Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2015

Pharmaceris S, krem ochronny do twarzy SPF 50 +

Jako wielka fanka używania filtrów UV całym rokiem, poszukuję wciąż coraz lepszych i możliwie przyjaznych portfelowi rozwiązań. Moim wieloletnim ulubieńcem jest emulsja matująca Vichy, niestety jest to produkt bardzo drogi, a jego popularność sprawia, że znika z aptecznych półek już wczesnym latem. Coraz większą wagę przywiązuję również do kupowania polskich kosmetyków, ale jeśli chodzi o filtry, z żadnego nie byłam jeszcze w 100% zadowolona - Ziaja i Dermedic zawiodły na całej linii jako zbyt ciężkie i tłuste, co do Bielendy, nie przekonywała mnie stabilność filtrów i łzawienie oczu podczas cieplejszych dni. 

Tym razem sięgnęłam po hydrolipidowy krem ochronny Pharmaceris S. Jeśli jesteście ciekawe, jak się u mnie sprawdził, zapraszam do dalszej części posta. 

Pharmaceris S, hydrolipidowy krem ochronny do twarzy dla dorosłych i dzieci SPF 50 +

Gdzie? Apteki, Superpharm, sklep firmowy | Za ile? Ok. 40 zł / 50 ml



OPAKOWANIE

Tubka z klapką, czyli standardowe i moim zdaniem najbardziej optymalne rozwiązanie dla tego typu produktu. Klapka trzyma się dobrze, zatrzaskuje się solidnie, ale nie musimy się siłować z otwarciem.

ZAPACH  I  KONSYSTENCJA 

Zapach wyczuwalny, ale neutralny - woń typowa dla kremu, pozbawiona zbędnych ozdobników. Konsystencja bardzo lekka, krem znakomicie się rozprowadza, i gdyby nie to, że dla pełnej ochrony należy do nałożyć jednorazowo przynajmniej 1,2 ml, taką przeciętną kroplą można by wysmarować pół twarzy. 

DZIAŁANIE 

Pharmaceris dokonał rzeczy rzadko spotykanej, łącząc bardzo wysoką ochronę i właściwości nawilżające z lekkością. Po nałożeniu odpowiedniej dawki trzeba trochę odczekać, potem wklepać nadmiar (unikniemy dzięki temu smug) i po kilku minutach możemy cieszyć się pięknie nawilżoną i gładką skórą. Filtra na twarzy właściwie nie czuć, nie zostawia tłustego filmu i wrażenia duszącej, ciążącej maski. Minimalnie bieli, więc na osobach o ciemnej skórze może wyglądać dziwnie, ale jasne cery, takie jak moja, mają dodatkowy profit w postaci subtelnie wyrównanego kolorytu cery. 

Skóra na początku może się świecić, ale po pełnym wchłonięciu na twarzy pozostanie zupełnie akceptowalny niewielki, zdrowy blask. Jeśli ktoś pragnie matu - porcja pudru załatwi sprawę na długie godziny. 


Filtr nie podrażnia skóry i nie wywołuje pospolitego ruszenia pryszczy i zaskórników. Nie szczypie również w oczy.

Co z najważniejszym, czyli ochroną? Jeśli nakładamy filtr kilkukrotnie w ciągu dnia, nie ma opcji, żeby się opalić. Ja przez kilka ostatnich dni nie miałam możliwości ponawiać aplikacji, więc Słońce chcąc nie chcąc mnie musnęło. Używany prawidłowo Pharmaceris spełnia swoje zadanie w zupełności. Niestety... taką emulsję Vichy często nakładałam tylko rano, a ona chroniła mnie dużo dłużej. Koszty użycia wychodzą więc bardzo podobnie. 

SKŁAD


Filtry:

Ethylhexyl Methoxycinnamate - chemiczny filtr chroniący przed UVB i w małym zakresie przez UVA
Octocrylene - wodoodporny i wysoce stabilny filtr chemiczny chroniący przez promieniowaniem UVA i UVB
Titanium Dioxide (nano) - filtr fizyczny chroniący przed UVA i UVB; stabilny, aczkolwiek w wersji nano cząsteczki mogą przyczynić się do powstawania wolnych rodników; ten wariant bieli mniej niż klasyczna odmiana TD
Ethylhexyl Triazone - chemiczny filtr chroniący przed promieniowaniem UVB
Butyl Methoxydibenzoylmethane - chemiczny filtr UVA; niestabilny, ale ten czynnik może zostać zmniejszony przez stosowanie innych filtrów
Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol (nano) - filtr hybrydowy (fizyczno-chemiczny), chroniący przed UVA i UVB, stabilny i stabilizujący inne filtry

PODSUMOWANIE

Bardzo wygodny w użytkowaniu, stosunkowo tani, jeśli trafimy na niego w promocji, i do tego polski produkt - na pewno warto wypróbować. Uważam jednak, że bardziej nada się na mniej słoneczne dni, bo przy wyjątkowo mocnym promieniowaniu nie do końca sobie radzi. Czy kupię ponownie? Tak, aczkolwiek niekoniecznie na wakacyjny wyjazd. 

sobota, 4 lipca 2015

Wielka piątka: kosmetyczni ulubieńcy czerwca 2015

O ile ulubieńcy maja były bardzo dobrymi, ale mającymi wady produktami, tak w czerwcu używałam kosmetyków, które mogę zaliczyć do prawdziwych perełek. Ba, niektóre nie są dla mnie nowościami i z przyjemnością używam już którychś z kolei egzemplarzy. 



Sylveco, lekki krem nagietkowy - na początku nie byłam do niego przekonana, wydawało mi się, że nie robi nic. Doceniłam go, gdy przyszły upalne dni. Okazał się świetnie nawilżającym, zmiękczającym i kojącym kremem. Faktycznie jest bardzo lekki i szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze tłustawego filmu. Pobił moją ulubioną rokitnikową wersję. Ma najprzyjemniejszy zapach z całej trójki kremów z serii i jest zdecydowanie najlżejszy; świetnie zachowuje się na skórze mieszanej, nie powodując jej przesuszania, a jednocześnie delikatnie ją matując. Do tego kolejny oczywisty plus - higieniczne opakowanie i naturalny skład. Ideał!

Vichy, Ideal Soleil, emulsja matująca SPF 30 - długo zastanawiałam się, czy umieścić tu ten filtr. Z jednej strony - produkt idealny do noszenia. Wchłania się raz-dwa do płaskiego matu i utrzymuje twarz zmatowioną przez cały dzień. Nie zostawia na skórze żadnego filmu, makijaż trzyma się na tym produkcie jak na suchej, czystej skórze. Może zostawiać smugi, ale to kwestia wprawy w aplikowaniu - należy go wklepywać, a nie wcierać. Darowałam sobie pełną recenzję, bo w praktyce zachowuje się jak wersja z SPF 50, którą już zdążyłam zrecenzować. W czym więc problem? W różnicy w składzie... Trzydziestka ma z zupełnie niezrozumiałego powodu alkohol denaturyzowany na drugim miejscu INCI. Ta emulsja jest idealnym filtrem pod tym względem, że kompletnie nie czuć jej na twarzy. Natomiast nie jestem pewna, czy moja skóra jest zadowolona z codziennej dawki wyżej wymienionego typu alkoholu, nawet jeśli filtr kładę na krem nawilżający. 

Pharmaceris T, krem z 10% kwasem migdałowym - mój ulubieniec od wielu miesięcy, pomyślałam więc, że warto o nim przypomnieć. Wciąż wiedzie prym w mojej wieczornej pielęgnacji i skutecznie zapobiega pojawianiu się jakichkolwiek wyprysków. Dobrze wygładza skórę i jego jedyną wadą jest po prawdzie jedynie brak działania w kwestii zaskórników - niestety do tej pory nic sobie z nimi nie poradziło. Dla mnie, osoby, u której wszystko wywoływało wysyp mniejszych i większych krostek, ten krem jest wybawieniem. 




Węgiel w kosmetycznych ulubieńcach? A jednak. Po przeczytaniu posta Aliny Rose o maseczce z węgla aktywnego, która pomaga pozbyć się zaskórników, pobiegłam to apteki i z rzeczonym węglem wróciłam. Węgiel dobrze oczyszcza i wygładza skórę. Zaskórników jeszcze nie ruszył, ale nie poddaję się, bo wiem, że na to trzeba czasu. Na razie mieszam go z tonikiem Bielendy, w planach mam zamienienie go na jakiś hydrolat. 




Yves Rocher, Pur Bleuet, delikatny płyn do demakijażu wrażliwych oczu - najlepsza płyn dwufazowy, jaką kiedykolwiek miałam. Same zalety! Błyskawicznie usuwa nawet wodoodporny makijaż, nie podrażnia, w dodatku jest bardzo wydajny - z tym zawsze jest problem. Większość dwufaz wykańczam w ciągu miesiąca, tutaj po miesiącu jest jeszcze ponad połowa opakowania. Warto jednak zaznaczyć, że jest tłustszy niż wiele podobnych mu kosmetyków i zostawia na powiekach warstwę, która nie każdemu może odpowiadać - mnie jest to jednak zupełnie obojętnie. 

Czy któryś z tych produktów jest też Waszym ulubieńcem?

wtorek, 5 maja 2015

Dobre pomadki z Rossmanna, czyli co kupić w promocji -49%


Od 6 do 10 maja trwa trzecia i ostatnia tura promocji w drogerii Rossmann - tym razem przecenione są produkty do makijażu ust i malowania paznokci. Ponieważ paznokci nie maluję, ten temat pozostawię bardziej obeznanym w temacie dziewczynom, a sama skupię się na swoim małym bziku, czyli pomadkach. Większość moich mazideł pochodzi co prawda spoza kolorówki dostępnej w Rossmannie, więc nie będzie tego dużo (a i nie wszystko jest warte polecenia), ale zebrałam to, co naprawdę uważam za dobre. 


Rimmel, Lasting Finish by Kate Moss - to pomadki o przyjemnej, niewysuszającej formule i mocnej pigmentacji. Mnie bardziej przypadła do gustu seria z różowym nadrukiem, wydaje mi się, że cechuje się nieco większą trwałością na ustach niż jej czerwona siostra. Zresztą swoją ulubienicę opisałam szerzej tutaj. Cena regularna to 21,99 zł


Po raz kolejny - jeśli traficie w Rossmannie na szafę Essence, rozejrzyjcie się za pomadkami w brązowych oraz czarnych opakowaniach. Kosztują zaledwie 9,99 zł i mimo tak niskiej ceny charakteryzują się świetną pigmentacją i zadowalającą trwałością. Pięknego obrazu dopełnia lekka, nawilżająca formuła. Dodatkową zaletą jest szeroka paleta kolorów, myślę że każdy znajdzie coś dla siebie.

Miss Sporty, Color & Shine - tę firmę zazwyczaj omijam, ale szukałam kiedyś taniej kredki do ust i rzucił mi się w oczy właśnie ten kolor - żywa, minimalnie pomarańczowa czerwień (kolor 030). UWIELBIAM tę kredkę za możliwość błyskawicznej aplikacji. Jeśli mam minutę do wyjścia, to wiem, że z tą kredką zdążę idealnie podkreślić usta. Pigmentacja jest świetna, jedna warstwa pokrywa usta wyraźnym, ale nie w 100% nieprzepuszczalnym kolorem.  Trwałość jest przeciętna, ale nie można mieć wszystkiego ;). Bardzo, bardzo polecam, zwłaszcza że nawet w regularnej cenie nie szokuje portfela - możemy ją mieć zaledwie za 11,99 zł


Rimmel, Moisture Renew - ma nawilżać i regenerować usta - chociaż nie po to kupuję kosmetyki kolorowe, żeby mnie pielęgnowały, to nie mogę zaprzeczyć, że producent nie kłamie. Ważniejszą sprawą jest lekka, kremowa formuła, bardzo dobra trwałość i przede wszystkim szereg cudownie soczystych kolorów. W cenie regularnej kosztuje 27,99 zł. 

Max Factor, Colour Elixir - już kiedyś zachwycałam się tym produktem. Mnóstwo kolorów w ofercie, przyjemna konsystencja, staromodne, rzadkie już dzisiaj, ale bardzo ładne wykończenie i świetna trwałość. To wszystko za 44,99 zł, myślę, że warto skusić się na nią właśnie podczas promocji. 

SWATCHE:



piątek, 1 maja 2015

-49% na kolorówkę w Rossmannie: co polecam kupić? - kosmetyki do oczu

Do 5 maja w drogeriach Rossmann trwa promocja -49% na kosmetyki kolorowe do makijażu oczu, dlatego postanowiłam podzielić się z Wami tym, co moim zdaniem warto kupić. Sama bardzo lubię podobne wpisy i niejednokrotnie udało mi się dzięki nim dopisać do listy dodatkowe i, jak się okazywało, udane kosmetyki, więc mam nadzieję, że i moja cegiełka do czegoś Wam się przyda. 

Sprawdzonych kosmetyków zazwyczaj się trzymam, dlatego dzisiejszy post nie będzie zbyt długi. Te kilka produktów jednak to moim zdaniem klasa sama w sobie. 


Maybelline, Colossal Volum' Express Waterproof - nie mam pojęcia, ile opakowań tego tuszu zużyłam. Charakteryzuje się ładną czernią, podkręca, wydłuża i mocno pogrubia rzęsy, daje mi największy teatralny efekt, jaki można osiągnąć na naturalnych rzęsach. Dodatkowo jest faktycznie wodoodporny, nie rozmazuje się i nie osypuje i w niezmienionym stanie wytrzymuje cały dzień. W cenie regularnej kosztuje 33,99 zł. Jeśli nie lubicie wodoodpornych tuszy, warto zwrócić się w stronę innych produktów z tej serii - klasycznego Colossala (fioletowe napisy) albo Smoky Eyes. Szczegółowa recenzja tutaj


Max Factor, 2000 Calorie Dramatic Volume - kolejny (głównie) pogrubiający tusz; pisałam już kiedyś przy okazji ulubieńców (tam też zobaczycie jej szczoteczkę). Bardzo trwały, nie rozmazuje się i nie osypuje, a efekt, jaki daje na rzęsach - bajka: mocne pogrubienie, podkręcenie i wydłużenie. Cena regularna to 33,99 zł. 


Podobno w niektórych Rossmannach jest szafa Essence. Jeśli na nią traficie, polecam zerknąć Wam na eyebrow designer, czyli kredkę do brwi. Moja jest w kolorze dark brown i świetnie sprawdzi się u dziewczyn o ciepłych, niezbyt ciemnych włoskach. Jest wygodna w użyciu, a szczoteczka na skuwce delikatnie rozczesuje i układa brwi, chociaż przy najbardziej niesfornych może okazać się niewystarczająca. To w dodatku bardzo wydajny produkt. W cenie regularnej kosztuje 6,99 zł. 

Wibo, eyebrow stylist, czyli żel do brwi, to kosmetyk już chyba legendarny. Występuje ponoć w dwóch wersjach szczoteczki, moja jest duża i przypomina tę z Colossala, którą pokazałam wyżej, ale jest jeszcze większa - niżej znajdziecie porównanie. Jest ciemniejszy i chłodniejszy niż jego kompanka kredka - takie połączenie sprawdza się u mnie najlepiej, kiedy mam ciemniejsze włosy. Tego ciemnego koloru nie należy się bać, bo kolor da się stopniować i lekkie pociągnięcie po prostu przyciemni i ujarzmi brwi. Mimo wielkiej szczoty, używanie jest banalnie proste. Kolejna zaleta - żel wydaje się nigdy nie kończyć. Teoretycznie ma drobinki, ale po nałożeniu na brwi są w ogóle niewidoczne. W cenie regularnej kupimy go za 9,49 zł. 

Dla mnie ten duet jest idealny - pozwala mi podkreślić kształt brwi i nadać im wrażenie większej gęstości, a jednocześnie nadal wyglądają naturalnie, a nie jak wyrysowane na potrzeby komiksu. 


Na górze kredka Essence, na dole żel Wibo.


Porównanie szczoteczek z tuszu Maybelline i żelu Wibo - wbrew pozorom tym kolosem da się bardzo wygodnie manewrować nawet przy końcówce brwi i nie pomazać sobie skóry. 


Oceanic, Long 4 Lashes - kultowa odżywka do rzęs. Sama dopiero ją kupiłam, więc może nie powinnam się wypowiadać, ale uważam, że to jest właśnie ta okazja, żeby wypróbować tego nietaniego przecież (79,99 zł) produktu. Najtańsze odżywki to zwykle pic na wodę, które najlepiej sprawdzają się jako baza pod tusz - w przypadku L4L nie znam nikogo, komu by nie pomogła. Sama nie mogę doczekać się efektów, za kilka miesięcy na pewno opiszę swoje wrażenia.

Rimmel, Exaggerate, wodoodporna kredka do oczu - czarną kredkę kładę na górną linię wodną, więc dla mnie priorytetem jest to, by była nie do zdarcia. Exaggerate sprawdza się idealnie, jest bardzo trwała i, co ważne, nie rozmazuje się w ciągu dnia. Kolor - blackest black - to też czerń najlepszej głębokości. Kredka jest wysuwana, więc nie trzeba jej temperować, a u jej drugiego końca znajduje się gąbeczka, którą można nałożony produkt rozmazywać w celu osiągnięcia efektu smoky eye. Wydajności też nie mogę nic zarzucić, jeden egzemplarz wystarcza na kilka miesięcy. Jedyna wada? Ma zaokrągloną końcówkę, więc ultracienkiej kreski nią nie narysujemy. Cena regularna to 20,99 zł

Wybaczcie brak zdjęcia, ale swój egzemplarz zostawiłam w drugim domu ;)

Wibo, waterproof eyeliner - praktycznie same zalety za śmieszną cenę (7,89 zł). Produkt ma cieniutki pędzelek i zapewnia głęboką czerń już po jednym pociągnięciu. Rzeczywiście jest wodoodporny i wytrzymuje na powiekach aż to zmycia, a to, mimo wodoodporności wcale nie jest trudne, wystarczy płyn micelarny. W dodatku to jedyny eyeliner którym potrafię zrobić sobie dobrze wyglądającą kreskę, a mistrzem w operowaniu pędzlami nie jestem. Kolejna zaleta? Nie zasycha nawet kilka miesięcy po otwarciu.

***

Skusicie/skusiłyście się na coś z tej listy? Jakie są Wasze hity, po które pobiegłyście do drogerii? Ja kupiłam jeszcze kilka innych produktów, ale że są niesprawdzone, znajdą miejsce w poście podsumowującym. Mam nadzieję, że na żadnym się nie zawiodę. 


sobota, 4 kwietnia 2015

Ulubieńcy marca 2015

Dzisiaj krótko, bo ani nie szalałam ostatnio z kosmetykami, ani zbyt wiele nie podbiło mojego serca. Oto najlepsi z najlepszych w marcu. 


Receptury Agafii, balsam do włosów na kwiatowym propolisie - produkt chyba już kultowy w blogosferze. Na początku się nie polubiliśmy, myślałam że będzie to jeden z gorszych produktów, jakich kiedykolwiek używałam, ale przed wydaniem ostatniego zdania musiałam porządnie go przetestować. I stała się rzecz dziwna, nagle moje włosy ten balsam pokochały. Po jego użyciu są lejące, ale lekkie, gładkie i miękkie, lśnią i układają się bajecznie, praktycznie bez żadnego wysiłku wkładanego z mojej strony. Nie zauważyłam niestety większej objętości, co obiecuje producent, ale na szczęście nie ma też obciążenia. Teraz sięgam praktycznie tylko po ten balsam. Trzymam go zazwyczaj nieco dłużej niż 1-2 minuty, ale nawet po tym czasie efekty są zadowalające. Plusem jest również cena - 18 zł (a jeszcze trafiłam na promocję) za 600 ml.


Sylveco, łagodzący krem pod oczy - kosmetyki Sylveco mają u mnie plusa już na starcie za naturalne składy pozbawione zapychaczy i brak obietnic producentów odnośnie użycia jakiegoś składnika, którego w rzeczywistości prawie nie ma. Powyższy krem pod oczy jest bardzo lekkim, bezzapachowym kosmetykiem, którego używam najczęściej jedynie na noc, nakładając, zgodnie z obietnicami producenta, nieco grubszą warstwę. Wydawało by się, że lekkość nie może zapewnić odpowiedniej pielęgnacji, ale nic bardziej mylnego - skóra jest idealnie nawilżona i miękka. Co ważne, krem nie powoduje pieczenia oczu. 


Fantastyczny duet produktów SheFoot! Duże, gęsto upakowane drobiny w peelingu naturalnym składają się z pestek oliwek, łupin migdałów i orzechów macadamia i gwarantują porządne ścieranie. Zatopione są w zwartym żelu o nieco kremowej konsystencji, dzięki czemu produkt nie fruwa po całej łazience podczas aplikacji. Już po samym tym zabiegu stopy są miękkie i nawilżone, ale nie byłoby pełnej pielęgnacji bez kremu. Ostatnio używałam odżywczego kremu, który choć działał, irytował mnie zbyt intensywnym zapachem. Krem na pękające pięty na szczęście pachnie o wiele subtelniej i nie tak słodko, a w dodatku działa jeszcze lepiej. Solidnie nawilża i regeneruje, a pięty, moja bolączka, są w końcu w bardzo dobrym stanie - gładkie i miękkie.

Używałyście któregoś z tych produktów? 

niedziela, 8 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia 2015: kolorówka

Dzisiaj druga część styczniowych ulubieńców, czyli kosmetyki kolorowe. Tutaj jest mniej produktów, bo i z makijażem nie szaleję zanadto i najczęściej trzymam się sprawdzonych rozwiązań. Ostatnimi czasy odkryłam jednak dwa mazidła, które bardzo przypadły mi do gustu i jestem pewna, że będę ich używać jeszcze długo.


Essence, cienie do powiek 3D, Irresistible caramel cream

Te cienie nie zyskały sobie zbyt wielu fanów, ale dla mnie, jako osoby która powieki maluje bardzo rzadko, okazały się przydatnym produktem. Niezbyt mocna pigmentacja, która dla wielu może być wadą, pozwala na stopniowanie nasycenia, a wprowadzanie poprawek do tworzonego makijażu jest bardzo proste. Cienie są gładkie i dobrze zmielone, mają metaliczne wykończenie. Jaśniejszy wzbogacony jest o niewielkie drobinki.


Blendują się wzorowo. Nie osypują się i nie rolują na powiece. Trwałość kilkugodzinna.

Jeśli chodzi o kolory - cóż, są po prostu moje: jasne i ciepłe. Lśniąca wanilia na całą powiekę, karmelowy (któremu bliżej do brudnego złota) w zewnętrzny kącik i w załamanie, coś do dodatkowego rozświetlenia wewnętrznego kącika i gotowe. Subtelny, ale rozświetlający i nadający głębi spojrzeniu efekt końcowy sprawia, że w styczniu sięgałam po nie dość często, nawet bez okazji. 

Warto nakładać je na mokro bądź na bazę, co dodatkowo podbije kolor. Na zdjęciach jest jedna warstwa:




Max Factor, 2000 calorie maskara

Każdy zna, większość ją miała, w końcu ja się skusiłam i nie żałuję. Ten tusz pobił wszystkie, których do tej pory używałam. Lubię mocno wytuszowane rzęsy, zawsze szukam w maskarach efektu "sztucznych rzęs", a 2000 calorie spełniła moje wymagania bezbłędnie. Szczoteczka pozbawiona  jest udziwnień, ot tradycyjne włosie o wielkości dopasowanej do oka przeciętnego zjadacza chleba. Opakowanie również maksymalnie proste i gdyby nie to, że napisy są praktycznie w całości starte, mogłabym nazwać je idealnym.

Nakładam dwie warstwy, a rzęsy są mocno pogrubione i wydłużone, a do tego uniesione. Sklejanie, owadzie nóżki? Może się zdarzyć, kiedy maskara zacznie zasychać, ale po reanimacji wrzątkiem jest jak nowo narodzona i dobrze rozdziela włoski.

Tusz wytrzymuje cały dzień praktycznie bez zmian, nie rozmazuje się ani nie osypuje. Obiecana czerń jest faktycznie głęboką czernią. Mój ci on!


sobota, 7 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia 2015: pielęgnacja

Takich postów chyba brakowało na moim blogu. Albo pojedyncze recenzje, albo denko, przez co dużo kosmetyków umykało bądź nie były przedstawione w sposób, w jaki na to zasłużyły. Myślę że najwyższy czas to zmienić!

La Roche-Posay, Effaclar K

Powinien dostać osobny post, ale biorąc pod uwagę fakt, jak teraz wygląda opakowanie, byłby to brak szacunku dla czytelnika. Słuchajcie więc tutaj - ten krem jest genialny! Może ktoś pamięta, że na Effaclar Duo [+] kręciłam nosem, że jest taki sobie, że czegoś mu brakuje... Otóż Effaclar K wszystko ma na swoim miejscu i dzięki temu robi ze skórą cuda. Czysta, zachwycająco gładka, rozświetlona, zero krostek i krost, pory oczyszczone i zmniejszone, wydzielanie sebum wyregulowane. Do tego nie wysusza i jest bardzo wydajny. Chociaż nadal mam trochę zaskórników na nosie, a przed okresem wyskakują mi średnio dwie dość uparte niespodzianki, to i tak ten produkt LRP żegnam z żalem. Na pewno do niego wrócę.


Sylveco, lekki krem rokitnikowy

Uwielbiam produkty Sylveco za stuprocentowo naturalne składy, pełne ekstraktów i olejów o dziesiątkach dobroczynnych właściwości. Krem rokitnikowy skutecznie nawilża, odżywia i wygładza skórę. Nie zapycha. Wchłania się szybko i nadaje pod makijaż. Zawsze dodaję do porcji kroplę kwasu hialuronowego, który poza dodatkową dawką nawilżenia odświeża, oraz sprawia, że całość o wiele lepiej się rozprowadza. Skóra jest miękka i ukojona, a ja cieszę się, że daję jej to co najlepsze bez sztucznych zapychaczy.

Sylveco, oczyszczający peeling do twarzy

Bliżej przedstawiłam go już tutaj


Alterra, maska do włosów Granat i Aloes

Wiem, już ją pokazywałam. I co z tego? Ciągle do niej wracam, a ostatnimi czasy zaczęłam zachwycać się nią na nowo. Radzi sobie z moim hermionograngerowatymi włosami tak doskonale jak żadna inna. Idealnie zmiękcza i wygładza, czupryna wygląda po niej zdrowo i nie jest obciążona. Do tego dodam przyjemny zapach, dobrą wydajność i niską cenę. Ulubieniec jak się patrzy.

Wellness & Beauty, Sezamowy olejek do kąpieli

Teoretycznie do kąpieli, w praktyce używałam go już po myciu, wmasowując w wilgotną skórę. Pachnie przesłodko, waniliowo-migdałowo, ma fantastyczny skład, bo faktycznie prawie same oleje, genialnie nawilża, pozostawiając skórę miękką i gładką. Wchłania się również bardzo znośnie jak na tak bogatą formułę. 


AA, krem pod oczy przeciwzmarszczkowy, Aktywny Lifting 50+

Z kremami pod oczy mam problem, bo mało który mnie zadowala. Najlepszym był chyba ten arganowy z Kropli Zdrowia, ale na razie nie stać mnie na wydanie 50 zł na tego typu mazidło, więc szukam tańszych rozwiązań. Że ten krem AA jest dla kobiet po 50 roku życia? Cóż, przekonałam się że te dla dwudziestokilkulatek to trochę pic na wodę, a z takiego kremu skóra i tak weźmie sobie tylko tyle, ile potrzebuje. Aktywny Lifting dobrze, długotrwale nawilża i koi skórę pod oczami, dodatkowo przyjemnie się aplikuje i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy. Co ważne, nie powoduje pieczenia. Z cieniami niestety sobie nie radzi, ale skóra wokół oczu i tak wygląda zdrowo. Skład bardzo przyjemny (wybaczcie że znowu posiałam gdzieś kartonik), z substancjami aktywnymi wysoko na liście.

Joko, odżywka do paznokci Ultraviolet Efekt

Odżywka, która w założeniu miała wybielać paznokcie i w odpowiednim świetle dawać efekt fluorescencyjny (w wersji, jak sama nazwa wskazuje, fioletowo-niebieskiej). I robi to! Płytka jest faktycznie jaśniejsza, kolor końcówek momentalnie wyrównany. Do tego schnie błyskawicznie. Co więcej, mimo że producent słowem nie pisnął o właściwościach pielęgnujących, odczuwalnie wpływa na większą twardość paznokci.

***

Czy któreś z tych produktów należą również do Waszych ulubieńców? Dajcie mi znać, czy taka forma przedstawiania kosmetyków Wam odpowiada i czy post nie jest za długi.

czwartek, 5 lutego 2015

Oczyszczanie siłami natury - peeling do twarzy Sylveco

Dziś czas na produkt Sylveco, po który prawdopodobnie nie sięgnęłabym, gdyby nie to, że oferowany był w zestawie z kremem. Recenzowany peeling swoje zdzierające właściwości zawdzięcza korundowi, który nie jest mi obcy, wiedziałam więc, że będzie dobrym produktem - z tym że moja skóra ostatnio obywała się bez peelingów dzięki kwasom i mydłom. A jednak, okazało się że odrobina zdzierania bardzo jej służy.


Sylveco, oczyszczający peeling do twarzy

Gdzie? Wybrane apteki, Sylveco.pl, Ekopiękno, drogerie o lokalnym zasięgu | Za ile? Ok. 20 zł / 75 ml

OPAKOWANIE

Lekki, plastikowy słoiczek z solidnie dokręcanym wieczkiem. Jedyne, co może przeszkadzać to to, że czasem peeling dostaje się pod nakrętkę i utrudnia zamykanie. Pomijam nieprzyjemne zgrzytanie przy zakręcaniu, bo to już kwestia estetyki.

ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach, jak w przypadku wszystkich produktów Sylveco, jest skutkiem połączenia nut naturalnych składników produktu, a więc jest wyrazisty i specyficzny. Tutaj mamy ziołowo-herbacianą mieszankę. Daleko jej do sztucznie wygenerowanych kompozycji, więc na początku może zaskoczyć, ale w gruncie rzeczy jest przyjemna.

Konsystencja peelingu jest lekka i kremowa. Produkt jest w stanie stałym, nie spływa z rąk. Drobinek korundu na pierwszy rzut oka nie widać, ale niech to was nie zraża - są bardzo ostre i potrafią dać czadu.


DZIAŁANIE

Peeling rozprowadza się po twarzy z łatwością. Korund znany jest ze swojej twardości i mówi się o nim głównie jako o bardzo mocnym zdzieraku, ale dzięki kremowej formule produktu Sylveco tę siłę można stopniować. Po dodaniu większej ilości wody i przy lekkim nacisku dłoni, peeling będzie bardziej delikatny, chociaż na pewno nie nada się dla osób o wrażliwej skórze. Mała ilość wody i intensywny masaż będą skutkować solidnym zdzieraniem martwego naskórka. Niezależnie od wybranej metody, skóra zostanie dogłębnie oczyszczona, i to bez podrażnień

Efekt - bajecznie gładkie lico pozbawione suchych skórek i zanieczyszczonych porów. Peeling nieco nawilża oraz natłuszcza, pozostawiając na skórze cienką ochronną warstwę.


SKŁAD
Aqua, Alumina, Glycine Soya Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Caprylic/Capric Trigliceryde, Glyceryl Stearate, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Vitis Vinifera Seed Oil, Equisetum Arvense Extract, Cera Alba, Cetyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil
Poza korundem (drugie miejsce w składzie) mamy między innymi masło shea, ekstrakt ze skrzypu polnego, olej z pestek winogron czy wosk pszczeli. Same dobroci, które nawilżają, odżywiają i wygładzają skórę.

PODSUMOWANIE

Udany produkt o przyjaznym składzie. Używam tego peelingu z przyjemnością, stał się cotygodniowym elementem mojej pielęgnacji i chętnie sięgnę po niego ponownie, kiedy obecny egzemplarz się skończy.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Królowa czerwieni - Golden Rose Velvet Matte Lipstick nr 25

Chciałabym dzisiaj pokazać Wam pomadkę, która od dłuższego czasu pozostaje najczęściej przeze mnie używaną i jedną z ulubionych - jeśli nie ulubioną. 

Zwykle po zakupie szminki przez kilka tygodni mam na nią "fazę" i sięgam po nią prawie codziennie, jednak w końcu trafia między inne i zaczynam używać jej jedynie od czasu do czasu. Velvet Matte z Golden Rose w kolorze 25, bo to o niej mowa, jest wyjątkiem - mimo iż od jej zakupu minęło kilka miesięcy, nadal zajmuje pierwsze miejsce wśród dziesiątek towarzyszek. Jeśli jesteście ciekawe, czym mnie ujęła, zapraszam do dalszej części posta.

Golden Rose, Velvet Matte Lipstick

Gdzie? Goldenrose.pl, stoiska firmowe, sieć Drogerie Polskie | Za ile? 10,90 zł / 4,2 g

OPAKOWANIE

Proste, niezbyt ładne, ale solidne. Za tak niską cenę nie wymagam luksusów, ważne, aby opakowanie nie było tandetne i nie rozpadało się w dłoniach. Golden Rose te wymagania spełnia. Plastik wygląda na wytrzymały, skuwka nasadzona jest odpowiednio mocno, chociaż nie robi "kliku" przy zamykaniu, to i tak o otwieranie się pomadki w torebce nie ma się co martwić.


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach jakiś tam jest, ale na tyle subtelny, że nie ma powodu, by zawracać sobie nim głowę.

Pomadka jest twarda i sucha, ale rozprowadza się bez problemu, już jedno pociągnięcie daje dobre krycie. Nie topi się pod wpływem wyższych temperatur.


KOLOR

Tu nie ma żadnej filozofii. 25 to klasyczna czerwień z niebieskimi podtonami. Wykończenie, zgodnie z nazwą, matowe.

Pigmentacja zachwyca - jedna warstwa daje pełne krycie.


DZIAŁANIE

Velvet Matte to przede wszystkim rewelacyjna trwałość. Pomadka nie zniknie "zjedzona" podczas rozmów, zimne przekąski i napoje również praktycznie jej nie zaszkodzą. Po gorącym obiedzie może być naruszona w wewnętrznej części ust, ale będzie to na tyle delikatne, że nikt nie zgorszy się widząc nas biegnące do łazienki, aby dokonać poprawek. W poście podsumowującym 2014 rok jest moje zdjęcie, zrobione kiedy miałam na sobie właśnie tę szminkę i byłam po dwóch typowo sylwestrowych daniach. Ubytek jest widoczny, ale całość nadal wygląda znośnie. Jeden warunek - pomadkę trzeba nałożyć na suche usta. Choćby odrobina nawilżającego balsamu skróci trwałość produktu.

Pomadka dobrze trzyma się ust, nie migruje poza ich obręb. Dzięki suchej formule unikamy przyklejania się do niej włosów. Velvet Matte lubi brudzić skórę czy brzegi szklanek z ciepłymi napojami, ale już zimne drinki można popijać bez obawy o mało eleganckie ślady.

Jedyną wadą Velvet Matte jest to, że jak chyba wszystkie pomadki o takim wykończeniu - wysusza usta. Przez pierwsze kilka godzin jest dobrze, potem wargi zaczynają pierzchnąć i dopominać się solidnej porcji balsamu nawilżającego.


PODSUMOWANIE

Jeśli szukacie pomadki która przetrwa całonocną imprezę, będzie miała znakomite krycie i nie przeszkadza Wam wysuszanie, Velvet Matte okaże się prawdopodobnie znakomitym wyborem. Nie wykluczam, że sięgnę po inne warianty kolorystyczne, a 25 kupię ponownie, na zapas - chociaż ten jeszcze długo nie będzie potrzebny, bo sztyft jest bardzo wydajny.

piątek, 14 listopada 2014

Na rozgrzewkę: denko z ostatnich miesięcy

Wracam po kilku tygodniach, nadal z deficytem czasu, ale staram się wyrwać dobie parę chwil na napisanie posta. Ledwo znajduję czas na zrobienie dostatecznej ilości treningów, ba, nawet na jedzenie tyle, ile powinnam (trzy posiłki nagle stały się normą), ale chciałabym przynajmniej raz w tygodniu coś dodać - a jest sporo rzeczy, o których chciałabym napisać. 


Żeby ponownie wejść w rytm, zaczynam od czegoś lekkiego, czyli produktów zdenkowanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie wszystko się ostało, więc produktów jest mniej niż faktycznie zużyłam.


Kropla Zdrowia, Eco Argan Eye Cream, krem pod oczy z olejkiem arganowym - próbek zwykle nie recenzuję, bo co wiarygodnego można powiedzieć po zużyciu 2 ml produktu? W tym przypadku jest inaczej, bo saszetek dostałam tyle, że wystarczyło mi na kilka tygodni regularnego używania. Krem jest lekki, dobrze się wchłania i nie rozmazuje na skórze, nie pozostawia pod oczami klejącej powłoki, nadaje się pod makijaż. Plus za to, że olej arganowy faktycznie jest obecny w sporej ilości (trzecie miejsce w składzie), a nie jako echo w okolicy substancji zapachowych. Do tego olej z awokado, masło shea, wyciąg z kasztanowca i kozie mleko - fakt, że pośród substancji chemicznych, ale jednak. 

Producent obiecuje redukcję zasinień i zdaje się, że faktycznie ma rację, bo narkotyczne cienie zdawały się jakoś mniej rzucać w oczy, kiedy traktowałam je tym kosmetykiem. 

Nawilżenie jest poprawne, aczkolwiek nie powala na kolana - krem daje ulgę na krótko, po kilkunastu godzinach skóra znowu woła, że jest jej za sucho. 

Produkt kosztuje około 40 zł za 30 ml, na mój portfel to zbyt wysoka cena, ale gdyby była niższa, kupiłabym bez zastanowienia. 


Purederm, Botanical Choice Nose Pore Strips, oczyszczające plastry na nos - swego czasu te plastry wywołały spory szał w blogosferze. Udało mi się kupić raz, nie byłam zachwycona, ostatnio sięgnęłam po nie ponownie, z nadzieją, że może jednak jakimś cudem tym razem będzie ok. Niestety obecnie plastry również wyciągały minimalne ilości zanieczyszczeń, głównie z kącików skrzydełek nosa. Raz czy dwa miały "lepszy dzień", gdy ruszyły cokolwiek ze szczytu, ale efekt był tak mizerny, że na pewno tych konkretnych plastrów nie kupię ponownie


Ziaja, krem nawilżający matujący 25+ - krem-legenda pośród kremów dla cer mieszanych, gdy pokończyły mi się zarówno Sylveco, jak i Baikal Herbals, a ja musiałam szybko sięgnąć po coś niedrogiego, Ziaja była pierwszym wyborem. 

Krem okazał się dosyć gęsty, ale aplikacja nie nastręczała mi problemów. Wchłaniał się całkiem szybko i nie stawiał w szranki z makijażem. Okazał się zabójczo wydajny i wytrwał dwa miesiące (jak nie więcej). Nawilża znakomicie, z matowieniem jest niestety gorzej, w tej kategorii nie zauważyłam większej różnicy między nim a kremami typowo nawilżającymi. 

Niestety mam wrażenie, że nieco zapchał mi pory. Mimo wszystko, prawdopodobnie kupię go ponownie, zwłaszcza że cena (ok. 10 zł za 50 ml) jest bezkonkurencyjna, a ja nie zawsze mam możliwość szarpnąć się za coś dwa razy droższego. 


Pharmaceris T, krem z 10% kwasem migdałowym - to już moje... trzecie? czwarte? opakowanie, właściwie to mogłoby wystarczyć za recenzję, ale niech przyzwoitość zwycięży. Ten krem po prostu działa, skutecznie odblokowując pory i uniemożliwiając rozwój wszelkim pryszczom i inszym krostkom. Z cery problematycznej wyczarowuje cerę czystą i gładką. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Więcej o kremie napisałam tutaj.


Yves Rocher, Volume, Volumizing Shampoo, szampon zwiększający objętość włosów - kosmetyk o mocnym, ostrym i ciut chemicznym, chociaż wyraźnie kwiatowym aromacie, który chociaż nie powinien, bardzo przypadł mi do gustu. Kupiłam ze względu na to, że moim włosom często brakuje objętości (a czasem miewam szopę niczym Hermiona Granger, moje kłaki to jedna wielka zagadka). chociaż i tak zamierzałam go używać jako szamponu do mniej więcej cotygodniowego oczyszczania, a nie codziennej pielęgnacji. I w jednym, i w drugim przypadku sprawdził się dobrze - włosy były wyraźnie podniesione i bardziej puszyste (a nie puszące się), a przy tym pozbawione wszelkich brudów i potencjalnie obciążających substancji. Po myciu - stosunkowo miękkie, prawie niepoplątane, może nieco bardziej suche po użyciu delikatniejszego szamponu, ale to akurat dało się naprawić odżywką. Chętnie kupię ponownie

Babydream fur Mama, Pflegeol, olejek do pielęgnacji ciała - nie, nie nakładałam go na włosy, bo po pierwszym razie nie wyglądały na szczególnie zachwycone tym pomysłem. Przeznaczyłam go w całości do ciała, nakładając na zmianę na suchą i wilgotną skórę. Ta druga opcja wygrywa pod tym względem, że po całym zabiegu olej w większości się wchłania, zamiast, jak w przypadku aplikacji na suchą skórę, trwać na niej, dopóki go nie wytrzemy. Znakomity, w stopniu wręcz ciężkim do uwierzenia (praktycznie same oleje), skład, musiał dać genialne efekty - doskonałe nawilżenie i skórę gładką jak jedwab. Do tego śmieszna cena - jakieś 10 zł za 250 ml - czy muszę dodawać, że kupię ponownie?

Pharmona, Tutti Frutti, Peeling do ciała - mój ulubiony maleńki kompan do ścierania martwego naskórka, tym razem w wersji Wiśnia&Porzeczka. Kupuję coraz to nowe opakowania, bo cóż, ten produkt po prostu znakomicie spełnia swoje zadanie i ściera jak szalony, a wariantów zapachowych jest tyle, że do tej pory żaden mi się nie powtórzył. Widoczny na zdjęciu egzemplarz dorównuje swoim kolegom, także temu arbuzowo-melonowemu - aromat jest mocny, soczysty i naturalny. Nieco lepsza wydajność i byłoby idealnie. Kupię ponownie!


Garnier, płyn micelarny 3w1 - najlepszy micel jaki miałam, bo nie dość, że płacimy 17 zł za 400-mililitrowe opakowanie, to jeszcze szybko i dokładnie oczyszczamy całą twarz, z oczami włącznie, co w przypadku płynów micelarnych nie jest sprawą oczywistą. A tu wszelkie tusze i kredki usuwane są bez śladu (pandy dnia następnego) i podrażnień. Zero klejącej warstwy, zero uczucia niedoczyszczenia - więcej zachwytów tutaj. Kupię ponownie. Miliard razy. 

Uriage, Eau Thermale, woda termalna - łagodzi podrażnienia, odświeża, ogranicza powstawanie skórnych niespodzianek, scala makijaż i poprawia jego ogólny wygląd. W dodatku nie trzeba jej wycierać po aplikacji. Więcej przeczytacie tutaj. To już moja któraś z kolei butelka i na pewno nie ostatnia. Kupię ponownie.

***

Tym tekstem obiecuję poprawę w częstotliwości dodawania postów. Trzymajcie kciuki, żeby uczelnia do końca mnie nie przemieliła ;)

Jak Wasze denka? Może też zużyłyście któryś z tych produktów?