Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwień. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lutego 2015

Królowa czerwieni - Golden Rose Velvet Matte Lipstick nr 25

Chciałabym dzisiaj pokazać Wam pomadkę, która od dłuższego czasu pozostaje najczęściej przeze mnie używaną i jedną z ulubionych - jeśli nie ulubioną. 

Zwykle po zakupie szminki przez kilka tygodni mam na nią "fazę" i sięgam po nią prawie codziennie, jednak w końcu trafia między inne i zaczynam używać jej jedynie od czasu do czasu. Velvet Matte z Golden Rose w kolorze 25, bo to o niej mowa, jest wyjątkiem - mimo iż od jej zakupu minęło kilka miesięcy, nadal zajmuje pierwsze miejsce wśród dziesiątek towarzyszek. Jeśli jesteście ciekawe, czym mnie ujęła, zapraszam do dalszej części posta.

Golden Rose, Velvet Matte Lipstick

Gdzie? Goldenrose.pl, stoiska firmowe, sieć Drogerie Polskie | Za ile? 10,90 zł / 4,2 g

OPAKOWANIE

Proste, niezbyt ładne, ale solidne. Za tak niską cenę nie wymagam luksusów, ważne, aby opakowanie nie było tandetne i nie rozpadało się w dłoniach. Golden Rose te wymagania spełnia. Plastik wygląda na wytrzymały, skuwka nasadzona jest odpowiednio mocno, chociaż nie robi "kliku" przy zamykaniu, to i tak o otwieranie się pomadki w torebce nie ma się co martwić.


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Zapach jakiś tam jest, ale na tyle subtelny, że nie ma powodu, by zawracać sobie nim głowę.

Pomadka jest twarda i sucha, ale rozprowadza się bez problemu, już jedno pociągnięcie daje dobre krycie. Nie topi się pod wpływem wyższych temperatur.


KOLOR

Tu nie ma żadnej filozofii. 25 to klasyczna czerwień z niebieskimi podtonami. Wykończenie, zgodnie z nazwą, matowe.

Pigmentacja zachwyca - jedna warstwa daje pełne krycie.


DZIAŁANIE

Velvet Matte to przede wszystkim rewelacyjna trwałość. Pomadka nie zniknie "zjedzona" podczas rozmów, zimne przekąski i napoje również praktycznie jej nie zaszkodzą. Po gorącym obiedzie może być naruszona w wewnętrznej części ust, ale będzie to na tyle delikatne, że nikt nie zgorszy się widząc nas biegnące do łazienki, aby dokonać poprawek. W poście podsumowującym 2014 rok jest moje zdjęcie, zrobione kiedy miałam na sobie właśnie tę szminkę i byłam po dwóch typowo sylwestrowych daniach. Ubytek jest widoczny, ale całość nadal wygląda znośnie. Jeden warunek - pomadkę trzeba nałożyć na suche usta. Choćby odrobina nawilżającego balsamu skróci trwałość produktu.

Pomadka dobrze trzyma się ust, nie migruje poza ich obręb. Dzięki suchej formule unikamy przyklejania się do niej włosów. Velvet Matte lubi brudzić skórę czy brzegi szklanek z ciepłymi napojami, ale już zimne drinki można popijać bez obawy o mało eleganckie ślady.

Jedyną wadą Velvet Matte jest to, że jak chyba wszystkie pomadki o takim wykończeniu - wysusza usta. Przez pierwsze kilka godzin jest dobrze, potem wargi zaczynają pierzchnąć i dopominać się solidnej porcji balsamu nawilżającego.


PODSUMOWANIE

Jeśli szukacie pomadki która przetrwa całonocną imprezę, będzie miała znakomite krycie i nie przeszkadza Wam wysuszanie, Velvet Matte okaże się prawdopodobnie znakomitym wyborem. Nie wykluczam, że sięgnę po inne warianty kolorystyczne, a 25 kupię ponownie, na zapas - chociaż ten jeszcze długo nie będzie potrzebny, bo sztyft jest bardzo wydajny.

środa, 6 listopada 2013

Czysta krew z lip tintem Bell

Co? Bell Permanent Make-up Lip Tint, odcień 1. 
Gdzie? Natura, Hebe
Za ile? Ok. 11zł/5,5g

OPAKOWANIE

Lip tint zamknięty jest w estetycznym i solidnym opakowaniu. Aplikator to bajka – nabiera odpowiednią ilość produktu, jest wygodny i precyzyjny.


ZAPACH, KOLOR, KONSYSTENCJA

Zapach jest delikatny, malinowy, nie utrzymuje się na ustach i nie powinien przeszkadzać w aplikacji.

Konsystencja typowa dla tego typu kosmetyków, czyli lekka i dość wodnista. Warto więc maksymalnie skupić się podczas nakładania i poświęcić tintowi trochę czasu, aby uniknąć nieregularności i wykraczania poza linię warg.

Wybrany przeze mnie kolor to 1. Można go stopniować – od lekkiego podkreślenia koloru ust za pomocą jednej warstwy, aż do całkowitego pokrycia soczystą, krwistą czerwienią, jeśli nałożymy dwie. I jest to czysta czerwień, pozbawiona różowych, pomarańczowych czy niebieskich tonów.

Ciężko oddać jego kolor na zdjęciach, więc musicie uwierzyć na słowo ;)



DZIAŁANIE

Produkt szybko zastyga, ale mamy wystarczająco dużo czasu na równomiernie rozprowadzenie i ewentualne poprawki. Niestraszne mu dotykanie ust, rozmowa czy suche przekąski, nie zostawia śladów na naczyniach. Możemy być pewne, że raz nałożony zostanie na swoim miejscu i zachowa intensywność. Niestety – nie radzi sobie z ciepłym, bardziej płynnym pokarmem. Pod wpływem takiego jedzenia schodzi nierówno, zdarza mu się tworzyć nieestetyczne grudki. Szybki demakijaż jest wtedy praktycznie niezbędny.

Należy pamiętać, aby nakładać go na czyste usta. Jak każdy lip tint, dość mocno wysusza, ale jeśli chcemy tego uniknąć zawczasu, lepiej nałożyć balsam na produkt, niż pod. W przeciwnym wypadku tint nie zaschnie i od razu zbierze się przy krawędziach warg.

Zmywa się szybko i bezproblemowo, co ważne – po takim zabiegu nie pozostawia trwałych plam na ustach, jak choćby recenzowany już SuperStay 10h Tint Gloss od Maybelline.


Bywa kapryśny, wymaga czasu i uwagi, ale kolor i trwałość pozwalają mi wybaczyć jego wady i chętnie do niego wracam. Aktualnie jest najczęściej używaną czerwienią w moim zbiorze :)
O innych poczytacie tutaj.

Lubicie czerwień na ustach? A może wybierając ten tint zdecydowałybyście się na inny odcień?

sobota, 18 maja 2013

Cztery odcienie czerwieni

Ostatnio coraz częściej stawiam na mocne podkreślenie ust. Moim ulubionym kolorem jest czerwień - w zależności od nastroju i ubioru wybieram tę delikatną, bardziej krwistą czy różowawą. Moja kolekcja mazideł do ust nie jest duża, a czerwieni mam sztuk cztery (nie licząc pomadki ochronnej z Nivea i błyszczyka z Wibo), ale wszystko jeszcze przede mną ;) w końcu zbliżająca się akcja -40% na kolorówkę w Rossmannie to nie byle co. 


O błyszczyko-pomadkach z Celii już kiedyś pisałam. Są idealne na co dzień, dla osób nieprzekonanych do mocnego makijażu ust, bo efekt, jaki dają, jest delikatny. Rozprowadzają się wygodnie, gładko i równo. Wysuszają w minimalnym stopniu i jednolicie się ścierają. Trwałość nie jest powalająca i zanikają w większym stopniu podczas jedzenia czy picia, ale "nie zjadają się" same z siebie, np. podczas rozmowy.

Opakowanie jest kolejną pozytywną stroną produktu - jak na tak tani (8-10zł) produkt prezentuje się elegancko i co najważniejsze, jest trwałe. Na pewno nie otworzy się, jeśli wrzucimy pomadkę do torebki. 


Pomadka z klasycznej serii Hean w odcieniu nr 26 to typowa krwista czerwień, mocno napigmentowana, o satynowym wykończeniu. Jest twarda i sucha, rozprowadza się całkiem przyjemnie i nie wysusza ust.

Wady? Schodzi dość nierównomiernie podczas intensywnego mówienia, a jedzenie czy picie, gdy mamy ją na sobie, jest problematyczne - w pewnych miejscach znika bez śladu, w innych zostają plamy.

Opakowanie jest ładne, ale samo zamknięcie trochę niepewne, ustępuje zdecydowanie zbyt lekko. Kosztuje ok. 8zł.


Oddanie koloru pomadki Manhattan nr 45N z serii Perfect Creamy and Care na zdjęciu jest trudne. 45N ma różowo-niebieskie tony, jest też zdecydowanie ciemniejsza, niż sugeruje to swatch. Bliżej jej do koloru, jaki wskazuje sztyft.

Szminka jest miękka i trzeba przejechać po wargach kilka razy, by całkowicie je pokryć. Raz nałożona grzecznie siedzi na swoim miejscu i nie brudzi zębów. Bardziej lubi się z napojami niż suchym jedzeniem, przy tym drugim schodzi nierównomiernie.

Lubi podkreślić suche skórki i sama w sobie również dość mocno wysusza - najbardziej ze wszystkich opisanych tu produktów.

Mój egzemplarz zabezpieczony był folią, dzięki któremu wiedziałam, że przede mną nikt pomadki nie otwierał. Samo opakowanie jest dość solidne, może nie najpiękniejsze na świecie, ale ujdzie ;). Koszt - 13-15zł. 


Konturówka na całe usta? Czemu nie! Któregoś wieczora wpadłam na taki pomysł, bo Essence nr 10 - Femme Fatale nie do końca zgrywała się w kolorem pomadki Hean (z myślą o której ją kupiłam), a nie chciałam, by się marnowała. Ostateczny kolor jest ciut bardziej różowy niż Hean, ale to nadal mocna czerwień.

Nakłada się dobrze, szybko i wygodnie. Po jedzeniu trzeba niestety obejrzeć się dokładnie w lusterku, bo schodzi bardzo nierówno i zostaje w załamaniach. Silnie wgryza się w usta, nie migruje na twarzy ani nie brudzi zębów. 

Co było dla mnie sporym zaskoczeniem, konturówka w ogóle nie wysuszyła moich ust. Kosztuje śmiesznie mało, bo niecałe 5zł.



Lubicie nosić czerwień na ustach? Jeśli tak, jakie odcienie, jakie wykończenia? Chętnie poznam Waszych ulubieńców w tej kategorii, bo przyznam, że jeszcze nie mam dość :)