Dzisiaj na tapecie kolejne szeroko polecane produkty, które u mnie nie zdały egzaminu. Ze wszystkich części ciała to włosy są najbardziej kapryśne. To, co u większości działa cuda, u nielicznych może spowodować katastrofę. W tym przypadku nie skończyłam ze spaloną skórą głowy czy innymi tragediami, ale też nie byłam zachwycona...
O masce Malwy "Gloria" słyszałam same pozytywy. Tania, znakomicie nawilżająca, wygładzająca i zmiękczająca włosy. Kosmyki po jej użyciu miały wyglądać dosłownie bosko, po zobaczeniu efektu miała opaść mi szczęka. Przeznaczona do włosów suchych, zniszczonych, farbowanych - wypisz wymaluj moich!
Niestety u mnie nie spełniła żadnej z obietnic. Owszem, włosy nieco lepiej się rozczesywały, a podczas zmywania wyczuwałam, że są przyjemnie gładkie. Niestety po zmyciu maski i to wrażenie przemijało. Po wyschnięciu włosy były matowe, szorstkie, suche i sztywne. Takie... bez życia. O odżywieniu czy nawilżeniu nie było mowy.
Maska nieco lepiej spisała jako pierwsze O w OMO. Przede wszystkim dlatego, że po jej nałożeniu o wiele łatwiej było mi rozczesać loki, a szampon nie pozostawiał przerażających mnie kołtunów ;)
Sporo osób poleca ją do tuningowania - może faktycznie przy odpowiednich dodatkach zostawiłaby lepsze wrażenie. Jeszcze trochę jej zostało, więc spróbuję zużyć ją z półproduktami. Niestety sama w sobie zupełnie nie zdała egzaminu.
A jednak - czas mijał, moje włosy były w coraz lepszej kondycji i nie miałam już powodu nazywać je wysokoporowatymi. Oczywiście dokładne określenie porowatości jest trudne, ale kiedy zaczęłam używać kokosowej odżywki z Oil Medica, którą bardzo polubiłam, zdecydowałam się dać Vatice drugą szansę. I tutaj kokos nie podołał. Niezależnie od czasu, na jaki zostawiłam olej, kończyło się tak samo - włosy jak siano: puszące się i matowe (fakt, że przy tym dość miękkie).
Sprawy nie poprawiał mocny, bardzo słodki zapach kokosowych ciastek z nieokreśloną, ale wiercącą w nosie chemiczną nutą.
