Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uriage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uriage. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

DENKO na dobry początek roku

Wyrzuciłam ostatnio sporo chomikowanych tu i ówdzie pustych opakowań. Zazwyczaj po zużyciu kosmetyku, chowam je do innych w ustalonym specjalnie do tego miejscu i tam taka grupka czeka, aż uznam ją za wystarczająco dużą, by podsumować jej jakość na blogu. 

Pod koniec grudnia stwierdziłam, że właśnie nadszedł ten czas. Porobiłam zdjęcia i pozbyłam się zajmujących cenną przestrzeń gagatków (w końcu na ich miejsce muszą przyjść nowe!), ale że Święta, Sylwester, tańce, hulanki, prace inżynierskie i swawola, wiadomo - dopiero teraz znalazłam chwilę by usiąść i opisać poszczególne produkty tak, jak należy.


Uriage, Eau Thermale D'uriage, czyli jedyna uznawana przeze mnie woda termalna, a to z tego względu, że po aplikacji nie trzeba jej osuszać. Dla tak zapominalskiej osoby jak ja to wielka zaleta, poza tym jakoś razi mnie idea spryskiwania się jakąkolwiek wodą nieprzeznaczoną do mycia, tylko po to, by za chwilę ją wytrzeć. Dodatkowym plusem izotoniczności Uriage jest możliwość rozpylenia jej na makijaż, co daje nie tylko zbawienne orzeźwienie podczas upałów, ale przede wszystkim scala wszystkie warstwy kosmetyków i nadaje miłe oczom satynowe wykończenie. O łagodzeniu podrażnień czy nawilżaniu nie będę się rozpisywać - po prostu ta woda to wszystko robi. Uriage jest ważnym elementem mojej codziennej pielęgnacji i na pewno jeszcze długo, długo będę ją kupować.

Biała Perła, wybielająca pasta do zębów - dobrze się pieni, dokładnie czyści zęby, ma przyjemny , odświeżający smak. Pod tymi względami nie mogę jej niczego zarzucić. Ponadto jak na małą pojemność (75 ml) jest dość wydajna. Niestety kluczowym powodem, dla którego po nią sięgnęłam, jest działanie wybielające i tutaj nie sprawdza się ona w ogóle. 15 zł za niewyróżniającą się niczym pastę to dla mnie zbyt duży wydatek, więc nie kupię jej ponownie. 

AA, maseczka aktywnie oczyszczająca - jedna z moich ulubionych maseczek. Dobrze się rozprowadza i bezproblemowo spłukuje. Nie podrażnia ani nie wysusza. Matuje, delikatnie oczyszcza (chociaż na pewno nie pozbędzie się najbardziej upartych zaskórników), wygładza, rozjaśnia, zmiękcza i nieco nawilża skórę. Przyspiesza gojenie się wyprysków. Jedna saszetka powinna wystarczyć na dwie aplikacje. Kupię ponownie. 


Marion, Termoochrona, mgiełka chroniąca włosy przed działaniem wysokiej temperatury - ok, płynu w butelce została mniej więcej połowa, ale i przeterminował się on jakoś w połowie zeszłego roku, więc pozbycie się produktu było podyktowane co najmniej przyzwoitością. Nie to, że mgiełka była złym kosmetykiem - po prostu przez długi czas nie używałam suszarki, a kiedy zostałam zmuszona do tego wrócić, zapomniałam całkowicie, że coś takiego Termoochronę posiadam. Czy chroni? Ciężko stwierdzić, zwłaszcza że nie używałam jej regularnie. Za to na pewno ma przyjemny, typowy dla kosmetyków fryzjerskich zapach, wygładza włosy i zapobiega ich puszeniu. Użyta w zbyt dużej ilości może lekko obciążać, ale to jest kwestią wprawy. Niewątpliwą zaletą jest cena mgiełki - 5-7 zł. Możliwe, że kupię ponownie. 

Apart Natural, kremowy żel pod prysznic - hypoalergiczny! a poza tym: nieźle się pieni, myje jak trzeba, ma odpowiednią konsystencję i nie spada z gąbki czy z ciała. Nie wysusza. Producent twierdzi, że jego produkt jest kremowy i tak jest w istocie, Apart bardziej przypomina płyn niż żel. Niestety ma jedną wadę - pachnie dość ostro i chemicznie, powiedziałabym nawet: tanio. W przypadku żeli pod prysznic, które nie mogą nadrobić nieciekawej woni właściwościami pielęgnującymi (jakkolwiek producent twierdzi inaczej), taka cecha skreśla u mnie kosmetyk. Pod wszystkimi innymi względami Apart jest udanym produktem, a że zapach jest kwestią gustu... Warto rozważyć jego zakup, szczególnie że cena to około 6 zł. 

Bielenda, Afrodyzjak Love, Olejek do kąpieli i pod prysznic `Piżmo i jaśmin` - olejkiem w życiu bym tego nie nazwała, bo w składzie olejków brak. Ani jednego! Uznałabym to za minus, gdyby nie to, że skład jest jasno podany i widziały gały co brały. Jeżeli nieprawidłowość nazwy nie stanowi dla was przeszkody, olejek może okazać się przyjemnym towarzyszem kąpieli. Wyśmienicie się pieni i ma wyrazisty, roznoszący się po całej łazience zapach. Powinien przypaść do gustu wielbicielkom piżma, bo to właśnie ta nuta jest główną w kompozycji, nadając całości dość ostry charakter. Jaśmin jedynie nieśmiało przebrzmiewa w tle. Raczej nie kupię ponownie, bo wolę słodsze wonie, ale uważam ten produkt za udany i wart przetestowania.


SheFoot, odżywczy krem + shea do paznokci i suchej skóry stóp - jeśli chodzi o produkty do stóp i dłoni, lubię te o bogatej konsystencji. Ten krem taki jest. Gęsta formuła, zgodnie z obietnicami producenta, odżywia i nawilża stopy. Przy regularnym stosowaniu stają się miękkie i gładkie, ale już po pierwszym użyciu można zauważyć zmiany na plus. Kosmetyk nie usunie na pewno najbardziej upartej stwardniałej skóry z pięt, bo do tego potrzebne są silniejsze środki, ale z szorstkością upora się bez problemu. Wchłania się przyzwoicie. Jedyne co trochę denerwowało mnie w trakcie używania, to mocny i długo utrzymujący się zapach. Z początku przyjemny, bo bardzo słodki - ale ileż można... Mimo wszystko - możliwe, że kupię ponownie. 

Eveline, Glicerini, Glicerynowy skoncentrowany krem głęboko odżywczy + wygładzający do rąk i paznokci BIO oliwka i masło karite - zużyłam ten krem ze sporą niechęcią, bo z głębokim odżywieniem nie ma wiele wspólnego. Konsystencja jest lekka, mokra, jakby śliska. Krem wchłania się bardzo szybko, co jest zaletą w przypadku pośpiechu czy konieczności użycia go "na mieście", ale jednocześnie pozostawia dłonie z uczuciem niedosytu. Nawilżenie jest chwilowe, o regeneracji nie ma mowy. Jako dodatkowy krem mógłby się sprawić, ale jako podstawa pielęgnacji dłoni nie zdaje egzaminu. Nie kupię ponownie. 

Himalaya Herbals, Complete Care, pasta do zębów - pasty HH działają generalnie jak wszystkie drogeryjne. Dobrze się pienią, doskonale czyszczą zęby. Dlaczego więc co jakiś czas wyrzucam z portfela dychę na ich kupno? Ano, ponieważ oparte są na naturalnych składnikach. Mają przez to dość specyficzny kolor i smak, ale można się przyzwyczaić. Z tych, które próbowałam (jedną z nich była wybielająca - bardzo słodka i niestety nie wybieliła nic) ta jest w smaku najbardziej zbliżona do miętowych klasyków, dzięki czemu pozostawia solidne uczucie świeżości. Kupię ponownie. 


Wibo, chusteczki matujące - przy mocno tłustej cerze prawdopodobnie zawiodą, albo będzie trzeba zużyć naraz pół opakowania - ale jeśli nie ma się zbyt wielkich problemów z nadmiarem sebum, to te chusteczki mogą okazać się tanim a skutecznym rozwiązaniem. Ja jestem zadowolona. Nie muszę ich używać na co dzień, ale w razie "w" są pod ręką i bezlitośnie rozprawiają się z niechcianą tłustą warstwą na skórze. Chusteczki Wibo są cienkie, więc niezbyt wydajne, i to może być ich główna wada. Co istotne - mimo swojej delikatności nie rwą się. Miewałam lepsze, owszem, ale za tak niską cenę (i dobrą dostępność) nie wymagam cudów. Kupię ponownie. 

Collection, Lasting Perfection Concealer - kiedyś Collection 2000. Musicie mi uwierzyć na słowo, że to ten właśnie kosmetyk. Napisy zaczęły ścierać się z opakowania jeszcze zanim je otworzyłam po raz pierwszy, ot, korektor przeleżał dwa miesiące w koszyczku z innymi i to wystarczyło, aby pozbył się połowy szaty graficznej. To wyjątkowy korektor i zasługuje na osobny wpis, ale same widzicie... Robienie sesji zdjęciowej takiemu produktowi mija się w celem.
Do rzeczy więc! Kultowy już produkt ma duże krycie i odpowiednio dobrany rozjaśni skórę pod oczami (moim odcieniem był 01 Fair, taki akurat - odpowiednio jasny, ale nie na tyle, żeby zrobić mi zimę na powiekach; blade twarze będą zachwycone). Moje mroczne cienie ukrywał pierwszorzędnie. Z zakryciem krostek również dzielnie dawał sobie radę. Mówią, że jest zbyt ciężki, że wysusza - nie zauważyłam tego. Korektor nie ciemnieje w ciągu dnia, jego jedyną wadą może być to, że lubi zbierać się w zmarszczkach mimicznych i warto to regularnie kontrolować. No, może jeszcze jedna wada - dostępność. Aby go kupić, należy zajrzeć na Allegro albo odbyć wycieczkę do Anglii. Kupię ponownie. 


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Moja codzienna pielęgnacja twarzy

Pielęgnację twarzy zawsze jakąś tam miałam, mniej lub bardziej świadomą, ale nigdy nie opisałam jej w poście zbiorczym, bo nigdy w pełni mnie nie zadowalała. Dopiero ostatnie miesiące przyniosły mi świetne efekty i myślę, że znalazłam zestaw kosmetyków, które moja skóra polubiła. 

Do niedawna nie wyobrażałam sobie wyjść z domu bez makijażu - krostki i bardzo nierówny koloryt skóry sprawiały, że bez podkładu nie czułam się do końca pewnie. Teraz nie mam z tym problemu, moja skóra wygląda zdrowo i czysto. Krostki się zdarzają, ale zazwyczaj są maleńkie i bardzo szybko znikają. Nie pozbyłam się jeszcze do końca problemu z zaskórnikami na nosie, ale to właściwie jedyny mankament.

Dzień zaczynam od przemycia twarzy najzwyklejszą wodą z kranu. Skórę wycieram ręcznikiem toaletowym. Taki sposób jest moim zdaniem najbardziej higieniczny, a jeden arkusz wystarcza do osuszenia twarzy. Nie chciałoby mi się bawić z codzienne pranie szmatek z mikrofibry, a na ręczniku używanym choćby kilkukrotnie gromadzi się mnóstwo bakterii.


Następnie nadchodzi pora na wodę termalną. Używam niezmiennie Uriage, jako że jest chyba jedyną, po której nie trzeba osuszać twarzy, nadaje się więc i w przypadku pospiesznego dnia, gdy trzeba zrobić milion rzeczy naraz, i na makijaż - bo świetnie go scala i nadaje nieco mokre, świeże wykończenie. Często używam jej w ciągu dnia podczas upałów (zwłaszcza w trakcie treningu), bo doskonale orzeźwia i ochładza.

Uriage koi skórę, sprzyja szybszemu gojeniu wyprysków i ogranicza ich powstawanie; dzięki regularnemu używaniu wody termalnej moja cera wygląda zdrowiej i bardziej promiennie - dla mnie Uriage stanowi subtelne, ale ważne dopełnienie pielęgnacji.


Po wchłonięciu się Uriage pora na krem nawilżający. Kupuję zamiennie lekki krem brzozowy Sylveco i krem Baikal Herbals. Baikal Herbals ma w składzie wiele ekstraktów roślinnych, w porównaniu z Sylveco jest nieco lżejszy, daje mi większe uczucie nawilżenia i szybciej się wchłania. Główną zaletą Sylveco jest natomiast w pełni naturalny skład (no i jest polski!), a że nawilża również bardzo przyzwoicie, to lawiruję między tymi produktami i nie potrafię zdecydować się na jeden.


Koniecznym elementem pielęgnacji, niezależnie od pory roku, jest filtr UV. Słońce bardzo niszczy skórę, wysusza ją i przyspiesza starzenie się komórek (nie mówiąc o chorobach) - nie tylko latem, kiedy odpowiadające za brązowy kolor skóry promienie UVB są najbardziej intensywne, ale całym rokiem właśnie, ze względu na niezmiennie dużą obecność promieni UVA.

Próbowałam wielu filtrów, ale zawsze wolę wysupłać nieco więcej na znakomitą emulsję Vichy, która wchłania się, nie pozostawiając klejącego filmu na skórze i nie przyczynia się do zwiększonego świecenia się skóry. Ostatnio co prawda odkryłam inny, tańszy i równie dobry - jeśli nie lepszy - produkt i już szykuję jego recenzję, ale Vichy nadal polecam. Niestety emulsja z powodu swojej popularności znika z aptek w ciągu dwóch miesięcy od pierwszego, wiosennego rzutu, więc już w marcu warto przygotować się do sporządzenia małego zapasu.


Makijaż zmywam od dawna płynem micelarnym - według mnie nie ma lepszego sposobu na dokładne i komfortowe usunięcie kosmetyków kolorowych ze skóry. Po spróbowaniu wielu różnych miceli znalazłam swój hit - płyn Garniera. Bardzo duża pojemność za niską cenę (ok. 18 zł), dobrze usuwa nawet najbardziej odporne kosmetyki i nie pozostawia na skórze nieprzyjemnej warstwy. Jak żaden inny doskonale nadaje się do demakijażu oczu - usuwa wszystko bez tarcia i nie podrażnia.

Owszem, miałam micele, które usuwały makijaż trochę szybciej, ale były zbyt drogie bądź nieekonomiczne (np. Tołpa), ostatecznie więc ciągle wracam do Garniera.


Demakijaż demakijażem, ale nie czułabym się w pełni czysto, nie używając czegoś wymagającego zmieszania z wodą. Tutaj do gry wchodzi mydło Aleppo i czarne mydło Savon Noir. Oba produkty mają podobne działanie - dogłębnie oczyszczają skórę - ta po myciu dosłownie skrzypi. Nie ma mowy o pozostałościach makijażu, brudu czy innych zanieczyszczeń. Nie można nie wspomnieć, że mają krótkie i naturalne składy (Aleppo - oliwa z oliwek, soda, olej laurowy, Savon Noir - oliwa z oliwek, woda, wodorotlenek potasu). Jak to mydła, mocno szczypią w oczy, Aleppo potrafi jeszcze podrażnić śluzówki nosa, ale po kilku takich przygodach można się przyzwyczaić do dokładnego zamykania oczu i oddychania przez usta podczas mycia, a wtedy problem znika. 

Bardziej do gustu przypadło mi czarne mydło, które usuwa toksyny i działa jak peeling enzymatyczny - lepiej niż Aleppo poprawiło stan mojej skóry, widocznie zmniejszyło ilość wyskakujących krostek i przyspieszyło ich gojenie. Niestety po dłuższym czasie przesuszyło mi okolice warg, więc musiałam nieco odpuścić - wiem już, że co jakiś czas będę musiała robić sobie od niego przerwę, ewentualnie używać go raz na kilka dni na zmianę z Aleppo. Savon Noir jest niestety mało wydajne i taki słoiczek jaki widać na zdjęciu nie wystarcza na zbyt długo. 

Moje pierwsze Aleppo zawierało 20% oleju laurowego i to wystarczyło, aby dobrze oczyścić twarz. Po kilku miesiącach skóra przyzwyczaiła się i nie miałam aż takiego wrażenia czystości, ale za pierwszym razem dotykając twarzy przy zmywaniu mydła byłam w szoku - czułam się, jakbym dopiero wtedy po raz pierwszy w życiu dobrze oczyściła skórę. Wrażenie "skrzypienia" było niesamowite. Aleppo zmniejszyło mój problem z powstawaniem niedoskonałości. Kolejną zaletą jest bardzo dobra wydajność - widoczna na zdjęciu kostka wystarcza spokojnie na pół roku użytkowania. 


Woda termalna czy mydła pomogły mi w walce z wypryskami, ale same w sobie nie mogły na dobre rozwiązać problemu. Ostatecznie stały się ważnymi, ale tylko pomocniczymi elementami, a podstawą okazały się kwasy. Zaczęłam od znakomitego kremu Pharmaceris z 5% kwasem migdałowym, potem przeszłam do nieco mniej dla mnie skutecznego Effaclar Duo [+], w końcu kupiłam kolejny krem Pharmaceris, ale już z 10% zawartością kwasu i to jemu pozostaję wierna przez ostatnie kilka miesięcy.

Pharmaceris trzyma moją skórę w ryzach, dzięki niemu rzadko kiedy pojawiają się pryszcze, te, które jednak są, znikają bardzo szybko, a kosmetyki, które do tej pory wywoływały wysyp, teraz okazują się nieszkodliwe. Zapomniałam czym są przebarwienia po krostkach. 10% nie różni się za bardzo od 5%, można więc recenzję piątki przeczytać z myślą o dziesiątce, ale mam wrażenie, że moja skóra jednak bardziej lubi tę wersję i przy niej wygląda lepiej.


Krem pod oczy to kosmetyk, którego działanie nie zawsze jest widoczne, ale którego warto używać z myślą o przyszłych latach. Niestety często o nim zapominam ;) a chciałabym używać go regularnie dwa razy dziennie.

Obecnie używam kremu Ziaja Jaśmin. Niby dla osób powyżej 50-tego roku życia, ale wiadomo, że nie warto patrzeć na etykietki. Krem nie podrażnia, jest lekki i pięknie się wchłania. Czy działa na zmarszczki - nie wiem, jeszcze nie mam, ale po jego użyciu pozostaje wrażenie miękkiej i gładkiej skóry. Nawilża raczej delikatnie, mnie taki stopień wystarcza, ale nie sprawdzi się w przypadku przesuszonej skóry. Ukojenia niestety próżno szukać, daje chwilową ulgę... Nie wiem, czy ten krem kupię ponownie, jeśli nie, będę szukała innego, bo pielęgnacja skóry pod oczami to ważna rzecz i warto poświęcić jej trochę uwagi.

*

Tak dobrane kosmetyki w moim przypadku sprawiają, że używanie innych praktycznie mija się z celem. Peelingi czy maseczki stały się zbędnym dodatkiem. Jeśli już mam ochotę na coś nadprogramowego, będzie to raczej dodatkowa porcja nawilżenia, aczkolwiek moja skóra nie woła o nie, jest bowiem w świetnej kondycji.