jestem zadowolona. Nie muszę ich używać na co dzień, ale w razie "w" są pod ręką i bezlitośnie rozprawiają się z niechcianą tłustą warstwą na skórze. Chusteczki Wibo są cienkie, więc niezbyt wydajne, i to może być ich główna wada. Co istotne - mimo swojej delikatności nie rwą się. Miewałam lepsze, owszem, ale za tak niską cenę (i dobrą dostępność) nie wymagam cudów. Kupię ponownie. 

Collection, Lasting Perfection Concealer - kiedyś Collection 2000. Musicie mi uwierzyć na słowo, że to ten właśnie kosmetyk. Napisy zaczęły ścierać się z opakowania jeszcze zanim je otworzyłam po raz pierwszy, ot, korektor przeleżał dwa miesiące w koszyczku z innymi i to wystarczyło, aby pozbył się połowy szaty graficznej. To wyjątkowy korektor i zasługuje na osobny wpis, ale same widzicie... Robienie sesji zdjęciowej takiemu produktowi mija się w celem.
Do rzeczy więc! Kultowy już produkt ma duże krycie i odpowiednio dobrany rozjaśni skórę pod oczami (moim odcieniem był 01 Fair, taki akurat - odpowiednio jasny, ale nie na tyle, żeby zrobić mi zimę na powiekach; blade twarze będą zachwycone). Moje mroczne cienie ukrywał pierwszorzędnie. Z zakryciem krostek również dzielnie dawał sobie radę. Mówią, że jest zbyt ciężki, że wysusza - nie zauważyłam tego. Korektor nie ciemnieje w ciągu dnia, jego jedyną wadą może być to, że lubi zbierać się w zmarszczkach mimicznych i warto to regularnie kontrolować. No, może jeszcze jedna wada - dostępność. Aby go kupić, należy zajrzeć na Allegro albo odbyć wycieczkę do Anglii. Kupię ponownie. 


środa, 23 lipca 2014

Filtry UV w sprayu: AA kontra Bielenda

Nie przepadam za filtrami w kremie: bielą, brudzą ubrania, nigdy do końca się nie wchłaniają, pozostawiając na skórze tłustą, klejącą warstwę. Pojawienie się na rynku mnóstwa tego typu produktów w sprayu było jak objawienie - w końcu coś wygodnego! Czy na pewno? Jeśli jesteście zainteresowane, czy warto inwestować w taką formę ochrony przeciwsłonecznej, zapraszam do dalszej części posta.


AA Sun, Ochrona przeciwsłoneczna, SPF 30

Bielenda Bikini, Transparentny spray do opalania, SPF 20 

Gdzie? Hebe, Superpharm | Za ile? AA - ok. 29 zł / 150 ml, Bielenda - ok. 22 zł / 150 ml
OPAKOWANIE

Po względem estetyki wygrywa AA. Solidna, ciekawa graficznie butelka ma ponadto dobrze trzymającą się skuwkę i aerozol umożliwiający rozpylanie produktu ciągłym strumieniem. Można przyczepić się jednak do tego, iż strumień ten jest za mało skoncentrowany, toteż część produktu zamiast na naszym ciele ląduje na okolicznych przedmiotach. Wadą jest również brak kontroli nad zużyciem kosmetyku, jego bliski koniec możemy przewidywać jedynie kontemplując wagę opakowania.

Bielenda nie wygląda zbyt wyjściowo, ale etykiety przekazują wszystkie niezbędne informacje, więc nie jest źle. Gorzej z nasadzoną zbyt lekko skuwką, która może się zsunąć, gdy wrzucimy produkt do walizki. Również i atomizer nie do końca mnie przekonuje, jednokrotnie wyrzuca zbyt małą ilość produktu - klikanie nim w nieskończoność to średnia rozrywka, w dodatku w pewnych miejscach niewygodna, bo butelki nie da się trzymać do góry nogami - aplikacja filtra na łydki to istna ekwilibrystyka. Średnica strumienia w porządku, stan zużycia widoczny.



ZAPACH I KONSYSTENCJA

AA jedzie alkoholem. W połączeniu z wszędobylskim strumieniem kosmetyku, nietrudno zgadnąć, iż aplikację najlepiej przeprowadzić na płytkim oddechu w dużym, najlepiej wietrzonym pomieszczeniu. Małe łazienki z lufcikiem odpadają, chyba że chcemy odlecieć.

Co innego Bielenda. Tu zapach jest subtelny, słodki, nieco waniliowy. Można wdychać z przyjemnością ;) 

Konsystencję filtra AA trudno mi opisać, jest dość lekka, nieco tępa, trochę w typie lakieru do włosów - produkt rozprowadza się łatwo, można go dokładnie wmasować, jedynie w ostatnim studium aplikacji staje się odrobinę klejący. 

Bielenda wygląda się i zachowuje jak typowa oliwka. Bajeczne rozprowadzenie, słabe wchłanianie. 


KOLOR

Filtry w sprayu koloru nie mają. Bielenda co prawda przy wmasowywaniu kosmetyku pokazuje lekko odrobinę bieli, ale po chwili i ta znika. Przezroczystość gwarantowana jest więc i u Bielendy, i u AA.

DZIAŁANIE

Brak koloru w tych kosmetykach jest niestety równocześnie wadą, bo trudno stwierdzić, czy nałożyliśmy odpowiednią ilość produktu. Ciężko jest to odmierzyć i brakuje podstawowego kryterium "do uzyskania widocznej warstwy", bo żadna warstwa, poza tą mokrą, się nie pojawia. O ile jeszcze Bielendę dałoby się przepsikać do miarki, to już w przypadku AA takiej opcji nie ma. Zresztą komu chciałoby się w to bawić? 

AA dość szybko się wchłania, nie pozostawia na skórze żadnego wyczuwalnego filmu. Skóra jest nieco gładsza, ma subtelny połysk i to właściwie tyle. Można zapomnieć o tym, iż nałożyło się filtr, poza tym że padające promienie Słońca są zdecydowanie mniej bolesne niż w przypadku wyjścia na zewnątrz z gołą skórą. Mimo powalającej ilości alkoholu w składzie, nie zauważyłam żadnego wysuszenia. 


Bielenda to, jak już wspomniałam, praktycznie oliwka. Nie wchłania się do końca i nawet po kilku godzinach możemy zostawiać po sobie ślady, ale poza tym nosi się dobrze. Skóra jest bardzo gładka, lekko połyskuje w Słońcu, przy dotknięciu wyraźnie czuć pozostawioną warstwę, ale nie jest ona tłusta czy klejąca. Z obiecywaną przez producenta wodoodpornością się zgodzę, chociaż i tak po kontakcie z wodą lepiej ponownie zaaplikować produkt. Nawilżenie również jest odczuwalne, chociaż balsamu filtr na pewno nie zastąpi.

Jak z ochroną? Przez ostatnie tygodnie spędziłam mnóstwo czasu na pełnym Słońcu, więc mogę ocenić dokładnie - filtry działają jak powinny. Skóra ledwo zauważalnie zbrązowiała (zaznaczam, że nie było kiedy reaplikować produktu), mogę mówić raczej o wyrównaniu kolorytu niż opaleniźnie. Widzę wyraźną różnicę między nogami a stopami, o których raz zapomniałam, a z których w późniejszym czasie produkt częściowo schodził (uroki chodzenia w często mokrej trawie). Nie ma różnicy między częściami ciała zakrywanymi ani odkrywanymi oraz tymi na które nakładałam suto filtr 50SPF w kremie a tymi z filtrem AA.

Wydajność dość przeciętna, około dwóch tygodni codziennego nakładania na całe ciało. 

SKŁAD

Bielenda:


Ethylhexyl methoxycinnamate - chemiczny filtr UVB, samodzielnie niezbyt stabilny.
Octocrylenechemiczny filtr blokujący UVB i krótkie UVA, stosunkowo słaby, ale stabilny i stabilizujący inne filtry. 
Butyl methoxy-dibenzoyl-methane chemiczny filtr UVA, niestabilny, ale obecność Octocrylene wpływa na jego trwałość w promieniach słonecznych.   

Dodatkowo Tocopheryl Acetate, przeciwutleniacz. Filtry chemiczne wpływają na powstawanie wolnych rodników, więc takie składniki są bardzo mile widziane.

AA:


Homosalate - chemiczny filtr UVB, niezbyt stabilny
Benzophenone-3 - chemiczny filtr UVB i UVA, bardzo stabilny i stabilizujący inne filtry 
Ethylhexyl salicylate - chemiczny filtr UVB, pod wpływem promieniowania słonecznego ulega pewnej degradacji.
Butyl methoxy-dibenzoyl-methane - chemiczny filtr UVA, niestabilny, ale obecność filtrów stabilnych i stabilizatorów wpływa na jego trwałość w promieniach słonecznych.   

Mamy tutaj Diethylhexyl 2 6-naphthalate - stabilizator. Obecny jest również Tocopheryl Acetate, ale po Parfum, czyli nie warto nawet brać go pod uwagę. 


PODSUMOWANIE

Każdy z tych kosmetyków ma swoje wady i zalety. Nie potrafię wybrać jednego - oba przypadły mi do gustu, a jednocześnie żaden z nich nie jest ideałem. Działają jak trzeba, potykają się w drobiazgach, takich jak zapach czy wygoda aplikacji. Mam jednak nadzieję, że powyższym zestawieniem ułatwiłam Wam wybór :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Magia w saszetce, czyli oczyszczająca maseczka AA

Przyznaję się bez bicia – złapałam ogromnego lenia :D mam mnóstwo produktów, które chcę zrecenzować, ale nie mogę się zebrać, aby usiąść przy Wordzie i coś konkretnego o nich napisać. No trudno… od wszystkiego należy czasami wziąć wakacje. Żeby nie było, że nic nie robię, przygotowałam na dzisiaj recenzję maseczki do twarzy, którą bardzo polubiłam.

AA Technologia Wieku
maseczka aktywnie oczyszczająca

OD PRODUCENTA
Oczyszczająca maseczka aktywnie usuwa wszelkie zanieczyszczenia z powierzchni skóry i przywraca jej świeżość oraz gładkość. Biała glinka oraz tlenek cynku, usuwając obumarłe komórki naskórka, znakomicie oczyszczają skórę i pozostawiają ją gładką w dotyku. Kompleks oczyszczający odblokowuje pory, ograniczając proces powstawania zaskórników, oraz przywraca skórze zdrowy koloryt. Wieloskładnikowy mikrolipidowy system MLS tworzy mikrobarierę, zwiększając tolerancję skóry na wpływ czynników zewnętrznych będących przyczyną nadwrażliwości.


OPAKOWANIE

W saszetce o eleganckiej szacie graficznej dostajemy 10ml produktu. To ilość, którą można w powodzeniem wykorzystać na dwa użycia, jeśli decydujemy się zaaplikować ją tylko na twarz.
Saszetkę otwieramy bez niepotrzebnego siłowania się, nożyczki nie są potrzebne.
3/3

ZAPACH I KONSYSTENCJA
Zapach maseczki jest taki sam, jak kremów od AA. Trudno wyczuć tam woń glinki, jest delikatny, nieokreślony.

Konsystencja też pokrywa się w tym, co spotykamy w kremach tej firmy; dość gęsta, ale rozprowadza się gładko. W odróżnieniu od kremów nie wchłania się (ale i nie zastyga!) więc stosujemy ją jak zwykłą maseczkę, czyli zmywając po upływie określonego czasu.
3/3

DZIAŁANIE

Maseczkę zmywamy bez problemu po 10 minutach. Efekty są widoczne od razu – cera jest gładka, nawilżona, pory zwężone, wypryski i zaskórniki mniej widoczne, cała twarz wyraźnie rozjaśniona, promienna i lekko zmatowiona. Po jej zmyciu czuję się jakbym wyszła z salonu po jakimś poważniejszym zabiegu upiększającym :D

Co jednak muszę dodać, ten rezultat nie utrzymuje się zbyt długo. Warto więc skorzystać z maseczki przed większym wyjściem lub regularnie do niej wracać.

Podczas użycia można odczuć niewielkie szczypanie, ale nie pojawia się podrażnienie. Nie zauważyłam jednak, aby maseczka ograniczała pojawianie się wyprysków w późniejszym okresie, te nadal się zdarzają.
13/15

SKŁAD


Mamy tu m.in. Propylene Glycol i glicerynę (Glycerin) czyli substancje nawilżające. Kaolin to glinka biała, zinc oxide to tlenek cynku – wchłaniają sebum i ściąga pory. Rosa Multiflora Fruit Extract to kolejny składnik ściągający pory, ma również działanie przeciwstarzeniowe. Mamy tu także kilka składników tworzących na skórze warstwę okluzyjną zatrzymującą w skórze wodę. Zgodnie z obietnicami producenta brak tu parabenów i barwników. Alergenów również, chociaż np. parafina (Paraffinum Liquidum) może powodować powstawanie zaskórników.

WYDAJNOŚĆ

Jak to maseczka, możemy ją użyć raz do dwóch razy w zależności od tego, na jaki obszar skóry ją nakładamy.
3/3

DOSTĘPNOŚĆ

Rossmanny, Natury, wszelakie drogerie.
3/3
CENA

Waha się między 2-3zł/10ml.
3/3

SUMA PUNKTÓW: 28/30


Nie spodziewałam się, że będę aż tak zadowolona z tej maseczki, a jednak – na pewno jeszcze kiedyś ją kupię. Obok maseczki z Efektimy jest kolejną, która zapewnia natychmiastowe i widoczne efekty. Po jej użyciu czuję się jak nowo narodzona - rzadko kiedy mi się to zdarza, więc tym bardziej będę pragnęła ponownego wywołania tego uczucia :P

piątek, 4 stycznia 2013

Wspomnienia zeszłego roku - grudniowe denko

W tym miesiącu znowu sporo - jak na mnie - kosmetyków. Byłoby jeszcze więcej, ale od dwóch tygodni siedzę w domu i korzystam z zapasów tu zgromadzonych.


1. Bielenda, Czarna oliwka, Nawilżająca 2 - fazowa oliwka do demakijażu oczu i ust - funkcję przeciwzmarszczkową pomijam milczeniem. Jeśli jako przeciwdziałanie bruzdom weźmiemy nawilżenie, to owszem, w końcu to oliwka, a po użyciu pozostawia na powiekach tłustą warstewkę (u mnie mile widzianą), ale zmarszczek nie usunie. Nie wymagam tego od dwufazówek, bo to rola kremów (ewentualnie zabiegów chirurgicznych :D), ale śmieszy mnie taka deklaracja na opakowaniu. 

Oliwka bardzo dobrze i szybko radzi sobie z demakijażem oczu i ust. Jednak usuwanie wodoodpornych kosmetyków zajmuje jej nieco więcej czasu niż wersji z bawełną i również trzeba jej więcej użyć, by zrobić to dokładnie. Raczej nie podrażnia, ale jednak czasami zalewałam się łzami, gdy płyn dostał się do oka. Nie zdarzało mi się to, gdy korzystałam z różowej poprzedniczki, więc wynik ostateczny to 1:0 dla bawełny i tę ostatnią kupię następnym razem.

2. AA Technologia Wieku, Pielęgnacja Antycellulitowa, Mleczko do ciała wygładzająco - ujędrniające - recenzja tutaj. Przyjemny kosmetyk, chociaż nie ujędrnia, to być może kiedyś jeszcze zawita na moją półkę.

3. Isana, brzoskwiniowa pianka do golenia - to już n-te zużyte opakowanie tej pianki. Jest moją ulubioną - bardzo tania (ok. 5zł), wydajna, bo mała ilość potrafi pokryć prawie całą nogę, świetnie zmiękcza włoski i nadaje niezły poślizg maszynce. Dodatkowo ma ładny zapach. Nie podrażnia ani nie wysusza, czasami po depilacji nie nakładam na łydki żadnego balsamu i mimo to skóra jest w dobrej kondycji. Gdyby jeszcze spowalniała odrastanie włosków, to wychwalałabym ją pod niebiosa, ale i tak jest znakomita i kupię ją jeszcze niejednokrotnie. 

4. Carmex, balsam do ust w słoiczku - od kiedy odkryłam tę firmę, zawsze mam pod ręką ten balsam w jakiejkolwiek formie. Wersję w słoiczku bardzo polubiłam. Nie jest może najbardziej higieniczna, ale nawet mi to nie przeszkadzało. Opakowanie solidne, produkt wydajny (kupiłam go we wrześniu, skończył się jakoś na początku grudnia), a co najważniejsze bardzo skuteczny! Moje usta bez Carmexu żyć nie mogą ;) są nawilżone, zadbane, ten balsam radzi sobie ze wszystkimi problemami ust ze skłonnościami do pękania i wysychania. 

źródło

Ostatniego dnia grudnia skończył mi się również Carmex w sztyfcie. Mimo że to od niego zaczynałam, chyba do sztyftu już nie wrócę. Nakładanie go na usta było jakieś dziwne, być może to filtr sprawił, że po jakimś czasie wyczuwałam na wargach tłustą zasychającą warstwę. Ponadto po raz drugi pod koniec użytkowania zepsuł się mechanizm wysuwania sztyftu i to już nie może być przypadek :(

5. Joanna, peeling myjący do ciała - recenzja tutaj. Fantastyczny peeling. Nie kupiłam jeszcze nowego opakowania, ale przymierzam się do żurawiny. 

6. Facelle, płyn do higieny intymnej - opinia tutaj. Niestety zawiódł mnie na całej linii i już do niego nie wrócę. W skrócie: był przeciętny przy higienie intymnej, a z włosów zrobił siano.

7. Wellness & Beauty, Olejek do kąpieli, trawa cytrynowa i bambus - producent proponuje dwie do trzech nakrętek olejku do wanny, ale niestety to o wiele za mało. Aby poczuć efekt, do wanny o standardowych rozmiarach i zapełnionej prawie w połowie musiałam wylać o wiele więcej i nawet nie bawiłam się w odliczanie nakrętek. Olejek starczył na cztery kąpiele, w tym jedną o przepisowej zaaplikowanej ilości.

Zapach jest ledwo wyczuwalny, piany tworzy się przeciętna ilość. Największym plusem jest nawilżenie skóry. Mimo to nie kupię ponownie, jest wiele lepszych olejków, które nie mają wyżej wymienionych wad.


8. Eveline, Pure Control, Antybakteryjny tonik głęboko oczyszczający na pryszcze i wągry - dobrze usuwa z twarzy zanieczyszczenia, odświeża i pomaga zwalczać pryszcze. Wągrów nie ruszy za nic w świecie, ale hamuje powstawanie nowych. Całkiem nieźle nawilża. Nie podrażnia. Chociaż nie jest mi niezbędny do życia, lubię czasem przetrzeć nim twarz. Jest także tani (ok. 10zł). 

9. Isana, Oliwkowy krem do rąk - jest moim drugim po Urea 5% ulubionym kremem do rąk Isany. Odpowiednio gęsty, dobrze nawilża, szybko się wchłania. Kupiłam go jednak, gdy w Rossmannie zabrakło właśnie Urea 5% i prawdopodobnie będę do niego wracać tylko w takich awaryjnych przypadkach, bo mimo wszystko jest nieco zbyt lekki. Z oliwkowych kremów wolę ten Ziai, który jest trochę droższy, ale jednocześnie bardziej treściwy.


A jak Wasze ubiegłoroczne (;)) zużycia? Korzystałyście z któregoś z tych produktów?

sobota, 24 listopada 2012

Mleczko do zadań wszelakich?


Dziś mleczko, które było dla mnie wielką niewiadomą. Kiedy je kupowałam, nie miało na Wizażu żadnych recenzji, tym bardziej niemożliwym było spotkać informacje o nim na blogach. Chciałam spróbować czegoś nowego w niskiej cenie – trafiłam na promocję – i tak trafił do mnie ten produkt.
Zapraszam.

Oceanic
AA Technologia Wieku Pielęgnacja Antycellulitowa
 Mleczko do ciała wygładzająco - ujędrniające



PRODUCENT TWIERDZI:
Dzięki starannie dobranym składnikom aktywnym mleczko doskonale odpowiada na potrzeby skóry pozbawionej jędrności i z objawami cellulitu, przywracając jej gładkość i elastyczność.
Wyspecjalizowany kompleks antycellulitowy zawierający kofeinę, L-karnitynę oraz ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej pobudza mikrocyrkulację w skórze, regulując metabolizm lipidów, i wspomaga redukcję tkanki tłuszczowej.
Kompleks nawilżający chroni przed przesuszeniem, dzięki czemu skóra jest miękka i gładka.
Wieloskładnikowy mikrolipidowy system MLS (zawierający biozgodne składniki aktywne) uzupełnia niedobory substancji lipidowych w skórze i zwiększa jej tolerancję na wpływ czynników zewnętrznych będących przyczyną nadwrażliwości.

OPAKOWANIE

Butelka z grubego, białego nieprzezroczystego plastiku o pojemności 400ml. Niestety nawet pod światło nie da się zobaczyć, ile produktu zostało w środku. Estetyczna szata graficzna. Etykiety nie odklejają się ani nie ścierają.
Opakowanie wygodnie trzyma się w dłoni, otwieranie nie nastręcza problemów. Klapka jest dobrze przymocowana i nie odpadnie, chociaż zauważyłam jedno uszkodzenie:


nie wpływa ono jednak na użytkowanie mleczka i nie sądzę, aby przyczyniło się później do odpadnięcia klapki.
4/5


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach „kosmetyczny”, stosunkowo mocny jak na tego typu produkt, ale z drugiej strony nie drażniący nosa. W każdym razie ja znajduję go bardzo przyjemnym, jakby kwiatowym? Mogłabym wąchać bez końca :)
Konsystencja typowa dla mleczek, dość rzadka. Produkt dobrze rozprowadza się na ciele i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustego filmu. Aplikacja jest wygodna.
5/5

DZIAŁANIE

Mleczko teoretycznie powinno działać na wszystkie kobiece problemy: suchą skórę, cellulit, brak jędrności. Jak jest w rzeczywistości?

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie jego siła nawilżania. Wątpiłam, że odczuję jakąkolwiek różnicę, ale to mleczko naprawdę nawilża! Zauważyłam również duże wygładzenie. Skóra po zastosowaniu tego produktu jest miękka, aksamitna w dotyku, idealnie gładka, przyznam że trudno powstrzymać mi się od macania po udach :D

Co prawda, bardzo suchej skórze nie da rady, będzie za lekki – ale wystarczy dla osób o skórze normalnej, które nie narzekają na przesuszenie.

Jeśli chodzi o ujędrnienie i właściwości antycellulitowe – niestety tu jest gorzej. Nie zauważyłam w tej kwestii żadnej poprawy, choćby najmniejszej zmiany. I chociaż z cellulitem problemów nie mam (tzn. mam go niedużo, widoczny jest przy ściśnięciu skóry – mleczko niczego w tej sprawie nie zmieniło), to jędrności nieco mi brakuje; niestety po zdenkowaniu balsamu Lirene nie udało mi się trafić na inny produkt, który potrafiłby mi pomóc. Mleczko z AA również nim nie jest. Wydaje się, że jest po prostu za delikatny. Nie zrobi nic, choćby stosować go kilka razy dziennie.

Opis działania jest krótki, ale nie będę przedłużać – mleczko posiada połowę właściwości, którymi jest reklamowane. I tylko dlatego, że w tej połowie sprawdza się naprawdę bardzo dobrze i o wiele lepiej, niż mogłam się spodziewać, dostaje więcej niż 50% punktów.
5.5/10

SKŁAD


WYDAJNOŚĆ

Nie trzeba wiele, by pokryć mleczkiem dużą powierzchnię ciała, więc wydajność jest przyzwoita (przy czym ja często leję „na chama”, czyli więcej, niż potrzeba ;)). Używane raz-dwa razy dziennie powinno wystarczyć na jakieś dwa miesiące. I chociaż lubię „niekończące się” kosmetyki, temu trudno jest zarzucić, iż zbyt szybko się kończy.
4.5/5

DOSTĘPNOŚĆ

Rossmanny, Natury, mniejsze drogerie, supermarkety.
5/5

CENA

16zł/400ml, często można spotkać je w promocji.
4.5/5

SUMA PUNKTÓW: 28.5/35

Podsumowując: mleczko byłoby produktem bardzo dobrym, gdyby reklamowano je po prostu jako nawilżająco-wygładzające. Osoby szukające ujędrnienia i redukcji cellulitu się na nim zawiodą i słusznie wybiorą inny, lepszy kosmetyk. Osoby, dla których priorytetem jest nawilżenie, zwrócą się prawdopodobnie ku masłom i balsamom do tego i tylko do tego stworzonych.

Mleczko służy mi dobrze i pogodziłam się już z jego naturą. Lubię efekt, jaki daje i na pewno wykorzystam je do końca. Następnym razem jednak przejrzę drogeryjne półki w poszukiwaniu czegoś, co spełni producenckie obietnice. 

piątek, 7 września 2012

Nawet najlepsi sięgają dna: sierpniowe denko.

Mimo iż wrzesień trwa już od tygodnia, dopiero teraz przychodzę z denkiem - w dodatku, o ile dobrze pamiętam, moim pierwszym "oficjalnym". Wykorzystałam niewiele produktów, a kilka z nich dostanie swoje oddzielne recenzje, więc ten zbiór nie jest specjalnie pokaźny.


1. Oceanic, AA Technologia Wieku 18+ Pielęgnacja Młodości, Krem matująco - normalizujący na dzień i na noc - parę dni po moich 20. urodzinach skończył mi się krem matujący Under 20. Pomna, że mam na karku lat 20, więc "under" już do mnie nie pasuje, szukałam innego kremu. Ten akurat był w promocji. Chociaż teoretycznie wskazaniami nie różni się zbytnio od Under 20, wylądował w koszyku.
  Całkiem ładny słoiczek (mam jakąś słabość do słoiczkowych kremów, mimo iż rzadko ich używam i nie są szczególnie higienicznym rozwiązaniem), przyjemny zapach, gęsta konsystencja - aplikację wspominam miło.    Szybko się wchłaniał, był idealny pod podkład, a dzięki konsystencji także jako podstawa masażu twarzy, chociaż na początku trudno było mi się przestawić z bardziej wodnistego Under 20 na ten. 
  Jeśli chodzi o działanie: faktycznie matował. Mam mieszaną cerę i problemy ze świeceniem w strefie T, ten krem dobrze powstrzymywał problem. Jeśli zaś chodzi o tzw. normalizację... powiem tak: nie miałam po nim wysypu, podrażnień, skóra była przyjemnie nawilżona, gładka i miękka. Zauważyłam jednak, że krostek jest więcej, niż przy używanym wcześniej kremie Under 20 z serii Anti!Acne: po prostu nie umiał ich skutecznie zwalczać.
  Wydajność była całkiem dobra, jak na 50ml: używałam go z przerwami dwa razy dziennie przez jakieś półtora miesiąca. 
  Na razie wróciłam do kremu Under 20. Czy ten zagości u mnie ponownie? Prawdopodobnie będę szukała dalej, ale ten zostawi u mnie pozytywne wspomnienia. 

2. Rimmel, Stay Matte, Pressed Powder, 003 (Peach Glow) - mój ukochany puder od kilkunastu miesięcy... a może nawet kilku lat? Nie zliczę wykorzystanych opakowań. Matuje idealnie, na długo, czasami wystarczy użyć go rano i mieć spokój na cały dzień (o ile warunki atmosferyczne pozwolą, wiadomo upał, deszcz skracają ten czas). Jest niewidoczny na twarzy, a przy tym maskuje niewielkie przebarwienia i niedoskonałości. Niesamowicie wydajny, żeby całkowicie oczyścić pudełko potrzebuję czterech-pięciu miesięcy... śmiem twierdzić, że ten tutaj był ze mną obecny nawet jakieś siedem (podczas wakacji rzadko się maluję), i teoretycznie mimo końca daty przydatności wciąż spełniał swoje zadanie. 
  Wady? Opakowanie jest trochę zbyt delikatne, a wieczko zbyt łatwo się zdejmuje. W pewnych momentach może to skutkować niemiłym wypadkiem. 

3. Nivea Visage, Pure & Natural, Tonik oczyszczający z bio-olejkiem arganowym - nie przepadam za produktami Nivea. Ten tonik kupiła sobie moja mama, niestety uczulił ją (zdaje się, że to przez aloes w składzie), a jako, że skończył się mój Under 20, postanowiłam wykorzystać ten. Byłam mile zaskoczona - tonik dobrze oczyszczał i odświeżał, nie podrażniał.
  Co do naturalnego składu - nie mnie to oceniać, ale zdaje się, że mogę wskazać na swojej półce z 10 produktów nie mających na etykiecie napisu "eko", a jednak podobnie lub bardziej naturalnych. Czy kupię ponownie? Niewykluczone, ale jestem bardziej na nie. Mimo, że krzywdy mi nie zrobił i korzystanie z niego było przyjemne, nie uczynił też niczego aż tak dobrego, by przy nim pozostać. Szukam dalej :) 

4. Carma Laboratories, Carmex Lip Balm SPF15 - na moje wiecznie spierzchnięte wargi próbowałam wszystkiego: pomadek Nivea (wielkie pudło!), Isany (całkiem dobrze, ale to ciągle nie to), Under 20 (jak u Isany).
  W końcu stwierdziłam, że pora na klasyk. Podziałało! W końcu zapomniałam, co to popękane wargi. Carmex naprawdę dobrze je pielęgnuje, są gładkie i miękkie. Dodatkowo w bonusie: przyjemne uczucie mrowienia, ładny zapach i filtr UV. Teraz mam Carmex w słoiczku, na początek roku akademickiego sprawię sobie kolejny sztyft (do torebki), i chętnie wypróbuję także Carmexy w tubkach. 
Wada? Sztyft stanowczo zbyt szybko się kończy...


5. ISANA, Krem do rąk, Kwiat pomarańczy - jeśli krem do rąk, to tylko z Isany: wszystkie są tanie, dobrze działają i mają przyjemne zapachy. Próbowałam już większości, więc kiedy pojawiła się edycja limitowana o zapachu kwiatu pomarańczy, nie zwlekałam długo.
  Pierwsze, co zwraca uwagę, to rzeczywiście zapach: mnie osobiście kojarzy się bardziej ze słonecznikiem, a co za tym idzie, z przyjemnymi latami dzieciństwa, kiedy to jadło się nasiona słonecznika garściami ;) bardzo przyjemny. Działanie: krem dobrze nawilżał dłonie, ale jednak zabrakło mu tego czegoś. Był bardzo rzadki, trudno się wchłaniał i po dłuższym wmasowywaniu go w skórę (niezbędnym z powodu w/w trudności z wchłanianiem), zostawiał ją jakby ściągniętą? Tłustej, klejącej się warstwy nie było, ale do uczucia pełnego zadowolenia brakowało mi bardziej intensywnej pielęgnacji. Mimo to kupiłabym go ponownie ze względu na zapach ;)