Pokazywanie postów oznaczonych etykietą essence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą essence. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 czerwca 2015

Kosmetyczni ulubieńcy maja 2015

Ulubieńców maja jest niewielu, ale możecie być pewne, że każdego z tych produktów używam regularnie i każdy sobie chwalę. Nie są to produkty idealne, ale wychodzę z założenia, że ideały trafiają do ulubieńców roku - a te miesięczne zestawienia mogą mieć mniej wyśrubowane wymagania i nie każdy obecny tu kosmetyk musi zrywać mi portki z wrażenia. Zdecydowanie jednak musi wyróżniać się czymś pozytywnym wśród podobnych sobie produktów, dobrze się używać i przede wszystkim działać. Opisane niżej kosmetyki te kryteria spełniają. 



Eveline, Program 360°, Dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust - nie spodziewałam się zbyt wiele po tym płynie, a miło mnie zaskoczył. Świetnie radzi sobie z nawet wodoodpornym makijażem i nie zostawia po użyciu mgły na oczach. Owszem, miałam lepsze i szybciej działające produkty tego samego typu, ale jak na swoją niską (niecałe 12 złotych) cenę i bardzo dobrą dostępność, Eveline jest godny polecenia. Przy mocniejszym makijażu trzeba dłużej przytrzymać wacik przy oku, ale nawet wtedy nie występuje żadne podrażnienie, a to dla mnie nawet ważniejsze niż szybkość demakijażu. 

Alterra, szampon do włosów osłabionych "Kofeina i biotyna" - oto szampon idealny do codziennego użytku. Ma przyjazny skórze skład i jest bardzo delikatny, fanki mocnego oczyszczenia nie będą więc zadowolone. Nie plącze i nie wysusza włosów, dobrze się pieni, czupryna po jego użyciu jest miękka i gładka. Nie przyspiesza przetłuszczania się włosów. Plus za gęstą konsystencję - nic nie przelewa się przez palce - przyjemny, nienachalny zapach i przemyślane opakowanie, z którym nie trzeba się siłować. Żadnego wzmocnienia włosów nie zauważyłam, ale nie oczekuję tego od szamponu. 


ZSK, francuska glinka zielona - hit, jeśli chodzi o pielęgnację cer tłustych i trądzikowych. Maseczka ukręcona z zielonej glinki i wody/toniku/wody termalnej/hydrolatu to mikstura świetnie oczyszczająca i matująca. Przyspiesza gojenie zmian trądzikowych, po jej użyciu skóra jest rozjaśniona, gładsza, uspokojona, zaczerwienienia mniej widoczne. Za 50 g zapłacimy 6 zł z hakiem i taka ilość wystarczy spokojnie na kilkanaście aplikacji. Dość mocno ściąga skórę i szybko wysycha, więc twarz z nałożoną maską należy regularnie spryskiwać, a potem dobrą opcją jest użycie maski nawilżającej - na przykład...

Receptury Babuszki Agafii, organiczna maska do twarzy do 35 lat - jej głównym zadaniem ma być nawilżanie, odżywianie i hamowanie procesów starzenia. To bardzo łagodny produkt ze składem w 98% skomponowanym z naturalnych składników. Ma formułę niewchłaniającego się kremu. Po zmyciu maseczki skóra jest faktycznie odczuwalnie nawilżona, miękka i wręcz nasycona dobroczynnymi składnikami. 


Maybelline, Super Stay 10h tint gloss, 370 Infinite Mauve - trochę zjechałam ten tint bardzo dawno temu i do tej pory się zgadzam, że nie jest idealny. Ciężko go równo rozłożyć, schodzi też w kratkę, ale ostatnio do niego wróciłam, bo to na dobrą sprawę jedyny produkt, którego mogę używać, jeśli wychodzę z domu na 8 godzin i do samego końca chcę mieć kolor na ustach. Oczywiście po jedzeniu muszę sięgnąć po lusterko i poprawić to i owo, i zdecydowanie polecam nakładać cieńsze warstwy, bo zbyt dużo produktu potrafi się zebrać na łączeniu warg. Do tego ostatnio ułamał mi się aplikator i muszę korzystać z innego... Ale dla takiego koloru, wykończenia i trwałości warto. 

Essence, Nail Candies - kto oczekiwał po tym produkcie dobrego krycia, mocno się zawiedzie. Dla mnie jednak licha pigmentacja jest zaletą, a Nail Candies traktuję głównie jako odżywkę do paznokci i nie spodziewałam się nawet, że będzie inaczej. Jedna warstwa nabłyszcza płytkę, druga dodaje subtelny, mleczny efekt, po trzech możemy zobaczyć nieco sugerowanego przez producenta koloru. Dla paznokciowych kalek (czyli mnie) lubiących naturalny efekt (tak, to ja), taka formuła to skarb. Efekt jest subtelny i elegancki, idealny pod french. Na paznokciach wytrzymuje cztery - pięć dni bez szwanku. Lakier jest niestety trochę za gęsty i długo schnie, ale to jedyne i nie tak rzadko spotykane przecież wady. Co ważne - Nail Candies działa. Paznokcie są twarde jak skała, można nimi zabijać, nie łamią się i nie rozdwajają. 


Może któryś z tych kosmetyków jest też Waszym ulubieńcem?



wtorek, 5 maja 2015

Dobre pomadki z Rossmanna, czyli co kupić w promocji -49%


Od 6 do 10 maja trwa trzecia i ostatnia tura promocji w drogerii Rossmann - tym razem przecenione są produkty do makijażu ust i malowania paznokci. Ponieważ paznokci nie maluję, ten temat pozostawię bardziej obeznanym w temacie dziewczynom, a sama skupię się na swoim małym bziku, czyli pomadkach. Większość moich mazideł pochodzi co prawda spoza kolorówki dostępnej w Rossmannie, więc nie będzie tego dużo (a i nie wszystko jest warte polecenia), ale zebrałam to, co naprawdę uważam za dobre. 


Rimmel, Lasting Finish by Kate Moss - to pomadki o przyjemnej, niewysuszającej formule i mocnej pigmentacji. Mnie bardziej przypadła do gustu seria z różowym nadrukiem, wydaje mi się, że cechuje się nieco większą trwałością na ustach niż jej czerwona siostra. Zresztą swoją ulubienicę opisałam szerzej tutaj. Cena regularna to 21,99 zł


Po raz kolejny - jeśli traficie w Rossmannie na szafę Essence, rozejrzyjcie się za pomadkami w brązowych oraz czarnych opakowaniach. Kosztują zaledwie 9,99 zł i mimo tak niskiej ceny charakteryzują się świetną pigmentacją i zadowalającą trwałością. Pięknego obrazu dopełnia lekka, nawilżająca formuła. Dodatkową zaletą jest szeroka paleta kolorów, myślę że każdy znajdzie coś dla siebie.

Miss Sporty, Color & Shine - tę firmę zazwyczaj omijam, ale szukałam kiedyś taniej kredki do ust i rzucił mi się w oczy właśnie ten kolor - żywa, minimalnie pomarańczowa czerwień (kolor 030). UWIELBIAM tę kredkę za możliwość błyskawicznej aplikacji. Jeśli mam minutę do wyjścia, to wiem, że z tą kredką zdążę idealnie podkreślić usta. Pigmentacja jest świetna, jedna warstwa pokrywa usta wyraźnym, ale nie w 100% nieprzepuszczalnym kolorem.  Trwałość jest przeciętna, ale nie można mieć wszystkiego ;). Bardzo, bardzo polecam, zwłaszcza że nawet w regularnej cenie nie szokuje portfela - możemy ją mieć zaledwie za 11,99 zł


Rimmel, Moisture Renew - ma nawilżać i regenerować usta - chociaż nie po to kupuję kosmetyki kolorowe, żeby mnie pielęgnowały, to nie mogę zaprzeczyć, że producent nie kłamie. Ważniejszą sprawą jest lekka, kremowa formuła, bardzo dobra trwałość i przede wszystkim szereg cudownie soczystych kolorów. W cenie regularnej kosztuje 27,99 zł. 

Max Factor, Colour Elixir - już kiedyś zachwycałam się tym produktem. Mnóstwo kolorów w ofercie, przyjemna konsystencja, staromodne, rzadkie już dzisiaj, ale bardzo ładne wykończenie i świetna trwałość. To wszystko za 44,99 zł, myślę, że warto skusić się na nią właśnie podczas promocji. 

SWATCHE:



piątek, 1 maja 2015

-49% na kolorówkę w Rossmannie: co polecam kupić? - kosmetyki do oczu

Do 5 maja w drogeriach Rossmann trwa promocja -49% na kosmetyki kolorowe do makijażu oczu, dlatego postanowiłam podzielić się z Wami tym, co moim zdaniem warto kupić. Sama bardzo lubię podobne wpisy i niejednokrotnie udało mi się dzięki nim dopisać do listy dodatkowe i, jak się okazywało, udane kosmetyki, więc mam nadzieję, że i moja cegiełka do czegoś Wam się przyda. 

Sprawdzonych kosmetyków zazwyczaj się trzymam, dlatego dzisiejszy post nie będzie zbyt długi. Te kilka produktów jednak to moim zdaniem klasa sama w sobie. 


Maybelline, Colossal Volum' Express Waterproof - nie mam pojęcia, ile opakowań tego tuszu zużyłam. Charakteryzuje się ładną czernią, podkręca, wydłuża i mocno pogrubia rzęsy, daje mi największy teatralny efekt, jaki można osiągnąć na naturalnych rzęsach. Dodatkowo jest faktycznie wodoodporny, nie rozmazuje się i nie osypuje i w niezmienionym stanie wytrzymuje cały dzień. W cenie regularnej kosztuje 33,99 zł. Jeśli nie lubicie wodoodpornych tuszy, warto zwrócić się w stronę innych produktów z tej serii - klasycznego Colossala (fioletowe napisy) albo Smoky Eyes. Szczegółowa recenzja tutaj


Max Factor, 2000 Calorie Dramatic Volume - kolejny (głównie) pogrubiający tusz; pisałam już kiedyś przy okazji ulubieńców (tam też zobaczycie jej szczoteczkę). Bardzo trwały, nie rozmazuje się i nie osypuje, a efekt, jaki daje na rzęsach - bajka: mocne pogrubienie, podkręcenie i wydłużenie. Cena regularna to 33,99 zł. 


Podobno w niektórych Rossmannach jest szafa Essence. Jeśli na nią traficie, polecam zerknąć Wam na eyebrow designer, czyli kredkę do brwi. Moja jest w kolorze dark brown i świetnie sprawdzi się u dziewczyn o ciepłych, niezbyt ciemnych włoskach. Jest wygodna w użyciu, a szczoteczka na skuwce delikatnie rozczesuje i układa brwi, chociaż przy najbardziej niesfornych może okazać się niewystarczająca. To w dodatku bardzo wydajny produkt. W cenie regularnej kosztuje 6,99 zł. 

Wibo, eyebrow stylist, czyli żel do brwi, to kosmetyk już chyba legendarny. Występuje ponoć w dwóch wersjach szczoteczki, moja jest duża i przypomina tę z Colossala, którą pokazałam wyżej, ale jest jeszcze większa - niżej znajdziecie porównanie. Jest ciemniejszy i chłodniejszy niż jego kompanka kredka - takie połączenie sprawdza się u mnie najlepiej, kiedy mam ciemniejsze włosy. Tego ciemnego koloru nie należy się bać, bo kolor da się stopniować i lekkie pociągnięcie po prostu przyciemni i ujarzmi brwi. Mimo wielkiej szczoty, używanie jest banalnie proste. Kolejna zaleta - żel wydaje się nigdy nie kończyć. Teoretycznie ma drobinki, ale po nałożeniu na brwi są w ogóle niewidoczne. W cenie regularnej kupimy go za 9,49 zł. 

Dla mnie ten duet jest idealny - pozwala mi podkreślić kształt brwi i nadać im wrażenie większej gęstości, a jednocześnie nadal wyglądają naturalnie, a nie jak wyrysowane na potrzeby komiksu. 


Na górze kredka Essence, na dole żel Wibo.


Porównanie szczoteczek z tuszu Maybelline i żelu Wibo - wbrew pozorom tym kolosem da się bardzo wygodnie manewrować nawet przy końcówce brwi i nie pomazać sobie skóry. 


Oceanic, Long 4 Lashes - kultowa odżywka do rzęs. Sama dopiero ją kupiłam, więc może nie powinnam się wypowiadać, ale uważam, że to jest właśnie ta okazja, żeby wypróbować tego nietaniego przecież (79,99 zł) produktu. Najtańsze odżywki to zwykle pic na wodę, które najlepiej sprawdzają się jako baza pod tusz - w przypadku L4L nie znam nikogo, komu by nie pomogła. Sama nie mogę doczekać się efektów, za kilka miesięcy na pewno opiszę swoje wrażenia.

Rimmel, Exaggerate, wodoodporna kredka do oczu - czarną kredkę kładę na górną linię wodną, więc dla mnie priorytetem jest to, by była nie do zdarcia. Exaggerate sprawdza się idealnie, jest bardzo trwała i, co ważne, nie rozmazuje się w ciągu dnia. Kolor - blackest black - to też czerń najlepszej głębokości. Kredka jest wysuwana, więc nie trzeba jej temperować, a u jej drugiego końca znajduje się gąbeczka, którą można nałożony produkt rozmazywać w celu osiągnięcia efektu smoky eye. Wydajności też nie mogę nic zarzucić, jeden egzemplarz wystarcza na kilka miesięcy. Jedyna wada? Ma zaokrągloną końcówkę, więc ultracienkiej kreski nią nie narysujemy. Cena regularna to 20,99 zł

Wybaczcie brak zdjęcia, ale swój egzemplarz zostawiłam w drugim domu ;)

Wibo, waterproof eyeliner - praktycznie same zalety za śmieszną cenę (7,89 zł). Produkt ma cieniutki pędzelek i zapewnia głęboką czerń już po jednym pociągnięciu. Rzeczywiście jest wodoodporny i wytrzymuje na powiekach aż to zmycia, a to, mimo wodoodporności wcale nie jest trudne, wystarczy płyn micelarny. W dodatku to jedyny eyeliner którym potrafię zrobić sobie dobrze wyglądającą kreskę, a mistrzem w operowaniu pędzlami nie jestem. Kolejna zaleta? Nie zasycha nawet kilka miesięcy po otwarciu.

***

Skusicie/skusiłyście się na coś z tej listy? Jakie są Wasze hity, po które pobiegłyście do drogerii? Ja kupiłam jeszcze kilka innych produktów, ale że są niesprawdzone, znajdą miejsce w poście podsumowującym. Mam nadzieję, że na żadnym się nie zawiodę. 


niedziela, 8 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia 2015: kolorówka

Dzisiaj druga część styczniowych ulubieńców, czyli kosmetyki kolorowe. Tutaj jest mniej produktów, bo i z makijażem nie szaleję zanadto i najczęściej trzymam się sprawdzonych rozwiązań. Ostatnimi czasy odkryłam jednak dwa mazidła, które bardzo przypadły mi do gustu i jestem pewna, że będę ich używać jeszcze długo.


Essence, cienie do powiek 3D, Irresistible caramel cream

Te cienie nie zyskały sobie zbyt wielu fanów, ale dla mnie, jako osoby która powieki maluje bardzo rzadko, okazały się przydatnym produktem. Niezbyt mocna pigmentacja, która dla wielu może być wadą, pozwala na stopniowanie nasycenia, a wprowadzanie poprawek do tworzonego makijażu jest bardzo proste. Cienie są gładkie i dobrze zmielone, mają metaliczne wykończenie. Jaśniejszy wzbogacony jest o niewielkie drobinki.


Blendują się wzorowo. Nie osypują się i nie rolują na powiece. Trwałość kilkugodzinna.

Jeśli chodzi o kolory - cóż, są po prostu moje: jasne i ciepłe. Lśniąca wanilia na całą powiekę, karmelowy (któremu bliżej do brudnego złota) w zewnętrzny kącik i w załamanie, coś do dodatkowego rozświetlenia wewnętrznego kącika i gotowe. Subtelny, ale rozświetlający i nadający głębi spojrzeniu efekt końcowy sprawia, że w styczniu sięgałam po nie dość często, nawet bez okazji. 

Warto nakładać je na mokro bądź na bazę, co dodatkowo podbije kolor. Na zdjęciach jest jedna warstwa:




Max Factor, 2000 calorie maskara

Każdy zna, większość ją miała, w końcu ja się skusiłam i nie żałuję. Ten tusz pobił wszystkie, których do tej pory używałam. Lubię mocno wytuszowane rzęsy, zawsze szukam w maskarach efektu "sztucznych rzęs", a 2000 calorie spełniła moje wymagania bezbłędnie. Szczoteczka pozbawiona  jest udziwnień, ot tradycyjne włosie o wielkości dopasowanej do oka przeciętnego zjadacza chleba. Opakowanie również maksymalnie proste i gdyby nie to, że napisy są praktycznie w całości starte, mogłabym nazwać je idealnym.

Nakładam dwie warstwy, a rzęsy są mocno pogrubione i wydłużone, a do tego uniesione. Sklejanie, owadzie nóżki? Może się zdarzyć, kiedy maskara zacznie zasychać, ale po reanimacji wrzątkiem jest jak nowo narodzona i dobrze rozdziela włoski.

Tusz wytrzymuje cały dzień praktycznie bez zmian, nie rozmazuje się ani nie osypuje. Obiecana czerń jest faktycznie głęboką czernią. Mój ci on!


wtorek, 8 października 2013

[HAUL] Otwarcie Hebe w Krakowie

Dzisiaj przy Floriańskiej otworzona została pierwsza w Krakowie drogeria Hebe. Poleciałam od razu :D

Z okazji otwarcia obowiązuje specjalna gazetka, którą możecie obejrzeć TUTAJ (została już zmieniona dla nowego sklepu w Warszawie, ale promocje na otwarcie są zawsze takie same). Promocje trwają do 14 października. Jeśli jednak nie zdążycie załapać się na ulubiony produkt w niskiej cenie, możecie poczekać na otwarcie Hebe w Bonarce, które powinno odbyć się za kilka tygodni. Ponadto w sklepie obowiązują ceny ze "zwykłej" gazetki. 

To była moja pierwsza wizyta w Hebe - moje wrażenia są pozytywne. Duży wybór kosmetyków wszelkiego sortu, są i tradycyjne drogeryjne, i naturalne, i apteczne. Ceny niższe niż w Rossmannie i Naturze. Przy kasie dostałam kilka próbek, co w wyżej wymienionych jest rzeczą prawie niespotykaną... Co ważne, zabezpieczona kolorówka! Jedyna wada? Tylko jedna szafa Essence ;) 

A teraz część zakupowa :)


Skusiłam się na pomadkę z nowej zachwalanej serii Essence. Długo stałam przed szafą, nie mogąc zdecydować się na kolor. W końcu do koszyka wrzuciłam numer 7 - Natural Beauty, czyli delikatny róż. Ciężko oddać jej kolor na swatchu, ale pewnie wkrótce dostanie osobną recenzję i zostanie należycie obfotografowana. Cena: 9,99 zł. 


Dałam kolejną szansę dwufazówce Bielendy - a niech ma! Cena: 5,99 zł (regularna: 8,99 zł).

Zainteresował mnie krem pod oczy z AA. Zmarszczek jeszcze nie mam, ale profilaktyki nigdy za wiele. Według producenta jego zadaniem jest poprawa elastyczności skóry wokół oczu, redukcja obrzęków i cieni, poprawa nawilżenia oraz promienne i pełne blasku spojrzenie. Zobaczymy jak się spisze. Zapłaciłam 9,99 zł (regularna cena 11,99 zł). 

W promocji znalazłam również płyn micelarny firmy Tołpa, czyli niejako pierwowzór sławnego micela z BeBeauty. Chciałam przekonać się, czy faktycznie jest dobry - poza tym micel z Biedronki to chwili niebytu wraca do sklepów ze zmienionym składem, może więc mieć trochę zmienione właściwości. Zapłaciłam 9,99 zł zamiast 24,99 zł. 


Duża przyjemność w niskiej cenie? To musi być Luksja! Stary płyn pachnący Delicjami już się kończy, więc kupiłam coś nowego - wybór padł na wersję Blueberry Muffin. Mam nadzieję, że i tym razem się nie zawiodę. Cena: 7,99 zł. 

O masce L'biotiki już pisałam i nie mogłam posiąść się z zachwytu. Cieszę się, że ta seria jest dostępna w Hebe, bo szczerze mówiąc do Superpharm mi kompletnie nie po drodze. Niedawno kupiłam inną maskę Biovax, która zupełnie się u mnie nie sprawdza - ta do włosów słabych była akurat niedostępna. Już ostrzę pazury na recenzję, bo działanie tamtej jest tragiczne i wykorzystam ją chyba do golenia nóg. Z podkulonym ogonem wracam do maseczki do włosów ze skłonnością do wypadania i mam nadzieję, że da z siebie wszystko co najlepsze, jak poprzednio. Zapłaciłam 14,99 zł zamiast regularnej ceny 18,99 zł. 

Lubicie Hebe? A może byłyście już dzisiaj na Floriańskiej? Chętnie poczytam o Waszych wrażeniach i zakupach :)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Porządki w kolorówce

W życiu kobiety czasami nadchodzi taki czas, gdy kolekcjonowane przez nią dobra przestają się mieścić w wyznaczonym dla nich miejscu. Kobieta ma wtedy dwa wyjścia - przygotować więcej miejsca, lub z ciężkim sercem pozbyć się części z tych dóbr. W końcu wciąż pojawiają się nowe :) 

Ja wybrałam to drugie wyjście, zwłaszcza że część z tych nieszczęśników zahaczała już o termin przydatności.



Wibo, Spicy Lip Gloss o numerze 8. Błyszczyk pozbawiony drobinek, nadaje ustom delikatny, ale widoczny efekt, taka czerwień dla początkujących ;). Ekstrakt z papryczki chili wywołuje - zwłaszcza na początku - pieczenie ust, efekt dość przyjemny w odczuciu, ale wcale tych ust nie powiększający. Lubiłam go, dobrze się nosił i prawie nie kleił, ale gdy przerzuciłam się na pomadki, leżał i się kurzył. 

Nivea Fruity Shine Strawberry - w sumie to pomadka ochronna, ale ponieważ nadaje ustom kolor, wrzucam ją do kolorówki. Używałam ją bardzo często pod błyszczyk z Wibo, razem dawały lepszy efekt niż każde osobno. Subtelna czerwień i naturalny zapach truskawek to jej zalety, niestety nie poradziła sobie z głównym zadaniem, czyli pielęgnacją ust. 

H&M, błyszczyk w kolorze coral - wywalam, bo mam drugą sztukę, którą kupiłam w panice po chwilowym zgubieniu tej ;). Teraz błyszczyki noszę rzadko, ten trzymam w torebce na wypadek sytuacji, gdy wybiegam z domu bez podkreślonych ust. 


Po otwarciu opakowania wita nas piękny zapach gumy balonowej. Swatch na ręce pokazuje bogactwo perfidnych drobinek, ale na ustach są prawie niewidoczne, o ile nie patrzymy z bardzo bliska. Zdjęcie ust nie do końca oddaje prawdziwy kolor, ten jest zdecydowanie koralowy, taki, jaki widzimy w opakowaniu. Krycie jest minimalne. Całkiem przyjemny produkt, ale dość mocno się klei. 

Maybelline, Colossal Volum' Express Waterproof - no i kolejna tubka mojego ulubieńca wykończona. Zaczął wysychać i po zerknięciu do środka mogłam zauważyć dno, więc mimo że po reaktywacji mógłby jeszcze posłużyć, pomachałam mu na pożegnanie. Zaczął mnie nudzić. Nadal jestem z niego w stu procentach zadowolona, ale potrzebowałam zmiany. 



Essence Superfine Eyeliner - kupiłam go w październiku; na początku byłam nim zachwycona - mocno czarny i wygodny. Ale nawet najlepszy eyeliner nie uczyni mistrza kreski z osoby która kresek rysować nie umie ;) podchodziłam do niego parę razy, ale głównie leżał nieużywany. Kilka miesięcy temu chciałam do niego wrócić i niestety nie nadawał się już do niczego. Końcówka zrobiła się miękka, wręcz wiotka, a tusz przestał do niej docierać. 

Essence, błyszczyk XXXL Shine - nie mam niestety własnych zdjęć, bo błyszczyki wyrzuciłam zanim wpadłam na pomysł tego posta. Byłam w posiadaniu dwóch odcieni: 01 Pure Chic i 19 Nude Candy. Nude Candy zadawał ustom delikatny różowy kolor oraz subtelny połysk, Pure Chic był błyszczykiem bezbarwnym, dzięki któremu usta błyszczały bardzo mocno - o wiele mocniej niż w przypadku Nude Candy, dlatego najczęściej nakładałam je oba. 

Nude Candy był bardziej gęsty i klejący niż Pure Chic. Ten ostatni był zaskakująco lekki; nie wykluczam powrotu do niego.

sobota, 18 maja 2013

Cztery odcienie czerwieni

Ostatnio coraz częściej stawiam na mocne podkreślenie ust. Moim ulubionym kolorem jest czerwień - w zależności od nastroju i ubioru wybieram tę delikatną, bardziej krwistą czy różowawą. Moja kolekcja mazideł do ust nie jest duża, a czerwieni mam sztuk cztery (nie licząc pomadki ochronnej z Nivea i błyszczyka z Wibo), ale wszystko jeszcze przede mną ;) w końcu zbliżająca się akcja -40% na kolorówkę w Rossmannie to nie byle co


O błyszczyko-pomadkach z Celii już kiedyś pisałam. Są idealne na co dzień, dla osób nieprzekonanych do mocnego makijażu ust, bo efekt, jaki dają, jest delikatny. Rozprowadzają się wygodnie, gładko i równo. Wysuszają w minimalnym stopniu i jednolicie się ścierają. Trwałość nie jest powalająca i zanikają w większym stopniu podczas jedzenia czy picia, ale "nie zjadają się" same z siebie, np. podczas rozmowy.

Opakowanie jest kolejną pozytywną stroną produktu - jak na tak tani (8-10zł) produkt prezentuje się elegancko i co najważniejsze, jest trwałe. Na pewno nie otworzy się, jeśli wrzucimy pomadkę do torebki. 


Pomadka z klasycznej serii Hean w odcieniu nr 26 to typowa krwista czerwień, mocno napigmentowana, o satynowym wykończeniu. Jest twarda i sucha, rozprowadza się całkiem przyjemnie i nie wysusza ust.

Wady? Schodzi dość nierównomiernie podczas intensywnego mówienia, a jedzenie czy picie, gdy mamy ją na sobie, jest problematyczne - w pewnych miejscach znika bez śladu, w innych zostają plamy.

Opakowanie jest ładne, ale samo zamknięcie trochę niepewne, ustępuje zdecydowanie zbyt lekko. Kosztuje ok. 8zł.


Oddanie koloru pomadki Manhattan nr 45N z serii Perfect Creamy and Care na zdjęciu jest trudne. 45N ma różowo-niebieskie tony, jest też zdecydowanie ciemniejsza, niż sugeruje to swatch. Bliżej jej do koloru, jaki wskazuje sztyft.

Szminka jest miękka i trzeba przejechać po wargach kilka razy, by całkowicie je pokryć. Raz nałożona grzecznie siedzi na swoim miejscu i nie brudzi zębów. Bardziej lubi się z napojami niż suchym jedzeniem, przy tym drugim schodzi nierównomiernie.

Lubi podkreślić suche skórki i sama w sobie również dość mocno wysusza - najbardziej ze wszystkich opisanych tu produktów.

Mój egzemplarz zabezpieczony był folią, dzięki któremu wiedziałam, że przede mną nikt pomadki nie otwierał. Samo opakowanie jest dość solidne, może nie najpiękniejsze na świecie, ale ujdzie ;). Koszt - 13-15zł. 


Konturówka na całe usta? Czemu nie! Któregoś wieczora wpadłam na taki pomysł, bo Essence nr 10 - Femme Fatale nie do końca zgrywała się w kolorem pomadki Hean (z myślą o której ją kupiłam), a nie chciałam, by się marnowała. Ostateczny kolor jest ciut bardziej różowy niż Hean, ale to nadal mocna czerwień.

Nakłada się dobrze, szybko i wygodnie. Po jedzeniu trzeba niestety obejrzeć się dokładnie w lusterku, bo schodzi bardzo nierówno i zostaje w załamaniach. Silnie wgryza się w usta, nie migruje na twarzy ani nie brudzi zębów. 

Co było dla mnie sporym zaskoczeniem, konturówka w ogóle nie wysuszyła moich ust. Kosztuje śmiesznie mało, bo niecałe 5zł.



Lubicie nosić czerwień na ustach? Jeśli tak, jakie odcienie, jakie wykończenia? Chętnie poznam Waszych ulubieńców w tej kategorii, bo przyznam, że jeszcze nie mam dość :)

środa, 10 kwietnia 2013

Essence Stay With Me i Stay Matt

To porównanie wyszło trochę przypadkiem. Koniec końców Stay With Me to typowy błyszczyk, a Stay Matt, jak sama nazwa wskazuje, z błyszczeniem nie powinien mieć nic wspólnego. Ponieważ jednak oba produkty kupiłam razem, postanowiłam, że nie rozdzielę ich także podczas pisania posta. Niech nie będzie to bitwa, który kosmetyk jest lepszy, ale luźne zestawienie wad i zalet produktów z tej samej półki.

Essence
Stay With Me & Stay Matt


OPAKOWANIE

Jakie jest - każdy widzi. Poza zmianami w kolorze nakrętki, mamy do czynienia z takim samym stylem opakowania. Inne jest natomiast wnętrze, produkty różnią się aplikatorami:


Aplikator w Stay With Me jest świetny do nakładania błyszczyku na dolną wargę, ale z górną jest już większy problem, aplikacja jest niewygodna. Ponadto szeroka końcówka sprawia, że łatwo możemy zamalować zbyt wiele. Jeśli mam wybierać, wolę klasyczny aplikator w Stay Matt, który dociera tam, gdzie powinien.

ZAPACH, KOLOR, KONSYSTENCJA

Pierwszym, co zwróciło moją uwagę z Stay Matt, jest zapach. Piękna, czysta wanilia! Żadne tam chemiczne nuty, nic, co wali po nosie. Malując usta, towarzyszy nam delikatna, słodka woń. W Stay With Me nie wyczuwam żadnego zapachu.

Odcień 10 Pretty Witty Stay With Me ma kolor jagodowy, natomiast 02 Smooth Berry Stay Matt to malinka. Oba warianty charakteryzują się bardzo mocną pigmentacją i całkowicie zakrywają naturalny kolor ust. Stay With Me daje efekt tafli, Stay Matt gwarantuje mat - ładny, ale nie płaski. 

Aplikując Stay With Me czuję się, jakbym kładła na usta plakatówkę. Konsystencja jest gęsta, ale wyjątkowo mokra. Stay Matt przypomina bardziej pomadkę w płynie, jest jeszcze gęstszy i suchy.


DZIAŁANIE

Stay With Me możemy nałożyć na usta za jednym razem, aplikator Stay Matt, mimo tego, co sugeruje zdjęcie, nabiera mniej produktu, który ponadto dość szybko zastyga na wargach. Podwójne zanurzenie gąbeczki w błyszczyku jest obowiązkowe. Stay Matt lubi brzydko podkreślić granicę pomiędzy pomalowanymi ustami a wnętrzem warg. 

Oba błyszczyki trzeba nakładać, kontrolując efekt w lustrze. 

W przypadku Stay With Me nie obędzie się bez przyłożenia chusteczki do ust. Dopiero po odsączeniu nadmiaru produktu można mówić o ładnym efekcie. Przy Stay Matt chusteczka jest opcjonalna, ja jednak wolę jej użyć, ponieważ kosmetyk lubi zostawać w kącikach ust.

Oba produkty rozprowadzają się równo. Przed aplikacją zwłaszcza Stay Matt należy jednak zadbać, by wargi były idealnie gładkie - w innym przypadku kosmetyk podkreśli suche skórki. 

Ani Stay With Me, ani Stay Matt się nie kleją; noszą się wygodnie, dobrze trzymają się na ustach i nie migrują po twarzy.

Trwałość Stay With Me jest przeciętna. Intensywność koloru zachowamy tylko do momentu jedzenia czy picia. Warto jednak dodać, że produkt schodzi bardzo równomiernie i po kilku godzinach możemy cieszyć się delikatnym zabarwieniem naszego naturalnego koloru ust. Efekt jest naturalny i estetyczny, choć zwolenniczki mocnego podkreślenia ust nie będą zadowolone.

Trwałość Stay Matt oceniam na dobrą, na pewno jest lepsza niż u Stay With Me. Produkt utrzymuje się na ustach długo, mimo jedzenia i picia, schodzi równomiernie. Stay Matt ma jednak zasadniczą wadę - bardzo wysusza usta. Nawet zadbane i potraktowane wcześniej balsamem wargi zaczynają pierzchnąć w godzinę-półtorej od aplikacji i najzwyczajniej w świecie nie wygląda to dobrze. 

Efekt na ustach:

Essence Stay With Me 10 Pretty Witty
Essence Stay Matt 02 Smooth Berry

DOSTĘPNOŚĆ 

Drogerie Natura, wybrane Douglasy, SuperPharm.
Kraków - drogerie Firlit.

CENA
Ok. 8,90zł/4ml

Stay Matt podoba mi się bardziej, jeśli chodzi o wybrany przeze mnie kolor i efekt powstający na ustach. Liczyłam, że zostanie moim ulubieńcem. To co robi z ustami jest jednak niekomfortowe - nawet niedopuszczalne  i na pewno nie sięgnę już po inny wariant w tej linii. Stay With Me mile mnie zaskoczył, to całkiem przyzwoity błyszczyk i możliwe, że sięgnę po inne kolory. 

czwartek, 28 lutego 2013

Mój makijaż na co dzień

Nie lubię mocnego makijażu na co dzień. Uważam, że w przypadku przeciętnego dnia wypełnionego bieganiem po uczelni czy sklepach nie ma sensu katować oczu kilkoma warstwami cieni. Mniej znaczy więcej – stawiam na makijaż delikatny, naturalny. Jeżeli już coś ma rzucić się w oczy, niech to będzie pomadka lub neutralny cień na powiece. Czego konkretnie używam?



1.       Baza pod makijaż Inglota. Jestem jej wierna od kilku dobrych lat. Znakomicie wygładza, zmniejsza widoczność porów, matuje i znacząco przedłuża trwałość makijażu. Jest bardzo wydajna, wystarcza na cztery-pięć miesięcy regularnego stosowania.

2.       Podkład Inglota – kolejny ulubieniec. Używam odcienia numer 41 (bodajże drugi w kolejności – 40 byłby najlepszy jeśli chodzi o jasność, ale jest chłodny, a moja cera charakteryzuje się ciepłymi tonami). Ładnie dopasowuje się do koloru skóry, dobrze kryje, całkiem nieźle matuje. Nie zdarzyło mi się, aby się zważył, chociaż stosuję go od kilku lat. Lubi spłynąć w wysokich temperaturach, cóż, jestem w stanie mu to wybaczyć. Podobnie jak baza, jest diablo wydajny.

3.       BB krem Hot Pink Skin79. Używam go naprzemiennie z Inglotem. Opisywałam go już tutaj. Dobrze kryje, ma semi-matowe wykończenie, i co najważniejsze, zawiera filtry UV – co prawda tylko 25SPF, ale jednak. 
4.       Salmon Concealer SkinFood – powiem szczerze, że mam go już dość, ale dna ciągle nie widać ;) Postanowiłam sobie, że nie kupię innego, dopóki nie skończę tego (chyba, że wcześniej się zepsuje). Wszystko co mogłam o nim napisać, wylądowało tutaj.  


5.       Kredka do oczu Essence – jak widać używam głównie czerni. Stosuję ją na górną linię wodną, optycznie zagęszcza rzęsy i nadaje makijażowi nieco wyrazu. Ponieważ siłą rzeczy jej trwałość na linii wodnej jest mniejsza niż na powiece, trudno mi ją ocenić. Tak czy inaczej, póki nie trze się oczu, potrafi wytrwać cały dzień w dobrym stanie.
6.       Tusz the Colossal Volum’ Express Maybelline, wodoodporny – pisałam już o nim w tej recenzji. Chyba nie muszę niczego dodawać – dla mnie idealny.


Opcjonalnie dodaję na powiekę cienie: 
7.       Oh De Prep, Essence – z limitowanki A New League. Jego dni są już chyba policzone (swoją drogą jego pojemność w stosunku do trwałości – 6 miesięcy – to lekka pomyłka), ale w zapasach mam jeszcze jeden. Ładny, miedziany kolor, z którym doskonale się współpracuje.
8.       Zdarza mi się sięgnąć po trójki Sensique (chociaż korzystam z dwóch kolorów - matowe brązy są uniwersalne).
9.       Sand Francisco Miss Sporty – cień o haniebnej trwałości i pigmentacji, ale używam go niekiedy do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka.



10.   Puder Stay Matte Rimmel – jak znajdę swój ideał, to się go trzymam – ten puder jest kolejnym takim ideałem. Matuje na wiele godzin, dobrze dopasowuje się do koloru skóry, nie daje efektu „mąki” na twarzy. Nawet stosowany samodzielnie może zakryć niewielkie zaczerwienienia.


Na usta zazwyczaj nakładam Carmex (11) w tubce. Nie dość, że pielęgnuje jak żaden inny balsam, to jeszcze nabłyszcza usta jak żaden błyszczyk ;) Czasami mam jednak ochotę na trochę koloru, zazwyczaj wybieram wtedy: 
12.   Pomadko-błyszczyki Celii, które posiadam w liczbie dwóch sztuk o numerach 509 i 513. Nie wysuszają ust, dobrze się rozprowadzają, dość łatwo można kontrolować nasycenie koloru. No i ładnie pachną :)


Czy któreś z tych produktów znajdują się w Waszej podstawowej kosmetyczce? Co o nic sądzicie?