Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shape. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shape. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lipca 2013

Jeśli już o biuście – D to nie grapefruit, czyli różnica między 65D a 80D

Pod poprzednim postem pojawiły się komentarze dotyczące tego, że Shape kopsnął się w jeszcze jednej rzeczy – mianowicie ocenianiu wielkości biustu pod samej literce. Pominęłam ten fakt, skupiwszy się na problemie wywyższania osób o większym biuście, ale czuję się zobowiązana, by napisać o tym teraz.

Stara „szkoła” mówi o tym, jakoby wielkość biustu mogła być opisana jedynie rozmiarem miski, od A dla maleńkich piersi do D czyli bardzo dużych, w skrajnych wypadkach nawet wyżej. Shape poszedł tym tropem, chociaż wydaje się magazynem nowoczesnym. Pisanie głupot, że kobieta o biuście w rozmiarze D jest hojnie obdarzona przez naturę, jest w dzisiejszych czasach strzałem w stopę.

źródło
Coraz więcej kobiet zdaje sobie sprawę, że sama literka nie znaczy NIC. Dopiero w komplecie z liczbą oznaczającą obwód pod biustem można powiedzieć coś o rozmiarze piersi.

Sama posłużę za przykład. Jak pisałam poprzednio, mam małe piersi, 70B to generalnie rozmiar który mieści się w kobiecej dłoni. Zanim jednak kompetentna brafitterka uświadomiła mnie, że to 70B a nie co innego, korzystałam z kalkulatora internetowego, który raz za razem wypluwał mi rozmiar 65D (tutaj; wpisując obecne wymiary faktycznie uzyskuję 70B, ale już w innym kalkulatorze ciągle jest 65D). Gdy prosiłam o ten rozmiar w sklepach, każdy stanik okazywał się nie pasować, w zależności od modelu albo był ciut za duży, albo przeciwnie, piersi wylewały się z miseczki. Nie zmienia to faktu, że to 65D było bardzo blisko mojego faktycznego rozmiaru; żaden z biustonoszy nie był takim, w którym bym „tonęła”.

Swoją drogą chyba naskrobię post o biustonoszach dostępnych w sklepach bieliźnianych i sieciówkach, o obsłudze w tychże i o tym, dlaczego warto wybrać się do dobrej brafitterki i wydać więcej na stanik.

65D jest więc bliskie 70B, różni jest dosłownie 2cm w obwodzie pod biustem, podczas gdy obwód biustu pozostaje ten sam!

Kobieta o większych obwodach „pod i w”, ale z podobną różnicą między nimi, będzie miała tę samą miskę, ale obwód się zmieni. Naturalne, że mimo wszystko biust o obwodzie 102cm będzie wyglądał inaczej ten z obwodem 84-centymetrowym.

Posłużę się zresztą dość popularnym zdjęciem ze strony Stanikomania.blox.pl,  którą zresztą polecam:


Oba staniki mają miski DD, ale ten u góry to 90DD, a ten na dole – 65DD. Różnica jest znaczna, a według starej „szkoły” DD powinny być już rozmiaru arbuzów, choćby nie wiadomo co!


Świadomość Polek w kwestii doboru właściwego rozmiaru biustonosza uległa znacznej poprawie, dziewczyny (zresztą nie tylko) już wiedzą, że liczy się obwód, miska D ma różne oblicza, a G to żadne monstrum. Nie dadzą sobie wcisnąć kitu, że jest inaczej. Niestety prasa cały czas pozostaje w tyle. Profesjonalne rady znajdujemy w Internecie, a magazyny pokroju Shape nadal rozprzestrzeniają nieaktualne i nieprawdziwe informacje. Czy w redakcjach zatrudniane są osoby niekompetentne i całkowicie oderwane od rzeczywistości? 

niedziela, 14 lipca 2013

Nauka samoakceptacji? Byle nie z Shape! Rzecz o piersiach

Shape ma wiele wad, ale mimo to uważam go za magazyn kreujący w miarę pozytywny i wartościowy wizerunek kobiety. Redakcja promuje zdrowy i aktywny tryb życia nie po to, aby kobiety były kąskiem dla mężczyzn, ale dla ich własnego [kobiet] dobrego samopoczucia. Shape niejednokrotnie pokazywał, jak ważna jest dla kobiet samoakceptacja i świadomość własnej wartości; namawiał do zmian nie dlatego, że bez nich kobieta jest brzydka czy gorsza, ale dlatego, że staje się zdrowsza i szczęśliwsza i dzięki aktywności fizycznej robić coś dobrego - pożytecznego i interesującego - dla siebie. 

Tym większym zaskoczeniem był dla mnie tekst o wyborze biustonosza sportowego, a konkretnie jedno zdanie:



Posiadaczki małego biustu mogą to odebrać w ten sposób: ich piersi mogłyby być lepsze, one same są mniej warte niż koleżanki z większymi piersiami, czegoś im brakuje. Shape jest czytany także (a może nawet głównie) przez nastolatki, którym taki niepozorny tekst może wyrządzić krzywdę. Czasopismo niechcący (a może chcący?) kieruje dziewczyny na drogę, na której wartość wyznacza męska słabość do większego biustu. Nie chodzi przecież w tym przypadku o wygodę podczas ćwiczeń, bo duże biusty wtedy wręcz przeszkadzają, a wybór odpowiedniego biustonosza sportowego jest wyzwaniem i sporym wydatkiem. Wtrącenie o szczęściu pasuje w tym kontekście jak kwiatek do kożucha. 

Ja sama mam małe piersi - 70B. Uwielbiam je i nie zamieniłabym ich na żadne inne, ale uważam, że KAŻDY BIUST JEST PIĘKNY. Nie akceptuję ich "mimo wszystko" - kocham je, są fantastyczne!

źródło
I każdy inny biust, mniejszy czy większy, trójkątny czy okrągły, z dużymi czy małymi brodawkami, od rozmiaru 80AA do 65ZZ jest piękny i każdy jest wart tego, aby o niego dbać: kochać, badać, ujędrniać, pieścić. Może mały biust gorzej wygląda w dekolcie, a duży przeszkadza, gdy się biega i skacze - ale to wciąż biust, wspaniała część kobiecego ciała :) 

Gusta są różne, niektórzy wolą małe piersi, inni większe, jedni nie mogą patrzeć na małe, drudzy nie cierpią zbyt dużych. To normalne i nie chcę nikogo zmuszać do zmiany preferencji - sama mam swoje. Trzeba tylko pamiętać, że nie ma jednej recepty na biust idealny czy rozmiar od którego biust zaczyna być biustem "prawdziwym".

Często słyszy się, że nawet mały biust jest ładny, jeśli mieści się w dłoni - a to zdanie mężczyzn dla których ciało kobiety jest ważniejsze niż umysł, nawet jeśli tym "światłym" poglądem chcą udowodnić, że jest inaczej. Bo co z piersiami, które nie spełniają tego warunku? Co z tymi maleńkimi i tymi, których nie da się objąć nawet dwoma dłońmi? Szczęście kobiety znowu znajduje się w rękach - dosłownie! - mężczyzny. 

Chciałabym, aby zniknął mit mówiący, że kobiecość to konkretna budowa ciała, w tym duże piersi. Czy ktoś odmówi kobiecości dziewczynie pod podwójnej mastektomii? Raczej nie. Ale już dziewczyna naturalnie pozbawiona biustu często spotyka się z negatywną oceną środowiska. 

Nie ma biustów gorszych czy lepszych, na pewno nie, jeśli chodzi o rozmiar - mogą być najwyżej takie mniej lub bardziej zadbane. Posiadanie dużego biustu - czy małego biustu - nie czyni nikogo szczęściarzem.  Ale jeśli czujesz, że masz szczęście, posiadając taki a nie inny rozmiar, to też nic złego. Ja nie chciałabym mieć większych piersi, nie czułabym się z nimi dobrze. Inne kobiety kochają swoje duże piersi i pewnie niektóre nawet mi współczują ;)

Niezależnie od rozmiaru, ważne, aby biust był zdrowy.

środa, 10 lipca 2013

Poleciałam na gołą klatę, czyli Total Fitness

Ostatni raz ćwiczyłam z Ewą Chodakowską dobre pół roku temu. Nie brakowało mi jej treningów i odpuściłam nawet Total Fitness w jej wykonaniu; przestałam sobie wyobrażać trening bez obciążenia, a jak wiadomo Ewa żywi niechęć do hantli. Ostatnio w oko wpadł mi Shape z kolejną płytą sygnowaną jej nazwiskiem - tym razem trening prowadzi Tomek Choiński, jak mówi opis, pierwszy ambasador Total Fitness. 


Trochę przesadzam z tą gołą klatą, bo jakbym chciała pooglądać mężczyzn bez koszulek, szybciej i taniej byłoby mi włączyć przeglądarkę, ale rzeczywiście zaintrygowało mnie to, że trening prowadzi mężczyzna. Po kilku dniach rozważania za i przeciw zaryzykowałam i kupiłam płytę. 


Ćwiczenia trwają ok. 40 minut i składają się z pięciu części po trzy ćwiczenia powtarzane trzykrotnie, plus oczywiście rozgrzewki i rozciągania. Pomiędzy każdym ćwiczeniem mamy 10 sekund przerwy, pomiędzy każdą serią 20, a pomiędzy każdą częścią - jedną minutę.

Pierwsze trzy "rundy" są lekkie, na tyle, że ta minuta między ćwiczeniami wydaje się dla mnie marnotrawstwem czasu; poświęcam część tej przerwy na trzaskanie pompek czy choćby pajacyki. Kolejne dwie to już trochę wyższy poziom, zwłaszcza ostatnia wymaga samozaparcia, bo tempo jest wysokie, a pot zaczyna spływać po twarzy. Każda przerwa między ćwiczeniami jest już mile widziana.

Total Fitness to trening interwałowy, a to skaczemy, a to biegamy, a to kładziemy się na matę i robimy brzuszki. Preferuję ćwiczenia które modelują brzuch "przy okazji" i mimo że czuję pracę mięśni, będę kręcić nosem. Nie, że brzuszki są złe, ale ja znam bardziej satysfakcjonujący mnie sposób, czyli praca w obciążeniem :) 

Brzuch pracuje przez cały czas. Mięśnie dają popalić w elementach przeznaczonych stricte na te partie, ale pozostają napięte przez cały trening. 

Ćwiczenia na pośladki i uda średnio mnie przekonywały podczas samego treningu. Mimo prawidłowego wykonywania ćwiczeń, czułam ból głównie nad kolanami - i to było dość niepokojące - z kolei pośladków nie czułam prawie w ogóle. Dopiero następnego dnia dopadły mnie dawno nie widziane w tamtych partiach zakwasy. Czyli, faktycznie, to działa!




Sam Tomek jako prowadzący nie do końca mi odpowiada. Przyzwyczaiłam się do wrzeszczącej Jillian i spokojne hasła typu "jestem pewny, że znakomicie ci idzie" po prostu mnie nie przekonują. Podobnie z reklamowaniem Total Fitness jako doskonałego treningu niby mimochodem (program może być wprowadzany do klubów, nie został stworzony jedynie dla potrzeb domowych). 

Co ważniejsze jednak, dostajemy instrukcje, jak wykonać ćwiczenia, Tomek cały czas uczula, gdzie mają być kolana, jak ułożona ma być broda, jak łokcie itd. Pojawiają się również modyfikacje ćwiczeń, nie tylko dla początkujących, ale również dla zaawansowanych.

Zmroził mnie jednak komentarz, że jeśli coś boli, zwłaszcza mięśnie, to dobrze. Podczas treningu powinny boleć tylko mięśnie, jeśli zaczyna boleć co innego, to ćwiczenie przy którym pojawia się ból lepiej sobie odpuścić... Figura figurą, ale kontuzje to nie zabawa. 

Nie wybrałabym Total Fitness jako jedynego programu do modelowania ciała, ale jako dodatek do poważniejszych treningów całkiem mi się podoba. Nie stanowi dla mnie żadnego wyzwania, ale sądzę, że można wykonać go od czasu do czasu w ramach odpoczynku. 

Myślę, że osoby ćwiczące z Ewą będą zadowolone, a początkujący - wykończeni. Nie jestem jednak pewna, czy obietnica "szczupłej sylwetki" będzie spełniona. Jeśli to pierwszy trening i wcześniej całymi dniami siedziało się na kanapie, to kilogramy niewątpliwie polecą. W innym przypadku może być gorzej, bo Total Fitness nie jest szczególnie intensywny. Jeśli już zostajemy przy Ewie, to do zrzucania balastu poleciłabym Killera.

Swoją drogą - czemu Ewa na okładce stoi na palcach?


piątek, 7 grudnia 2012

Poszłam pod skalpel ;)


Oczywiście ten Ewy Chodakowskiej! Dlaczego dopiero teraz?


Kiedy usłyszałam o nim po raz pierwszy, w kwietniu, gdy jeszcze był dostępny w każdym kiosku z Shape, nie byłam pewna z czym to się je, czy mi się spodoba i czy jest mi potrzebne. W efekcie zanim podjęłam decyzję, na dobre zniknął ze sklepów. Na szczęście niedługo potem, w lipcu, dorwałam się do Killera. Efekty i przyjemność, jakie mi dał, sprawiły, że zechciałam spróbować i Skalpela. Pierwszym krokiem było przeszukanie Allegro, ale jak pewnie większość wielbicielek shape’owych treningów Ewy wie, te płyty chodzą tam po 30-40zł. Dla mnie to była za duża kwota, tym bardziej, że przecież normalnie płaciło się niecałe 13zł.

Potem dowiedziałam się, że archiwalne numery można zamawiać bezpośrednio z drukarni, pisząc na adres  prenumerata@quadwinkowski.pl (można było również zadzwonić, ja jednak zdecydowanie wolę tę formę komunikacji). Mimo iż nakład kwietniowego Shape się wyczerpał, zainteresowanie było tak duże, iż nadal robiono dodruk. W końcu 15 sierpnia złożyłam zamówienie, wiedząc, że przyjdzie mi na nie poczekać.

Spodziewałam się dwutygodniowego, góra miesięcznego opóźnienia. Kolejka okazała się jednak tak długa, że płytę otrzymałam… 24 listopada. Tak, ponad cztery miesiące później! A ja już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek swój Skalpel dostanę ;)

Trzeba oddać drukarni to, że prawdopodobnie za „obsuwę” (chyba nie z ich winy, wierzę, że robili co mogli), zamiast 19zł za czasopismo i przesyłkę, zapłaciłam jedynie 7,90.

Nie wiem, jak jest w tej chwili – czy zamówienia są nadal przyjmowane i/lub czy dodruk nadal trwa. Wydaje mi się, że minęło już tyle czasu, iż wydawnictwo mogło zamknąć sprawę.

A teraz najważniejsze – wrażenia z treningu!


Napis na okładce głosi, że ćwiczenia przeznaczone są dla każdego, także dla początkujących. Nie oznacza to jednak beztroskiego machania nóżką w tył i w przód. To, że nie trzeba mieć super kondycji, by wykonać trening, nie oznacza, że nie wymaga on wysiłku. Wręcz przeciwnie, prawidłowe wykonanie ćwiczeń wymaga skupienia, napięcia mięśni, samozaparcia i pewnej siły. Podczas Skalpela mięśnie naprawdę dają o sobie znać. W zależności od ćwiczenia możemy doskonale poczuć najmniejszy mięsień w nodze, ramionach czy brzuchu (albo wszystkim naraz). Całe ciało intensywnie pracuje! W pewnych momentach praktycznie czuję, jak podnoszą mi się pośladki :D

Co dla mnie ważne, Skalpel zawiera niewiele elementów kardio. Jak wspominałam w poście nt. treningu z celebrytkami, moje chucherstwo nie pozwala mi na szalone zabawy w gubienie kalorii. Poza tym czułabym się niezręcznie, tupiąc ze wszystkich sił w sufit sąsiadów pode mną.

Co do samej Ewy nie mam zastrzeżeń. Ćwiczenia nie są trudne i większość opiera się na podobnym modelu ułożenia sylwetki, więc dwie wypowiedziane przez nią rady – kolano na wysokości stopy i odcinek lędźwiowy ‘’przyklejony’’ do podłogi – w zupełności wystarczają.

Trening mija szybko (choć na pewno nie bezboleśnie ;)). Sprawia mi dużą przyjemność, chociaż po wielu bardziej wymagających sesjach czuję, że stać mnie na więcej. Ponieważ jednak obecnie na co dzień ćwiczę z Jillian Michaels i chodzę na basen, nie jest to problemem. Skalpel na pewno wykonam jeszcze niejednokrotnie :)


Jak sugeruje opis, do ćwiczeń można dodać ciężarki. Od dawna planuję ich zakup i mam nadzieję, że w końcu uda mi się je zdobyć. Mimo to przyznam, że na razie raczej nie byłabym w stanie wykonać większości ćwiczeń (zwłaszcza na ręce) z dodanymi obciążnikami. Ciężar mojego ciała w zupełności wystarcza. Nigdy nie zaszkodzi jednak spróbować, w końcu chodzi o to, by się rozwijać :)

niedziela, 2 grudnia 2012

Trening z gwiazdami, czyli miks ćwiczeń Ewy Chodakowskiej

Zdjęcie robione pędzlem do pudru. A serio - komórką. Płyta została w domu, gdzie tylko ta opcja była dostępna, i czeka, aż zsześciopakuję się z Jillian.


Na tę płytę Ewy Chodakowskiej czekałam z niecierpliwością (tak jak na Turbo – Killer wpadł mi w ręce nieoczekiwanie, a ze Skalpelem przygoda była duuużo dłuższa; wyjaśnię niedługo). 30 listopada tuż przed wyjazdem do domu pobiegłam do salonu prasowego i bez zastanowienia wyszłam, dzierżąc już w ręku swój egzemplarz :)

Po ukazaniu się zwiastuna treningu na profilu Ewki na Facebooku zawrzało. Wielu osobom nie podobała się idea zaproszenia innych osób do ćwiczeń. Dla części było to złamanie magicznego kontaktu jedna-na-jedną, dla innych obraźliwa była obecność celebrytek zamiast zwyczajnych dziewczyn.


Jeśli chodzi o pierwszy powód, to trochę mnie dziwiło – Jillian Michaels ćwiczy z dwoma dziewczynami, a jakoś nikt nie narzeka, że poświęca swoim podopiecznym przed ekranem za mało czasu. Cóż, co kto lubi.

Drugi powód mogłam skomentować machnięciem ręki. Business is business, jak mówią. Mimo że nie przepadam za kobietami, jakie wzięły udział w ćwiczeniach – na nazwisko jednej nóż w kieszeni mi się otwiera – to uznałam to za ciekawą odmianę. Liczyłam, że Ewa będzie pokazywać na delikwentkach, jak powinno się robić ćwiczenia i jakie błędy najczęściej się popełnia. Poza tym widząc niedoskonałość dziewczyn samemu można się w jakimś stopniu podbudować.

Do rzeczy jednak.

Trening podzielony jest na trzy części, każdą przeznaczoną do innych celów: z Aleksandrą Szwed ćwiczymy równowagę i modelujemy uda, z Beatą Sadowską spalamy kalorie, a z Karoliną Malinowską pracujemy nad mięśniami brzucha. Panuje dowolność w wyborze i bardzo mi się to podoba.

Ewa wielokrotnie mówi, że ćwiczenia pokazywane na ekranie wyglądają na łatwe, ale takie nie są. I jest to prawda. Chociaż nie skacze się tak wariacko jak w killerze czy turbo, mięśnie dają o sobie znać, a pot spływa po czole. Chociaż jest stosunkowo statycznie, wiem, że to działa! Oczywiście, o ile dobrze przyłożyć się do wykonywanej pracy.

Same ćwiczenia bardzo mi odpowiadają. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to ich powtarzalność. Jeśli trening trwa 15 minut, to chciałabym robić w tym czasie wiele różnych figur. Zamiast dwóch serii po trzy powtórzenia – trzy serie po dwa. Ale że się nie znam i nie wiem, jak takie rozwiązanie by się sprawdziło, robię co mi każą :)

Ćwiczenia skupiają się na aspektach przeze mnie preferowanych – modelowanie ud i brzucha to priorytet. Są ciekawe i wymagające – chociaż trudnością nie dorównują turbo, to na pewno – a obecność celebrytek nie przeszkadza. Przyznam wręcz, że ten nóż, o którym pisałam wyżej, zdążył się nieco stępić. Trening mija w mgnieniu oka.

Kardio zrobiłam pobieżnie, wykonałam tylko część ćwiczeń, bo przy moim BMI umarlaka jeszcze tego brakuje żebym traciła dodatkowe kalorie. Przy pozostałych dałam z siebie wszystko. Jestem zadowolona i na pewno nie raz wrócę do tych ćwiczeń. Uda bolały, musiałam spinać wszystkie mięśnie, by utrzymać równowagę, a przy ostatnim treningu mięśnie brzucha płonęły żywym ogniem. To lubię :)

Czy coś mi przeszkadza? Tak. Po wielu sesjach z Jillian jestem wyczulona na punkcie zwracania uwagi na prawidłowe wykonywanie ćwiczenia, czego Ewa nie robi albo robi w małym stopniu. Często nawet nie tłumaczy w jaki sposób ułożyć sylwetkę i mówi lakonicznie: robię co mówi i dopiero w połowie ćwiczenia zerkam dokładnie na ekran i orientuję się, że robię coś nie tak.

Wiele dziewczyn narzekało na zagadnienia techniczne tej płyty. Że wygląda jakby producenci wiedząc, że „nazwiska” zrobią nakład, nie zadbali o oprawę graficzną, odpowiednie oświetlenie itp. Ja tylko spytam – kto ubrał Beatę Sadowską do szok treningu w bluzę?!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Haul i nowy trening


Dziś post podwójny - o ostatnich kosmetycznych zakupach i nowym SHAPE z treningiem Ewy Chodakowskiej.



1. Under Twenty, Anti!Acne intense, aktywny tonik głęboko oczyszczający - ten tonik, jak zresztą cała seria A!A był u mnie obecny długi czas. Ostatnio zdenkowałam inny, z którego zrezygnowała moja mama i o którym opinia też się pojawi - i postanowiłam wrócić do tego i sprawdzić, jak po przerwie zareaguje na niego moja cera.

2. Maść cynkowa - ponoć najlepsza na niemiłe niespodzianki, jakie może sprawiać skóra.

3. Eveline, Slim Extreme 3D, seru modelujące pośladki Push-Up - ćwiczeniom zawsze przyda się wspomaganie, a produkty z serii SE3D nigdy mnie nie zawiodły; chociaż podchodzę do tego kosmetyku po raz pierwszy, wierzę, że da efekty :)

4. Ziaja, maska oczyszczająca z glinką szarą - stały bywalec łazienkowej półki.

5. Carmex, klasyczny w słoiczku. Wykończony niedawno Carmex w tubce wydał mi się zbyt mały i teraz przerzuciłam się na ten. Dopiero w domu zorientowałam się, że składy obu produktów różnią się od siebie (w słoiczku nie znajdziemy m.in. filtra UV), ale działa tak samo dobrze.

6. Miss Sporty, Flower Power, cień do powiek, 127 Sand Francisco. Ten cień chodził za mną od bardzo dawna i w końcu wrzuciłam go do koszyka. Pigmentacja jest średnia, ale mam nadzieję, że z bazą będzie spisywała się lepiej. Ładny kolor (jaśniejszy niż na zdjęciu - trudno go uchwycić, to jasny beż) i wykończenie (delikatne rozświetlające drobinki) są tego warte.

7. Celia, Nawilżająca pomadka-błyszczyk, numer 509 - moja druga w kolekcji. Pomadki Celii należą zdecydowanie do moich ulubionych, chociaż mają jedną wadę - stosunkowo szybko znikają z ust. Ale za cenę niecałych 10 złotych można im to wybaczyć.


8. Nivea, Q10 PLUS, ujędrniające serum antycellulitowe - po recenzji Mary zdecydowałam się trzymać rękę na pulsie i jak najszybciej zainwestować w jeden z produktów z antycellulitowej serii. Miałam szczęście - w Naturze akurat trwa promocja i cała seria Q10 jest 50% tańsza. Mimo iż cellulit nie dokucza mi za bardzo, przy dobrym "uszczypaniu" go widać - więc drobna pomoc kosmetyczna na pewno się przyda.


A teraz przejdźmy to drugiej części posta:


Tak - mam! Mam i


UWIELBIAM UWIELBIAM UWIELBIAM! :)

Nigdy nie czułam się tak cudownie po ćwiczeniach.

Sam trening jest ciekawszy niż Killer i bardziej dynamiczny. Męczący chyba podobnie, choć w zupełnie inny sposób - kto zrobi oba, pewnie domyśli się, w czym rzecz. W każdym razie minuty lecą w mgnieniu oka, nie ma się nawet czasu, żeby spojrzeć na zegar na odtwarzaczu DVD.

Ewa przechodzi samą siebie! Obserwując ją mam podwójną motywację - nie dość, że potrafi powiedzieć sporo miłych rzeczy, to widzę, że i ją ćwiczenia męczą i nie jestem aż takim słabeuszem, za jakiego cały czas się uważam ;) a przyznam, że widząc na okładce napis "trening dla zaawansowanych" i oddychając już ciężej po pierwszej rundzie, myślałam, że nie dam rady. Ale udało się - chociaż momentami z tempem mniejszym niż to Ewy.

Po treningu czułam się jak nowo narodzona. Zmęczona, owszem, ale szczęśliwa :) Następna sesja w sobotę/niedzielę.

Pozdrawiam,


piątek, 17 sierpnia 2012

Skillowana, czyli podsumowanie ćwiczeń


Postanowiłam na razie nie dodawać żadnych swoich zdjęć - czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy nad sylwetką, więc póki co nie będę straszyć sobą blogosfery :)

Uprzedzam - żaden ze mnie ekspert fitnessu, mogę popełniać błędy i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Poniższy tekst nie jest w żadnym wypadku wyrocznią, jak należy ćwiczyć.

WSTĘP:

Ćwiczenia zaczęłam 6 lipca jako chude dziecię ważące 52,5 kg przy wzroście 171cm. Moja sylwetka nie miała kształtu - zaokrąglenia pojawiały się nie tam, gdzie trzeba, tj. biustu było niewiele (taka moja uroda, waga nie ma nic do tego), kapryśny brzuch i zero tyłka.
Brzuch był flakiem, nie miałam żadnych mięśni, wystarczył liść sałaty i już widać było po lekkim zaokrągleniu, że coś jadłam. To był mój największy problem i jeszcze zanim dorwałam killera, wiedziałam, że będę pracować nad nim w ciągu wakacji.
Nieco mniejszym problemem były nogi - szczupłe, ale mało ujędrnione, z dość grubymi jak na ich ogólny wygląd udami.

CZĘSTOTLIWOŚĆ:

Na początku zdarzało mi się ćwiczyć nawet 4 razy w tygodniu, potem przeszłam do 3 razy z innymi, lżejszymi ćwiczeniami w pozostałe dni. Mimo że przed rozpoczęciem ćwiczeń moja aktywność fizyczna ograniczała się do cotygodniowych zajęć wf-u i codziennego cztero- bądź ośmiokilometrowego spaceru na uczelnię i z powrotem, dałam radę już za pierwszym razem zrobić cały program, tyle że oczywiście część ćwiczeń wykonywałam w wersji łatwiejszej.

Szczerze powiem, że wersja łatwiejsza ćwiczeń towarzyszy mi do dzisiaj, w pozycji pompki zwykle przechodzę tam, gdzie trzeba skoczyć lub biegać, choć zdarza mi się wykonać i ten cięższy wariant. Nic na siłę - to sobie powtarzam. Nawet jeśli zamiast czterech tygodni do wymarzonej sylwetki będę potrzebowała ośmiu, to jestem na to gotowa.

DIETA:

Jadłam to, co lubię - twaróg, owoce, płatki zbożowe z mlekiem, jajka, nie gardziłam pieczywem (raczej ciemnym), na obiad różnie, bo tu nie miałam władzy nad tym, co będzie podane: zwykle albo zupa, albo mięso. Do picia zielona herbata lub mięta. Ze słodyczy tylko lody, od reszty się odzwyczaiłam i nawet nie zauważyłam ich braku. Od czasu do czasu zdarzały mi się grzeszki: ciasto, popcorn, kebab ;)
Nie liczyłam kalorii, najważniejsze było to, aby nie być głodnym, więc siłą rzeczy czasami zjadałam za dużo, czasem za mało. Zarzuciłam zasadę niejedzenia po 18. - wstając ok. 10 rano, po prostu niemożliwym jest mieć ostatni posiłek po ośmiu godzinach od śniadania. Zdarzało mi się jeść o 20, momentami nawet przed 21.
Jeśli chodzi o posiłki "treningowe", bywało różnie - przez pierwsze dni ćwiczyłam wieczorem, potem rano po śniadaniu, w końcu trafiłam na informację, jakoby najzdrowiej jest ćwiczyć rano przed jakimkolwiek posiłkiem. Kiedy więc wstawałam rano i nie czułam, że za chwilę będę głodna, zaczynałam ćwiczyć, w innych wypadkach przygotowywałam sobie twarożek z jogurtem naturalnym i po nim odczekiwałam godzinę na trening. Co z tego wynikło, napiszę niżej.
Aby podtrzymać szybkość metabolizmu podbitego przez ćwiczenia, miałam w pamięci treść tej tabelki:


EFEKTY

Wygląd brzucha poprawił się po pierwszym tygodniu, mięśnie zaczęły rysować się po drugim. Jeśli chodzi o wymiary - nie mierzyłam obwodu ud czy bioder: o tym pierwszym nie pomyślałam, wielkość tych drugich jest mi obojętna, ważne, aby były ładne :)

Dobra, teraz liczby, co by nie przedłużać:

waga: - 2,5 kg

Dość ciekawym doświadczeniem jest, gdy po wieczorze objadania się rogalikami i bułeczkami z dżemem produkcji firmy ja&mama, po treningu następnego dnia rano z ciekawości wchodzisz na wagę i widzisz liczbę 49,8. Drugim, raczej niemiłym, doświadczeniem jest, gdy uświadamiasz sobie, że tłuszcz, który zniknął, nie zniknął wcale z brzucha, ale z biustu. I mimo że obwód biustu pozostaje ten sam, to piersi jakoś mizerniej wyglądają.

Z 52,5 kg do 50kg (około, moja waga trochę się waha) zeszłam bardzo szybko, bo po około trzech tygodniach, i potem nie chudłam już więcej - dlatego dzisiejszy wynik bardzo mnie zaskoczył i przyznam, że zmartwił. Przyrost masy mięśniowej widzę - na nogach i na brzuchu; nie jest to dużo i zdaję sobie sprawę, że ta masa nie zrekompensowałaby zmniejszającej się tkanki tłuszczowej, ale nie spodziewałam się takiego wyniku.

Oczywiście, nie ma co się dziwić - sam tytuł płyty sugeruje, że tu chodzi o "spalanie", dopiero potem o "modelowanie". Jeśli zdarzy mi się przytyć, to wiem, że będę miała na półce znakomite antidotum.

talia: -1,5cm

Liczyłam na więcej, ale niestety z mojej budowy ciała nie da się więcej wycisnąć. 66cm to minimum, jakie mogę mieć.

Brzuch wygląda dużo lepiej i jestem naprawdę zadowolona z efektów, chociaż wiem, że nie mogę przestać nad nim pracować - do ideału brakuje mi sporo, nawet, jeśli nie pragnę mieć takich mięśni jak Ewa. Na pewno muszę skupić się bardziej na dolnej części brzucha, której tłuszczyk jest bardzo do mnie przywiązany i nie chce zniknąć mimo mojego wysiłku.

Pupa - marzenie! W końcu mam pośladki, a nie dwa płaskie płaty mięsa ;) Mimo spadku wagi, co wcześniej kończyło się bólem przy dłuższym siedzeniu, teraz nie mam tego problemu. Tej części ciała nie mam już nic do zarzucenia, wygląda pięknie.

Jedyne, co nie do końca wyszło, to uda - te będę musiała ćwiczyć inaczej, bo ich wygląd niedużo się zmienił, wewnętrzna strona nadal wygląda, jak kiedyś. Cóż, Ewa nie obiecywała szczupłych nóg :)

CO TERAZ?

Obecnie szukam ćwiczeń, które uruchomią mięśnie moich ud i takich na dolną część brzucha. Pewnie zdarzy mi się włączyć jeszcze płytę kupioną w Naturze, o której pisałam tutaj, ale na niej nie poprzestanę.

Ograniczę częstotliwość Killera do dwóch razy w tygodniu.

MUSZĘ zacząć więcej jeść, bo przy takiej wadze moje piersi długo nie pociągną, a mięśnie muszą się na czymś budować :) zacznę wrzucać w siebie więcej mięsa i warzyw.

Planuję dorwać Skalpel; słyszałam także, że we wrześniowym Shape ma ukazać się kolejna płyta, więc zacznę się za nim rozglądać.

Pozdrawiam :)