Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kallos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kallos. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 kwietnia 2013

Marcowe denko

Tym razem nieco skromniej, postanowiłam bowiem odpuścić produkty pojawiające się we wcześniejszych denkach. Nie widzę potrzeby pisania dwa razy o tym samym - o ile nagle nie zaczęło przejawiać kompletnie innego działania - więc skupię się tylko na tych kosmetykach, które występują tu po raz pierwszy bądź były opisane szerzej w osobnych postach - w ramach przypomnienia.


1. Bielenda, łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu oczu, Awokado - niestety najgorszy z trio dwufazówek Bielendy. Nadal dawał sobie radę z wodoodpornym tuszem, więc tragedii nie ma, ale usuwanie makijażu było dłuższe i trudniejsze w porównaniu z wersją oliwkową i bawełnianą. Częsty efekt pandy i podrażnienie oczu całkowicie go u mnie skreślają. Miał być dla wrażliwych oczu, moje, o wrażliwości zupełnie przeciętnej, mocno cierpiały.

2.  BeBeauty, Micelarny żel do mycia i demakijażu - pierwszym przymiotnikiem, który przychodzi mi na myśl o tym żelu, jest: łagodny. Nie ma chyba możliwości, żeby zrobił skórze krzywdę. Całkiem nieźle radził sobie z makijażem. Chociaż w odróżnieniu od płynów nie miałam dowodu w postaci brudnego wacika, nie występowały u mnie objawy charakterystyczne dla niezmytych kremów BB, typu zapychanie. Skóra wyglądała świeżo i zdrowo. Nie wrócę jednak do niego, ponieważ moja mieszana cera pod jego wpływem zaczęła wydzielać więcej sebum i miałam kłopot z jego ograniczaniem. Sprawdzi się u suchych skór, tak jak zaleca producent, mieszane i tłuste mogą zacząć nadmiernie się przetłuszczać. 


3. Yves Rocher, żel pod prysznic Jardins du Monde, wersja Ziarna kakao z Afryki - w niepozornej buteleczce znajdziemy 200ml wspaniałego płynu. Zacznę od początku: wygodny "format", żel można zabrać ze sobą na wakacje. Zapach - obłędny! Mocna, słodka woń ziaren kakaowca, prysznic/kąpiel z tym żelem to sama przyjemność. Świetnie się pieni, oczyszcza jak trzeba. Ja więcej nie potrzebuję i chętnie wrócę do tego żelu. 

4. Joanna Naturia Body, Peeling antycellulitowy z imbirem - czy zwalcza cellulit, nie mnie to oceniać. Jest jednak bardzo przyjemnym, ostrym, porządnym zdzierakiem. Może nie jest gruboziarnisty jak najbardziej gruboziarniste peelingi, ale drobinki zdecydowanie czuć na skórze i co ważne, jest ich bardzo dużo. Zapach delikatny, zaiste imbirowy. Tylko pojemność malutka, na co narzekałam już przy recenzji innego peelingu Joanny. Polecam. 


5. Kallos Latte, maska do włosów - nie polubiłam się z tą maską, parę miesięcy przeleżała nieużywana, aż w końcu wykorzystałam ją do tego, do czego świadoma kobieta ;) używa nietrafionych masek - do depilacji nóg. I tu zdała egzamin idealnie - zmiękczyła włoski, nawilżyła skórę, nadała niespotykany wręcz poślizg maszynce. Mam wrażenie, że nawet spowolniła nieco odrost nowej sierści. O tym, co moim włosom w niej nie pasowało, pisałam tutaj.

6. Bielenda, olejek do kąpieli Pomarańcza & Cynamon - skończył się chyba jeszcze w lutym, ale przetrzymywałam go na półce w nadziei, że da się z niego jeszcze coś wycisnąć. Zachwalałam go już tutaj.

wtorek, 18 grudnia 2012

O legendach, które zawiodły



Nie lubię sytuacji, gdy produkt sprawdzający się u setek dziewczyn jest dla mnie rozczarowaniem. W takich momentach zwykle nachodzi mnie uczucie, iż coś musi być ze mną nie tak, skoro ulubieniec wielu nie radzi sobie z moją skórą czy włosami. Chociaż wiem, że to tak nie działa, zawód pozostaje.

Chciałabym dzisiaj napisać o dwóch zachwalanych przez blogerki produktach. Oba zasłużyły już na miano kultowych i niestety oba w moim przypadku okazały się niewypałem.

Nie chcę pisać osobnych, dużych recenzji tych kosmetyków. Kiedy 99% osób chwali sobie daną rzecz, mówienie od siebie „nie polecam”, „to nie działa” jest trochę głupie. W końcu na wielu działa doskonale. Mimo wszystko dodam swoje trzy grosze na temat tego, jak zawsze znajdzie się ten 1%, u którego „niezawodny” produkt nie zdaje egzaminu.


Pierwszym kosmetykiem jest maska do włosów Kallos Latte. Co ja się na nią nie wyczekałam! Szkoda było mi wydawać pieniądze na przesyłkę z Allegro i zawsze pojawiały się ważniejsze wydatki, ale kiedy odkryłam, gdzie można dostać ją stacjonarnie, popędziłam po nią natychmiast.

Kallos okazał się mieć dwie zalety: obłędnie pachniał i ułatwiał rozczesywanie włosów. Powiem wręcz, że budyniowo-śmietankowy zapach był uzależniający i potrafiłam spędzić w łazience kilka chwil na samym tylko wściubianiu nosa do opakowania, co by podarować nosowi jak najwięcej tej boskiej woni.

Niestety na tym kończyły się dobre strony tej maski. Mimo że dawałam mu nieskończoną ilość szans, zawsze zostawiał moje włosy w takim samym stanie: oklapnięte, matowe, wyglądające na nieświeże strąki. Chociaż nigdy nie przesadzałam z nałożoną ilością i zawsze kładłam maskę już poniżej linii uszu, nie mogłam nic poradzić na taki stan rzeczy. 
W dodatku miałam ogromne problemy ze spłukaniem go. Mimo wielu litrów przelanych przez moje włosy cały czas miałam wrażenie, że trzyma się jak rzep psiego ogona.

Ostatecznie nie żałowałam nawet wydania pieniędzy, ale tego zapachu, który się marnował :D


Drugim produktem jest płyn do higieny intymnej Facelle, polecany przez blogerki do mycia włosów. Kiedy usłyszałam, że jest lepszy w tej kwestii nawet od Babydream fur Mama, mojego ulubieńca, postanowiłam spróbować.

Niestety i tu spotkało mnie rozczarowanie. Wydawało mi się, że płyn nie potrafił dokładnie umyć włosów. W dodatku potrzeba było go sporo na jednorazowe użycie. Włosy pozostawiał sztywne, bardzo suche i szorstkie. Co więcej, mam wrażenie, że spotęgował ich wypadanie! Od razu po jego odstawieniu dostrzegłam pod tym względem poprawę - co prawda niewielką, ale jednak przestałam zostawiać na grzebieniu całą masę kłaków...

Zapach też nie był powalający, raczej ostry i chemiczny. Mimo iż jest to pomniejsza sprawa, nie pomogła pozyskać płynowi sympatii.

Jako płyn do higieny intymnej sprawował się poprawnie. Mimo słowa „fresh” w nazwie, nie odczuwałam jakiejś szczególnej świeżości po zastosowaniu. Ot, umył i tyle. Pod tym względem ulubieńcami nadal pozostaje "Intima" z Ziai. 


Oczywiście jest wiele produktów, które sprawdzają się u mnie równie dobrze jak u większości - wspomniany balsam do kąpieli Babydream, wcierka Jantar czy dwufazówka z Bielendy - a to nie koniec przykładów. Zawsze to jakieś pocieszenie ;)