Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2015

Kremowe szminki Rimmel Lasting Finish - azjatyckie sherry

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam dwie pomadki z serii Rimmel Lasting Finish - 058 Drop of Sherry oraz 077 Asia. Jak się noszą, jakie mają kolory i wykończenia, i co z trwałością? Dowiecie się tego, przechodząc do dalszej części posta.


Rimmel, Lasting Finish Lipstick

Gdzie? Rossmann, Natura, Superpharm, drogerie internetowe | Za ile? 21,99 zł / 4g

OPAKOWANIE

Niepozorne, ale urocze sztyfty o nieoczywistym kolorze wydają się być dość kiepskiej jakości. Choć bardziej eleganckie niż opakowania pomadek z serii by Kate Moss, są mniej solidne i sprawiają wrażenie podatnych na uszkodzenia. Bałabym się wrzucić je luzem do torebki, bo i skuwki nie są nasadzone wystarczająco mocno - w 058 nasadka trochę "lata".


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach jest słodki niczym waniliowy budyń z dodatkiem wiśniowego soku, ale na tyle subtelny, iż nie musimy chodzić w tak nęcącą wonią pod nosem przez kilka godzin - na dobrą sprawę poza opakowaniem jest niewyczuwalny. 

Pomadki są miękkie i mocno kremowe, dzięki temu bezproblemowo suną po ustach. Na szczęście miękkość nie przekłada się na zwiększoną podatność na złamania czy rozpuszczanie, nawet w wysokiej temperaturze Lasting Finish trzymają formę. Mimo dość nawilżającej, zdawałoby się, formuły, mogą podkreślić suche skórki, więc zadbane usta przed aplikacją są mile widziane.

KOLOR I WYKOŃCZENIE

Pigmentację pomadek uznaję za średnią. Jedna warstwa pozwala na pokrycie ust równym, ale półprzezroczystym kolorem, dla pełnego krycia należy przeciągnąć sztyft kilka razy. Wykończenie jest satynowe.


Od góry: Drop of Sherry, Asia

... i Drop of Sherry kilkuwarstwowo 

Na zdjęciach oba kolory wydają się bardzo podobne, ale im więcej warstw nałożymy, tym większe różnice uda się zobaczyć. 058 Drop of Sherry to ciemny róż podbity sporą dawką czerwieni - przy kilku warstwach efekt widoczny na zdjęciu można podbić i uzyskać dużo większe nasycenie; wtedy też na pierwszy plan wychodzi czerwona natura pomadki. 077 Asia jest typowym nudziakiem.

Drop of Sherry

Asia

DZIAŁANIE

Pomadki dobrze trzymają się ust i nie wylewają się poza ich obręb, nie rozmazują się. Czy są takie lasting... Kłóciłabym się. Wytrzymają konfrontację z zimną wodą praktycznie bez szwanku, ale jakikolwiek inny pokarm zmiecie je w oka mgnieniu. Bez jedzenia i picia wytrzymują mniej więcej trzy godziny, stopniowo w tym czasie blaknąc. Na szczęście schodzą równo i nie zostawiają obwódek na brzegach warg. Pod koniec zostaje lekkie, niczym naturalne, zabarwienie warg i ten ostatni akcent usunąć już trzeba w trakcie demakijażu.

Absolutnie nie wysuszają; powiedziałabym nawet, że minimalnie nawilżają usta.


PODSUMOWANIE

Szminki Lasting Finish dobrze się noszą, ładnie wyglądają na ustach, a ich pigmentację można z dużą dowolnością stopniować. Nie ma w nich niczego niezwykłego, paleta kolorów nie odkrywa Ameryki, ale to bardzo przyzwoite szminki i warto zwrócić na nie uwagę.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Królowa czerwieni - Golden Rose Velvet Matte Lipstick nr 25

Chciałabym dzisiaj pokazać Wam pomadkę, która od dłuższego czasu pozostaje najczęściej przeze mnie używaną i jedną z ulubionych - jeśli nie ulubioną. 

Zwykle po zakupie szminki przez kilka tygodni mam na nią "fazę" i sięgam po nią prawie codziennie, jednak w końcu trafia między inne i zaczynam używać jej jedynie od czasu do czasu. Velvet Matte z Golden Rose w kolorze 25, bo to o niej mowa, jest wyjątkiem - mimo iż od jej zakupu minęło kilka miesięcy, nadal zajmuje pierwsze miejsce wśród dziesiątek towarzyszek. Jeśli jesteście ciekawe, czym mnie ujęła, zapraszam do dalszej części posta.

Golden Rose, Velvet Matte Lipstick

Gdzie? Goldenrose.pl, stoiska firmowe, sieć Drogerie Polskie | Za ile? 10,90 zł / 4,2 g

OPAKOWANIE

Proste, niezbyt ładne, ale solidne. Za tak niską cenę nie wymagam luksusów, ważne, aby opakowanie nie było tandetne i nie rozpadało się w dłoniach. Golden Rose te wymagania spełnia. Plastik wygląda na wytrzymały, skuwka nasadzona jest odpowiednio mocno, chociaż nie robi "kliku" przy zamykaniu, to i tak o otwieranie się pomadki w torebce nie ma się co martwić.


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach jakiś tam jest, ale na tyle subtelny, że nie ma powodu, by zawracać sobie nim głowę.

Pomadka jest twarda i sucha, ale rozprowadza się bez problemu, już jedno pociągnięcie daje dobre krycie. Nie topi się pod wpływem wyższych temperatur.


KOLOR

Tu nie ma żadnej filozofii. 25 to klasyczna czerwień z niebieskimi podtonami. Wykończenie, zgodnie z nazwą, matowe.

Pigmentacja zachwyca - jedna warstwa daje pełne krycie.


DZIAŁANIE

Velvet Matte to przede wszystkim rewelacyjna trwałość. Pomadka nie zniknie "zjedzona" podczas rozmów, zimne przekąski i napoje również praktycznie jej nie zaszkodzą. Po gorącym obiedzie może być naruszona w wewnętrznej części ust, ale będzie to na tyle delikatne, że nikt nie zgorszy się widząc nas biegnące do łazienki, aby dokonać poprawek. W poście podsumowującym 2014 rok jest moje zdjęcie, zrobione kiedy miałam na sobie właśnie tę szminkę i byłam po dwóch typowo sylwestrowych daniach. Ubytek jest widoczny, ale całość nadal wygląda znośnie. Jeden warunek - pomadkę trzeba nałożyć na suche usta. Choćby odrobina nawilżającego balsamu skróci trwałość produktu.

Pomadka dobrze trzyma się ust, nie migruje poza ich obręb. Dzięki suchej formule unikamy przyklejania się do niej włosów. Velvet Matte lubi brudzić skórę czy brzegi szklanek z ciepłymi napojami, ale już zimne drinki można popijać bez obawy o mało eleganckie ślady.

Jedyną wadą Velvet Matte jest to, że jak chyba wszystkie pomadki o takim wykończeniu - wysusza usta. Przez pierwsze kilka godzin jest dobrze, potem wargi zaczynają pierzchnąć i dopominać się solidnej porcji balsamu nawilżającego.


PODSUMOWANIE

Jeśli szukacie pomadki która przetrwa całonocną imprezę, będzie miała znakomite krycie i nie przeszkadza Wam wysuszanie, Velvet Matte okaże się prawdopodobnie znakomitym wyborem. Nie wykluczam, że sięgnę po inne warianty kolorystyczne, a 25 kupię ponownie, na zapas - chociaż ten jeszcze długo nie będzie potrzebny, bo sztyft jest bardzo wydajny.

wtorek, 23 grudnia 2014

Staromodny eliksir Max Factor

Dziś zapraszam na recenzję kolejnej pomadki o wyrazistym kolorze - Max Factor Colour Elixir. Może może stanie się elementem Waszego zimowego makijażu?

Max Factor, pomadka Colour Elixir 

Gdzie? Rossmann, Jasmin, Hebe | Za ile? Ok. 40 zł / 4 g

OPAKOWANI

Estetyczna szata graficzna zwraca na siebie uwagę, tym bardziej, że niewiele pomadek otrzymuje złote opakowania. Colour Elixir to +20 do łatwości odnalezienia go w gąszczu innych mazideł ;). Nazwa firmy jest wygrawerowana, więc na pewno nie zacznie się ścierać, numer odcienia jest już wymalowany/przyklejony, ale póki co, po kilku miesiącach użytkowania, nie odpadła z niego ani drobina. 

Dodatkowy plus za rzecz niby oczywistą, a więc ukazany na dnie kolor szminki - w formie plastikowej kostki, z naniesionym wykończeniem (rzecz niespotykana w przypadku naklejek) i bliski temu faktycznemu. Do tego niuanse typu światłocienie układające się w X... Lubię takie szczegóły. 

Istotne jest to, że pomadka ma naprawdę porządne zamknięcie na klik, samoistnie na pewno nigdy się nie otworzy. Jakości wykonania nie ma czego zarzucić, to jedna z porządniej wykonanych szminek w mojej kolekcji.


ZAPACH, KONSYSTENCJA

Zapach nie jest najmocniejszą stroną kosmetyku, przywodzi na myśl pomadki z dawnych lat, gdy producentom nie chciało się kombinować z formułami (w gorszym przypadku: najtańsze egzemplarze wystane gdzieś na półkach sklepów typu "wszystko po 4 złote"). W kolorówce nie szukam jednak zapachowych fajerwerków, a woń nie jest szczególnie mocna, więc mało wyrafinowana kompozycja mnie nie zraża.

Konsystencja jest dokładnie taka, jaką lubią nasze usta - lekka, kremowa, pomadka sunie po wargach niczym bobsleje po świeżo oddanym do użytku torze saneczkowym. 


KOLOR

Recenzowany przeze mnie odcień to 853 Chili. Nazwa kojarzy mi się z intensywną, ciemną czerwienią bez jakichś niepotrzebnych domieszek, i taki zresztą kolor ujrzały moje oczy podczas męczenia rossmannowskiego testera. Światło dzienne ukazało prawdziwe oblicze tej pomadki, dość niespodziewane, ale nadal będące mi na rękę, bo taki kolor i tak prędzej czy później bym kupiła (a typowych czerwieni mam od groma).

Chili to mocna czerwień, owszem, ale ze sporą dawką różu, nawet fioletu. Ciężko oddać ten kolor na zdjęciach, zazwyczaj wychodzą o wiele za jasne.

Ciekawe jest wykończenie Colour Elixir, bo to była główna cecha, która zauroczyła mnie w tym egzemplarzu - subtelna perła. Bez drobinek, bez "bazarowego" efektu, po prostu klasyczne i estetyczne błyszczenie. W erze satyn i matów ta szminka jest godną różnicującą opcją.

Pigmentacja jest świetna, jedna warstwa wystarcza na dokładne i równe pokrycie warg kolorem, drugie pociągnięcie sztyftu pogłębia barwę do poziomu "najpierw wchodzą moje usta, potem ja". 


DZIAŁANIE

Colour Elixir reklamowana jest jako seria nawilżająca i odżywiająca usta. Balsamu na pewno nie zastąpi (zwłaszcza w przypadku zniszczonych warg), ale nosi się świetnie, bo właściwie nie wysusza i nawet po kilku godzinach nie mam potrzeby dodatkowego nawilżenia, gdyż sama robi to w niewielkim, ale jednak, stopniu. Można nałożyć ją na zupełnie suche usta i nie uświadczymy z ich strony żadnego protestu, ale uwaga - lepiej, aby uprzednio pozbyć się suchych skórek, bo na pewno je podkreśli.


W ciągu dnia pomadka nie migruje poza kontur ust i wygląda dobrze nawet jeśli poskąpimy jej pomocy w postaci konturówki. Charakteryzuje się również niezłą trwałością. Być może nie wytrzyma całego dnia, ale przez kilka godzin możemy nosić ją w praktycznie niezmienionym nasyceniu. Kiedy zaczyna już schodzić, robi to z klasą, czyli równo, bez grudek i wchodzenia w załamania. Oszczędza nam również głupiego efektu "kolor na zewnątrz, skóra wewnątrz", kontrast ten jest bowiem zauważalny dopiero kiedy ktoś przyjrzy się bardzo dokładnie. Z odległości pięciu centymetrów. 

Przede wszystkim - jeśli jej nie zmyjemy/zetrzemy na siłę, na ustach pozostanie cień koloru, czyli nigdy nie zostaniemy przypadkowo całkiem "nagie".


PODSUMOWANIE

Intensywny kolor, niecodzienne wykończenie, wygodne użytkowanie. Cena nieco ściera uśmiech z twarzy - z drugiej strony uważam, że jest współmierna do jakości. Poza tym... od czego są promocje? ;)

poniedziałek, 14 lipca 2014

Naturalny następca Carmexa? Pomadki Sylveco

Jeśli czytacie blog od jakiegoś czasu, mogłyście zauważyć, że Carmex jest dla mnie numerem jeden w kwestii pielęgnacji ust. Wszystkie inne recenzowane pomadki nie okazywały się wystarczająco dobre, najbliżej były chyba masełka Nivea, ale to nadal nie było to. Mimo wielu prób, nie znalazłam niczego, co sławną żółtą tubkę mogłoby zdetronizować. Do czasu! Pewnego dnia postanowiłam sięgnąć po pomadki Sylveco - natrafiłam na kilka dobrych opinii i byłam zadowolona z kremów tej firmy, więc byłam dobrej myśli.

Wybrałam dwie - rokitnikową oraz brzozową z betuliną. Dostępna jest jeszcze odżywcza z peelingiem, wiem, że prędzej czy później po nią sięgnę.


 Sylveco, pomadki ochronne

rokitnikowa o zapachu cynamonu, brzozowa z betuliną

Gdzie? Sklep internetowy Sylveco.pl, apteki, sklepy z kosmetykami naturalnymi, drogerie Jasmin
Za ile? 8,99 zł / 4,6 g

OPAKOWANIE

Pomadki zamknięte są w nienagannie działających sztyftach o skromnej szacie graficznej. Zamykane na "klik", nie powinny otworzyć się samoistnie. Użyty w produkcji plastik jest gruby i ewentualny upadek z wysokości nie powinien uszkodzić naszego kosmetyku.


ZAPACH, KONSYSTENCJA

Zapachy pomadek są naturalne, Sylveco stawia na wonie używanych ekstraktów i olejów, brak tu sztucznych substancji eterycznych - do specyficznej woni trzeba się przyzwyczaić, ale po pierwszym zaskoczeniu pojawiają się cieplejsze uczucia.

Mam tylko jedno zastrzeżenie - pomadka rokitnikowa, opisywana jako mająca zapach cynamonu, pachnie głównie rokitnikiem właśnie - kto raz poznał tę cierpką woń, nigdy jej nie zapomni. Zdążyłam polubić ten zapach, ale osoby szukające w mazidle cynamonu (który owszem jest, ale niewyczuwalny) mogą poczuć się zawiedzione. Nie odnotowałam żadnego smaku, co dla mnie jest wielkim plusem.

Konsystencja jest tłustawa, woskowa. Pomadki są miękkie i łatwo rozprowadzają się po ustach, nie kleją się. Rokitnikowa, mimo żółtego koloru, nie barwi warg.


DZIAŁANIE

Wersja rokitnikowa utrzymuje się na ustach nieznacznie dłużej i natłuszcza nieco mocniej niż brzozowa.
ale i w przypadku tej drugiej oba aspekty mnie satysfakcjonują.

Pomadka rokitnikowa działa błyskawicznie. Usta już od pierwszych chwil od nałożenia są w o wiele lepszej kondycji - nawilżone, zregenerowane. Suche skórki i podrażnienia znikają od razu, wargi stają się gładkiemiękkie i odżywione. Sylveco szybko i skutecznie usuwa spierzchnięcie i ślady po nerwowym przygryzaniu ust.

Wersja brzozowa działa podobnie i jestem z niej zadowolona, ale jest lżejsza. W nieco mniejszym, chociaż nadal w pełni zadowalającym stopniu pielęgnuje wargi. Przy bardzo spierzchniętych będzie potrzebowała więcej czasu na "zrobienie swojego", ale w codziennej pielęgnacji spisze się tak świetnie jak jej czerwona siostra.


Pomadkę rokitnikową stawiam na równi z Carmexem, jeśli chodzi o działanie. Brzozową - nieco niżej. Jest jednak coś, co sprawia, że od teraz wybieram produkty Sylveco zamiast Carmexu...

SKŁAD 

W pełni naturalny!

Ogromnym plusem jest to, że firma podaje składy swoich kosmetyków w "ludzkiej" formie, a więc przetłumaczone na polski. Nawet osoba nie mająca pojęcia o INCI będzie wiedziała od ręki, z czym ma do czynienia.



PODSUMOWANIE

Polecam obie - rokitnikową przede wszystkim, ale i brzozowa na pewno znajdzie grono zwolenniczek, zwłaszcza, że ma delikatniejszy zapach.

sobota, 26 kwietnia 2014

Szminek nigdy zbyt wiele... Czyli TAG pomadkowy

Dzisiaj wyjątkowo nieco luźniejszy post, mam nadzieję że przypadnie Wam do gustu. Zazwyczaj nie robię TAGów, ale ten jest bliski memu sercu, bo dotyczy pomadek, a więc tej części kolorówki, na punkcie której mam hopla. Moja kolekcja nie jest może imponująca, ale trochę tych mazideł mi się jednak nazbierało i postanowiłam pokazać je w jednym poście. W czasie promocji w Rossmannie zresztą pewnie wpadnie mi kilka dodatkowych ;) TAG podejrzałam u Kamyczka.


1. Ile pomadek posiadasz?

Czternaście pomadek plus kilka błyszczyków (trzy) i tintów (trzy).

2. Twoja pierwsza pomadka?

Praktycznie do końca pierwszego roku studiów używałam jedynie lekko barwiących pomadek ochronnych (np. Nivea), ewentualnie błyszczyków. Moją pierwszą pomadką była widoczna na zdjęciach Celia, kolor 513, kupiłam ją dwa lata temu. Nadal jest dobra, nic złego się z nią nie stało. Moja przygoda z pomadkami nie jest więc szczególnie długa, ale jak widać, niezrażenie nadrabiam braki ;)

3. Ulubiony producent pomadki.

Ciężko stwierdzić, gdyż, jak widać, mam w kolekcji mazidła najróżniejszych firm. Jeśli mam jednak wybrać, będzie to Rimmel. 

4. Najczęściej noszona pomadka.

Moją ulubienicą jest 19. Rimmela z serii Lasting Finish, którą zresztą opisywałam z zachwytem już kilka miesięcy temu. Tak naprawdę codziennie sięgam po coś innego, czasem nawet mieszam odcienie. 

5. Ulubione wykończenie pomadek.

Satynowe. 


6. Ostatnia pomadka jaką kupiłaś.

10. Rimmela z serii Lasting Finish by Kate Moss. 

7. Ile produktów do ust masz obecnie w swojej torebce.

Dwa: Carmex w tubce oraz resztki balsamu Bielendy (opisywany tutaj). 

8. Ulubiona czerwona pomadka.

Nie pomadka, a lip tint z Bell, idealna czerwień, która wygodnie się nosi. Dziesiątka Rimmela depcze jej po piętach, muszę ją jednak dłużej ponosić, by wyrobić sobie o niej opinię. 

9. Jak przechowujesz swoje pomadki?

Jak widać na zdjęciu - w wiklinowym koszyczku. Obok nich kredki do oczu i pilniczek, wyjęte na potrzeby fotografii. 

10. O zakupie jakiej pomadki teraz myślisz?

Chcę obejrzeć matowe pomadki z Golden Rose, szukam również jakiejś pomarańczowej i malinowej czerwieni, mam nadzieję na owocne łowy w Rossmannie lub w Naturze. Niczego konkretnego nie mam jednak w planach. 

wtorek, 11 lutego 2014

Usta do ukochania - Catrice Teddy Brown

Szminek nigdy dosyć. Coraz częściej pomiędzy zbiorem czerwieni w moim koszyczku prześwitują pomadki w kolorze brudnego różu. Opisywałam już dzienniakową Rimmel, teraz czas na jej ciemniejszą, bardziej charakterną siostrę - a może brata? Catrice Ultimate Shine 060 Teddy Brown nie na darmo nosi nieco "przytulankową" nazwę, mnie ten kolor naprawdę kojarzy się z misiem-maskotką. Co nie oznacza, że jest dziecinny - wręcz przeciwnie. A zresztą... same zobaczcie. 

Catrice Ultimate Shine 060 Teddy Brown
Gdzie? Hebe, Natura, Firlit | Za ile? 15,99 zł 

OPAKOWANIE

Nie przepadam za metalicznymi opakowaniami, ale fakt faktem, pomadce Catrice nie można zarzucić braku estetyki. Solidny materiał (można rzucać w partnera), porządne zamknięcie - wrzucona do torebki szminka na pewno się nie otworzy, nie zgniecie jej najcięższy ładunek. Może jednak nieco się porysować... Minusem jest szybkie ścieranie się napisów z naklejki na spodzie. Co prawda nie przeszkadza to w użytkowaniu, ale problem może powstać w razie chęci sprawienia sobie powtórki z produktu, jeśli nie zapamiętamy serii i numeru. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapachu brak.

Pomadka jest bardzo miękka, ale nie topi się i nie łamie. Dobrze rozprowadza się na ustach, nie wchodzi w załamania, nie podkreśla suchych skórek. Po aplikacji należy jednak przyłożyć do warg chusteczkę, ponieważ nawet po najdelikatniejszym nałożeniu będzie na nich zbyt dużo produktu.

KOLOR

060 Teddy Brown to ciemny róż z dodatkiem ciepłego brązu i kroplą rdzawej czerwieni. Zdecydowanie rzuca się w oczy. Uroku dodaje jej apetyczne, błyszczące i nieco mokre wykończenie. Na szczęście nie wynika ono z wielkich brokatowych drobinek, jest naturalne, wypływa "z wnętrza". Niestety owa świetlistość maleje z czasem - albo prawie od razu po zabiegu "chusteczkowym".

Znakomita pigmentacja, wystarcza jedna warstwa, by pokryć usta równym i wyraźnym kolorem.


DZIAŁANIE

Lubię pomadki wtapiające się w usta, ponieważ o wiele bezpieczniej i dłużej się je nosi. Niestety opisywana szminka nie należy do tej kategorii - Catrice Ultimate Shine po prostu jest na ustach, co przekłada się na skłonność do rozmazywania przez przyklejające się włosy i brudzenia zębów w najmniej odpowiednich momentach (czyli minutę po tym, jak zerknęłyśmy w lusterko i widziałyśmy, że wszystko ok). Tak jak pisałam wyżej, chusteczka po aplikacji to konieczność, a nie przydatna opcja; jej użycie minimalizuje problem prawie do zera, chociaż nie wyklucza całkowicie.


Trwałość jest przeciętna. Bez jedzenia i picia możemy cieszyć się kolorem przez mniej więcej trzy godziny. Sięgnięcie po posiłek automatycznie oznacza ponowne nakładanie pomadki - aczkolwiek przy drobnej przekąsce możemy liczyć na ładny, wyraźny cień koloru. Catrice schodzi wzorowo, równo z całego obszaru ust.

Nie wysusza ust, powiedziałabym wręcz, że delikatnie nawilża. Balsamu nam nie zastąpi, ale przy noszeniu jej dodatkowe nawilżenie nie powinno być potrzebne.

PODSUMOWANIE

Cudowny kolor sprawia, że noszę tę pomadkę z przyjemnością, mimo jej niewielkich wad. Potrafi zrobić psikusa i zrobić sobie wycieczkę poza kontur warg, ale można to przyrównać do nieznośnego, ale pełnego wdzięku psa (albo w tym przypadku niedźwiadka) - czasem cię wkurza, ale uwielbiasz go mimo wszystko ;)

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rimmel Lasting Finish nr 19, czyli moja towarzyszka Kate

Pomiędzy oddawaniem projektów i zaliczaniem kolokwiów udało mi się znaleźć czas na napisanie o jednej z moich ulubionych pomadek. Mowa o maleństwie oznaczonym numerem 19 z serii Lasting Finish by Kate Moss firmy Rimmel. To chyba jedne z najbardziej popularnych szminek w blogosferze, ale ja dopiero niedawno postanowiłam dołączyć ją do kolekcji. Okazało się, że to była znakomita decyzja.

Rimmel Lasting Finish by Kate Moss nr 19
Gdzie? Rossmann, Hebe, Natura, Superpharm / Za ile? 17-19 zł

OPAKOWANIE

Pomadka zamknięta jest w estetycznym i solidnym czarnym opakowaniu z różowym autografem sławnej modelki. Szata graficzna produktu cieszy oko, jest dopracowana, lecz nie przekombinowana, a plastik powinien przeżyć bez uszczerbku upadki na twarde powierzchnie.

ZAPACH

Unoszący się przy aplikacji zapach jest dość mocny i charakterystyczny, aczkolwiek nie utrzymuje się na ustach. Czytałam opinie, iż Lasting Finish pachnie jak kisiel. Owszem udało mi się wychwycić woń tego deseru w wersji truskawkowo-poziomkowej, ale przełamuje ją raczej plastikowa nuta. A może ja po prostu dawno kisielu nie jadłam... Nie, żebym się krzywiła - kompozycja, choć wyraźnie wyczuwalna, jest obojętna mojemu nosowi.


KOLOR

19 jest brudnym różem. Pokuszę się o stwierdzenie, że ciemniejszą wersja mojego naturalnego koloru ust. Dzięki temu świetnie zaznacza je na twarzy, podkreśla ich kształt, makijaż jednak pozostaje stosunkowo neutralny. Oczy i usta grają ze sobą w idealnej harmonii. To dobra propozycja na dni, kiedy nie chcę rzucać się w oczy czerwienią - czy jakimkolwiek innym silnym kolorem przerzucającym większość uwagi na wargi - a jednocześnie utrzymać usta w odpowiednim stopniu wyrazistości. 19 nie jest krzykliwa, co nie oznacza, że niewidoczna - wręcz przeciwnie. Zwraca uwagę swoją subtelnością, pięknie pogłębiając barwę ust.



KONSYSTENCJA, DZIAŁANIE 

Konsystencja jest wręcz idealna - pomadka nie jest sucha; ani zbyt twarda, ani za miękka, nie ma "woskowatej" formuły, ani skłonności do roztapiania się. Aplikacja jest dziecinnie prosta. Lasting Finish pokrywa usta równym kolorem, nie wchodząc w załamania warg i nie podkreślając suchych skórek. Miłość do naszych ust manifestuje silnym przywiązaniem... może lepiej napiszę "wtopieniem" się w nie; i mimo, że trzyma mocno, to nie niszczy delikatnego naskórka. Praktycznie nie wysusza! 

W ciągu dnia pomadka nie migruje poza kontur ust, nie brudzi zębów. Trwałość ma zachwycającą, bez jedzenia czy picia pozostanie z nami tak naprawdę do chwili jej zmycia - może nie w pierwotnym zasyceniu, ale wciąż dobrze widocznym i schludnym. Jedzenie i picie zresztą również jej niestraszne. Owszem znacząco blednie, ale robi to z gracją - schodzi równo z całego obszaru ust i nadal jest zauważalna. 


PODSUMOWUJĄC... 

Dziewiętnastkę uwielbiam za wszystko - kolor, trwałość, wygodę użytkowania. Opakowanie, choć najmniej ważne, dopełnia obrazu szminki idealnej. Jestem pewna, że sięgnę po kolejne odcienie, tym bardziej, że bohaterka tej recenzji ma czerwoną siostrę :)

Używałyście pomadek Rimmel Lasting Finish? Jakie są Wasze ulubione kolory?


czwartek, 21 listopada 2013

Szczypta cynamonu... Kobo Fashion Colour

Lubię mocno podkreślone usta, ale ileż można wychodzić z drogerii z kolejną czerwienią? ;) Stojąc przed szafą Kobo, po wysmarowaniu dłoni wszystkimi możliwymi odcieniami pomadki Fashion Colour, doszłam do wniosku, że to właśnie 101 Cinnamon będzie optymalnym wyborem.

Co? KOBO Professional, kremowa pomadka do ust Fashion Colour, odcień 101 Cinnamon
Gdzie? Drogerie Natura
Za ile? 15,99zł


SŁÓWKO OD PRODUCENTA
Zdecydowane kolory i doskonale podkreślone usta. Kremowa formuła wzbogacona o liczne składniki odżywcze, ochronne i pielęgnacyjne, nadaje miękkość i gładkość oraz przedłuża trwałość pomadki. Zawiera filtry ochronne UV.

OPAKOWANIE

Estetyczne i przede wszystkim solidne. Zamknięcie na "klik". Pomadkę można nosić w torebce bez strachu, że sama się otworzy. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach pomadki jest przyjemny: bardzo delikatny, słodki, trochę owocowy, chociaż trudno wyczuć w nim bardziej konkretną woń.

Konsystencja sucha, pomadka jest raczej twarda i bardzo "gęsta" - rozprowadzanie jej jest łatwością. 

KOLOR

Cinnamon to mieszanka pomarańczy i brązu z nutą czerwieni - kolor rdzawy, trochę koralowy. Niezbyt mocny, ale wyrazisty. Lubię mieć zawsze podkreślone usta, ale są momenty, gdy niekoniecznie chcę na kilometr rzucać się w oczy - Cinnamon jest świetnym kompromisem, plasuje się gdzieś pomiędzy delikatnością a zdecydowaniem.



DZIAŁANIE


Aplikacja Fashion Colour jest dziecinnie łatwa, pomadka nie ślizga się na ustach i nie tworzy prześwitów. Ma świetną pigmentację, wystarczy jedna warstwa, aby równo pokryć wargi widocznym kolorem. Dobrze trzyma się ust, nie podróżuje po twarzy i nie zostaje na zębach. 

Pomadka lubi podkreślać suche skórki i inne niedoskonałości, więc należy zadbać o kondycję ust przed jej nałożeniem. Sama w sobie w ogóle nie wysusza, powiedziałabym nawet, że lekko natłuszcza/nawilża wargi.

Trwałość jest największą słabością Fashion Colour. Pomadka nie wytrzymuje próby czasu, nawet gdy nie jemy i nie pijemy po około dwóch godzinach niewiele z niej zostaje. Jeśli jemy, znika momentalnie. Tu należy jej oddać, że schodzi równomiernie i zostawia na ustach równy cień swojego koloru. 


PODSUMOWANIE

Ta pomadka to na pewno żaden must have, ale nie można odmówić jej dobrej jakości i przyjemności noszenia. Słabą trwałość rekompensuje wygodna aplikacja i znakomita pigmentacja. Lubię ją - i mogę polecić.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Usta w kolorze czereśni z Maybelline

Moja mania na punkcie podkreślania ust ostatnio przeszła wszystkie granice. Im ciemniej, tym lepiej! Ciemna, głęboka czerwień, jaką zobaczyłam przeglądając kolory Super Stay 10h tint gloss od Maybelline, podbiła moje serce niemalże w pierwszej sekundzie. Przedstawiam Wam Super Stay w kolorze 370 Infinite Mauve!



 OPAKOWANIE

Opakowanie jest estetyczne i wytrzymałe, mieści 10,5ml produktu. Aplikator wygląda jak włochata pętelka, jest duży, płaski i rozsądnie przymocowany pod kątem do uchwytu. Wygląda nowocześnie i pewnością dizajnersko, ale wygoda użytkowania jest kwestią dyskusyjną.
4/5


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach pokrywa się z tym który unosił się nad oranżadą kupowaną w czasach dzieciństwa w szklanych butelkach ;). Jest słodki, owocowy – tu czuję jakby dary runa leśnego, wszelakie poziomki, jagody i insze maleństwa. Całkiem przyjemny, ulatnia się po nałożeniu produktu na usta.

Konsystencja lekka i nieklejąca, pozwala to na dobranie sobie odpowiedniej ilości pomadki, choć, jak okaże się w dalszej części tekstu, wymusza namachanie się aplikatorem, zanim osiągnie się oczekiwany efekt.
4/5

KOLOR

Infinite Mauve to ciemna czerwień wzbogacona bordo. Dla mnie to kolor wina, mój przyjaciel obstawia, że to czereśnie. Cokolwiek to jest, prezentuje się intensywnie i soczyście. 

Ciemnieje podczas noszenia. Dla mnie niestety trochę za mocno, ponieważ wybieram 10h jako dodatek na co dzień. Już od początku jest ciemny i to mi odpowiada, ale po paru godzinach zaczyna być mroczny. Przy bardzo jasnej cerze uzyskany kontrast robi ze mnie niewiastę pozbawioną rysów twarzy ;)
4/5 


DZIAŁANIE

Nałożenie produktu wymaga wprawy. Aplikator wygląda ciekawie i całkiem przyjemne maluje się nim dolną wargę, ale kiedy przychodzi do pokrycia krawędzi ust, jest problem. Tak duże mazidło jest po prostu niedokładne i trzeba skupić na nim całą uwagę, żeby nie wysmarować sobie przy okazji nosa.

Błyszczyk ma również tendencję do tworzenia jaśniejszych i ciemniejszych obszarów, nawet po potarciu warg o siebie te różnice pozostają widoczne. Jedna warstwa raczej nie wystarczy do pełnego i równego pokrycia ust. Aby wyglądały dobrze, konieczna jest druga i kilkukrotne „pufanie” wargami, by ten kolor rozłożył się równomiernie.

Tint Gloss fantastycznie trzyma się nałożony na suche usta. Niestety lubi wysuszać, więc najlepiej nałożyć pod niego balsam… W dodatku, jeśli usta nie są idealnie gładkie, bez kozery podkreśli wszelkie suche skórki i załamania. Dobra wiadomość jest taka, że nawet na nawilżonych ustach sprawuje się dobrze i wtedy nie wysusza W OGÓLE.

Nawet na swatchu widać, że kolor nie jest rozłożony równomiernie. Podczas robienia tego akurat zdjęcia moje wargi były w niezbyt dobrej kondycji i nienawilżone. Swatch oddaje więc nie tylko obraz koloru błyszczyka, ale również sposób jego zachowania, jeśli usta nie są w 100% perfekcyjnym stanie.

Teraz pozytywna część życia z 10h Tint Gloss :) Produkt szybko zasycha. Nie odbija się na palcach, jeśli przypadkowo dotkniemy nimi warg, podejrzewam, że przetrwa również całowanie ;) Nie zostawia absolutnie żadnych śladów na filiżankach/kubkach, co dla mnie jest niezwykle istotne, bo co innego uświnić swoją szklankę, a co innego szklankę na imprezie u rodziny czy znajomych.

Stain Gloss nie jest typowym błyszczykiem, jego wykończenie jest pół-błyszczące, bardziej pomadkowe, przy czym dla mnie najlepszym określeniem na ten efekt jest „usta porcelanowej laleczki”. Odbija światło w taki „lakierowany” sposób. Jestem zachwycona!

W ciągu dnia nie wędruje po twarzy, nie zjada się, nie wchodzi w zęby. 10 godzin trwałości? Jeśli nie będziemy jeść, lub zadowolimy się wodą i drobnymi przekąskami, da radę. Niestety większe dania i gorące napoje szybko zweryfikują tę obietnicę. Błyszczyk zejdzie błyskawicznie… I bardzo nierówno.

Dobra, schodzi od wewnątrz. To nic dobrego, ale się zdarza – chociaż produktowi o zwiększonej wytrzymałości nie powinno. Mniejsza z tym. Dopiero teraz wychodzi jego piekielność.

Wgryzie się w miejsca, o których nawet nie wiedziałaś, że coś z nimi nie tak, ale on wychwyci, że są uszkodzone, bardziej suche, że tydzień wcześniej w stresie przedegzaminacyjnym dwa razy skubnęłaś zębem wargę. Wgryzie się i zostanie. Z reszty ust oczywiście zejdzie.

Niżej macie zdjęcie moich ust po potraktowaniu ich dwufazówką i płynem micelarnym. To po pierwszej aplikacji, gdy nie wiedziałam, że może mnie spotkać taka niespodzianka. Potem spróbowałam jeszcze peelingu. Zero rezultatu!


Te plamy odznaczają się nawet po ponownym nałożeniu błyszczyku, czyli nie da się nim zakryć tej wątpliwej ozdoby. Problem powtarza się za każdym razem w mniejszym lub większym stopniu. Nawet kiedy moje wargi są w świetnym stanie, nadal zostaje na nich trochę produktu.

Zakochałam się w kolorze, zakochałam się w porcelanowym wykończeniu, ale to wybiórcze trzymanie się ust bardzo mnie denerwuje.
5/10
DOSTĘPNOŚĆ

Większość drogerii, szafy Maybelline są praktycznie wszędzie ;)
5/5

CENA

10H nie odstaje cenowo od innych produktów spod szyldu Maybelline, płacimy za niego 30zł. Cena nie jest wygórowana, ale ja na pewno nie sięgnę po kolejny kolor, jeśli nie trafię na dużą promocję. 10h sprawia trochę za dużo problemów, żeby bez mrugnięcia okiem się na niego rzucać.
3/5

SUMA PUNKTÓW: 25/35. 

10h Tint Gloss daje piękny efekt, ale jest produktem problematycznym. Podkreślanie nierówności,  niewygodna aplikacja, wpijanie się w najmniejsze uszkodzenia skóry - to wszystko jest dla mnie dużym minusem. Infinite Mauve na pewno jeszcze nie raz zawita na moich ustach, bo nie mogę się oprzeć jego urodzie, ale każde takie spotkanie będzie elementem swoistego love-hate relationship.

Dziewczyny! Szukam klasycznych pomadek w takim właśnie kolorze, oraz innych produktów, które oferują "porcelanowe", czy "lakierowane" wykończenie. Jeśli macie swoje typy w którejś z tych kwestii, chętnie je poznam! :)