wtorek, 23 grudnia 2014

Staromodny eliksir Max Factor

Dziś zapraszam na recenzję kolejnej pomadki o wyrazistym kolorze - Max Factor Colour Elixir. Może może stanie się elementem Waszego zimowego makijażu?

Max Factor, pomadka Colour Elixir 

Gdzie? Rossmann, Jasmin, Hebe | Za ile? Ok. 40 zł / 4 g

OPAKOWANI

Estetyczna szata graficzna zwraca na siebie uwagę, tym bardziej, że niewiele pomadek otrzymuje złote opakowania. Colour Elixir to +20 do łatwości odnalezienia go w gąszczu innych mazideł ;). Nazwa firmy jest wygrawerowana, więc na pewno nie zacznie się ścierać, numer odcienia jest już wymalowany/przyklejony, ale póki co, po kilku miesiącach użytkowania, nie odpadła z niego ani drobina. 

Dodatkowy plus za rzecz niby oczywistą, a więc ukazany na dnie kolor szminki - w formie plastikowej kostki, z naniesionym wykończeniem (rzecz niespotykana w przypadku naklejek) i bliski temu faktycznemu. Do tego niuanse typu światłocienie układające się w X... Lubię takie szczegóły. 

Istotne jest to, że pomadka ma naprawdę porządne zamknięcie na klik, samoistnie na pewno nigdy się nie otworzy. Jakości wykonania nie ma czego zarzucić, to jedna z porządniej wykonanych szminek w mojej kolekcji.


ZAPACH, KONSYSTENCJA

Zapach nie jest najmocniejszą stroną kosmetyku, przywodzi na myśl pomadki z dawnych lat, gdy producentom nie chciało się kombinować z formułami (w gorszym przypadku: najtańsze egzemplarze wystane gdzieś na półkach sklepów typu "wszystko po 4 złote"). W kolorówce nie szukam jednak zapachowych fajerwerków, a woń nie jest szczególnie mocna, więc mało wyrafinowana kompozycja mnie nie zraża.

Konsystencja jest dokładnie taka, jaką lubią nasze usta - lekka, kremowa, pomadka sunie po wargach niczym bobsleje po świeżo oddanym do użytku torze saneczkowym. 


KOLOR

Recenzowany przeze mnie odcień to 853 Chili. Nazwa kojarzy mi się z intensywną, ciemną czerwienią bez jakichś niepotrzebnych domieszek, i taki zresztą kolor ujrzały moje oczy podczas męczenia rossmannowskiego testera. Światło dzienne ukazało prawdziwe oblicze tej pomadki, dość niespodziewane, ale nadal będące mi na rękę, bo taki kolor i tak prędzej czy później bym kupiła (a typowych czerwieni mam od groma).

Chili to mocna czerwień, owszem, ale ze sporą dawką różu, nawet fioletu. Ciężko oddać ten kolor na zdjęciach, zazwyczaj wychodzą o wiele za jasne.

Ciekawe jest wykończenie Colour Elixir, bo to była główna cecha, która zauroczyła mnie w tym egzemplarzu - subtelna perła. Bez drobinek, bez "bazarowego" efektu, po prostu klasyczne i estetyczne błyszczenie. W erze satyn i matów ta szminka jest godną różnicującą opcją.

Pigmentacja jest świetna, jedna warstwa wystarcza na dokładne i równe pokrycie warg kolorem, drugie pociągnięcie sztyftu pogłębia barwę do poziomu "najpierw wchodzą moje usta, potem ja". 


DZIAŁANIE

Colour Elixir reklamowana jest jako seria nawilżająca i odżywiająca usta. Balsamu na pewno nie zastąpi (zwłaszcza w przypadku zniszczonych warg), ale nosi się świetnie, bo właściwie nie wysusza i nawet po kilku godzinach nie mam potrzeby dodatkowego nawilżenia, gdyż sama robi to w niewielkim, ale jednak, stopniu. Można nałożyć ją na zupełnie suche usta i nie uświadczymy z ich strony żadnego protestu, ale uwaga - lepiej, aby uprzednio pozbyć się suchych skórek, bo na pewno je podkreśli.


W ciągu dnia pomadka nie migruje poza kontur ust i wygląda dobrze nawet jeśli poskąpimy jej pomocy w postaci konturówki. Charakteryzuje się również niezłą trwałością. Być może nie wytrzyma całego dnia, ale przez kilka godzin możemy nosić ją w praktycznie niezmienionym nasyceniu. Kiedy zaczyna już schodzić, robi to z klasą, czyli równo, bez grudek i wchodzenia w załamania. Oszczędza nam również głupiego efektu "kolor na zewnątrz, skóra wewnątrz", kontrast ten jest bowiem zauważalny dopiero kiedy ktoś przyjrzy się bardzo dokładnie. Z odległości pięciu centymetrów. 

Przede wszystkim - jeśli jej nie zmyjemy/zetrzemy na siłę, na ustach pozostanie cień koloru, czyli nigdy nie zostaniemy przypadkowo całkiem "nagie".


PODSUMOWANIE

Intensywny kolor, niecodzienne wykończenie, wygodne użytkowanie. Cena nieco ściera uśmiech z twarzy - z drugiej strony uważam, że jest współmierna do jakości. Poza tym... od czego są promocje? ;)

niedziela, 14 grudnia 2014

Zakupy z Dnia Darmowej Dostawy - opinie o produktach i sklepach

Tak wiem, znowu zniknęłam na zbyt długo. Po prawdzie nadal nie powinno mnie tu być, ale stwierdziłam że krótki post nie wytrąci w równowagi mojej wieży obowiązków, a pomoże osłabić wrażenie, iż zaniedbałam blog.


2 grudnia wiele sklepów internetowych brało udział w akcji Dzień Darmowej Dostawy. Wszystkie zamówienia złożone tego dnia (w niektórych sklepach ich wartość musiała przekroczyć 20 zł) były wysyłane za darmo. Nie mogłam nie skorzystać z tej okazji i nie zamówić kilku rzeczy, które stacjonarnie trudno jest dostać bądź są o wiele droższe. 

Post pojawił się dopiero teraz, ponieważ ostatnia paczka dotarła do mnie w piątek, 12-tego grudnia, czyli ponad tydzień po złożeniu zamówienia. Nie wszystkim sklepom udało się szybko uporać z nawałem zamówień - ale o tym niżej.


Pierwsza doszła do mnie przesyłka ze sklepu Ecodrogeria.com.pl. Zamówienie złożyłam około 9:00 rano, następnego dnia po południu paczka była już u mnie (wybrałam kuriera Pocztexu). 


Kupiłam czarne mydło - poprzednie dawno mi się skończyło, a moja cera dawała mi do zrozumienia, że za nim tęskni. Zapłaciłam tyle samo co za poprzednie (28 zł z groszami), ale otrzymałam 50 g produktu więcej (200 g). Dodatkowo skład jest nieco inny i o ile w poprzednim na pierwszym miejscu była woda, co czyniło go bardzo płynnym, to tutaj Potassium Olivate (baza mydlana) jako główny składnik czyni mydło gęstą, zbitą masą. Na pewno utrudnia to aplikację, ale jednocześnie koncentracja najważniejszego elementu jest duża - nie ma co narzekać. Mydło wystarczy na długi czas.


Kolejnym zakupem, który trafił do moich rąk, a był to 8 grudnia, były półprodukty z Mydlandia.pl - kwas hialuronowy 2% (30 ml), olej z pestek truskawek i olej z drzewa herbacianego (po 10 ml każdy). Za wszystko zapłaciłam niecałe 21 zł

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to byłby to brak informacji na etykietach, czy dany produkt można trzymać w temperaturze pokojowej, czy należy przechowywać go w lodówce. Wiem, że wszystko lepiej wpakować do lodówki, ale gdybym po raz pierwszy do czynienia z półproduktami, możliwe, że nawet bym o tym nie pomyślała. Szkoda również, że status zamówienia nie zmienia się po zaakceptowaniu płatności (na mail przychodzi jedynie wiadomość, że zamówienie jest "w realizacji") i tak naprawdę nie wiadomo nawet, kiedy nastąpiła wysyłka.

Kwas kupuję od dawna, chociaż nieregularnie, ze względu na jego świetne właściwości nawilżające. Odczuwalnie wygładza cerę. Kwas opóźnia procesy starzenia, mam więc nadzieję, że uczynienie go elementem pielęgnacji już teraz zaprocentuje w przyszłości. Zresztą dzięki systematycznemu używaniu udało mi się nieco wygładzić zmarszczki mimiczne na czole. 

Preferuję kwas w formie żelu, ponieważ idealnie miesza się z kremem (a taką właśnie mieszankę aplikuję na twarz), w odróżnieniu od kwasu o konsystencji wody. Ten z Mydlandii jest odpowiednio gęsty i kropla strącona na porcję kremu nie spływa po jego powierzchni. 

Oleje z kolei kupiłam pierwszy raz. Próbowałam wielu innych, ale żaden nie spełnił moich oczekiwań, mam nadzieję że te okażą się dobrym wyborem. 

Olej truskawkowy ma m.in. regulować pracę gruczołów łojowych, chronić skórę przed utratą wody i neutralizować wolne rodniki. Jest lekki i wchłania się w mgnieniu  oka. 

Olej herbaciany kupiłam z kolei w celu punktowej aplikacji na krostki, którym czasem, zwłaszcza przed miesiączką, zdarza się pojawić na mojej twarzy - według niezliczonych opinii rozprawia się z nimi w błyskawicznym tempie. Podobno ma również właściwości łagodzące ugryzienia owadów. Może nie najlepszą porę wybrałam, aby to sprawdzić, ale jego data ważności to 02.2016 - więc na pewno go w tym celu wykorzystam. 


Wraz z zamówieniem z Mydlandii przyszła paczka z Mintishop,pl. Od dawna miałam chrapkę na pędzel Hakuro do podkładu, czyż była lepsza okazja do kupna niż DDD? 

Po poważnych rozterkach, czy wybrać H50 czy jego mniejszego brata H50S, zdecydowałam się na drugą opcję. H50S (25,90 zł) polecany jest dla osób rozpoczynających swoją przygodę z tego typu pędzlami (do tej pory podkład nakładałam palcem, pędzel języczkowy z EcoTools okazał się niewypałem), ponadto lepiej niż jego podstawowa wersja dociera do zakamarków twarzy, Jak teraz patrzę na tego malucha, trochę żałuję, że jednak nie zamówiłam H50, ale dopiero w praktyce okaże się, czy było warto. 

Skusiła mnie również szminka firmy Makeup Revolution w kolorze Fusion. Swatch na stronie sklepu był więcej niż zachęcający, kolor ujął mnie z miejsca, był idealny. A teraz porównajcie zdjęcie na Minti z tym, co udało się uchwycić mnie:


To po lewej to skutek pojedynczego przejechania sztyftem po skórze. Prawa strona to kilka warstw. WIELKI minus dla Minti dla napisane bzdur o tym, że szminka jest "bardzo dobrze napigmentowana" i wprowadzenie w błąd zdjęciem - kolor jest zupełnie inny. Żeby osiągnąć taką głębię, musiałabym chyba wysmarować jednorazowo pół produktu, kolor natomiast nigdy nie będzie tak pięknym fioletem. 

Efekt na ustach jest równie marny i mimo kilkukrotnego nałożenia pomadki, wargi nadal wyglądały, jakbym nic na nich nie miała. Niby to tylko 5 zł, ale niesmak pozostał. Nigdy nie miałam gorszego mazidła do ust. 


W piątek odebrałam przesyłkę ze sklepu EkoPiękno.pl, który tego dnia najtaniej oferował kosmetyki Sylveco. Lubię je ja i moja mama, więc zdecydowałam się i na krem dla siebie, i krem dla niej jako element prezentu świątecznego. Pisałam już, że w codziennej pielęgnacji używam kremu brzozowego, tym razem sięgnęłam jednak po rokitnikowy, którym niedawno zachwycała się Arsenic. Moja mama uwielbia krem brzozowy z betuliną, który doskonale łagodzi wszelkie podrażnienia na jej atopowej skórze, więc na ten zdecydowałam się bez żadnego wahania. Dodatkowo gratis (no, prawie... krem bez "gratisu" jest 2 zł tańszy) otrzymałam peeling oczyszczający.

Za całość zapłaciłam niecałe 53 zł. Sklep niestety ociągał się nieco z wysyłką, ale plusem jest to, że jako jedyny zaoferował mi rabat na następne zakupy. 


Brałyście udział w DDD? Jesteście zadowolone z zakupów i czasu realizacji zamówień? 

czwartek, 20 listopada 2014

Nie mam czasu na ćwiczenia? Bzdury!

W poprzednim poście napisałam, że obecny semestr na studiach jest bardzo wymagający i w związku z tym mam trudności ze znalezieniem odpowiedniej ilości czasu na ćwiczenia. Dwa siłowe tygodniowo robię bez problemu, ale wsadzenie w grafik trzeciego jest często niewykonalne, bo albo cały dzień spędzam na uczelni (dosłownie!) albo kursuję między domem i uczelnią, znajdując czas jedynie na jedzenie i zrobienie sprawunków, ewentualnie pracę nad niecierpiącymi zwłoki prezentacjami i projektami. 

Nie oszukujmy się - czas poświęcony na trening to nie tylko moment samych ćwiczeń, ale również konieczność zjedzenia czegoś przed i po treningu, wzięcia prysznica, zrobienia makijażu. Kiedy ma się zajęcia o 8:00, potem o 14:00, a potem o 19:00, rzeczą niemożliwą jest wcisnąć w grafik godzinną sesję FBW. 

Mimo wszystko staram się ćwiczyć więcej niż te dwa razy w tygodniu i w tym celu sięgam po krótkie, ale maksymalnie intensywne treningi:

1) TABATA - wtedy, kiedy naprawdę nie mam czasu i liczy się każda sekunda (chociaż zdarzyło mi się wykonać dwie z rzędu). Co charakteryzuje te treningi, to cztery minuty trwania i mordercze tempo. Same w sobie być może nie uczynią cudów, ale na rozruch i utrzymanie dotychczasowej formy w najbardziej zapracowanych okresach będą jak znalazł.

Do tej pory ćwiczyłam tabaty z kanału Odchudzanie bez Kitów, ale pewnie wkrótce sięgnę po inne propozycje. 


2) HIITY z Fitness Blender - FB oferuje treningi o najróżniejszym czasie trwania, trudności i intensywności. W zależności od potrzeb, w wyszukiwarce strony wyszukuję ćwiczenia trwające do 10, 15 czy 20 minut, zaznaczając przy tym ich rodzaj (najczęściej cardio, HIIT) i stopień trudności (4 i 5). 

Poniżej kilka z tych, które wykonywałam. 







3) ZWOWY - nieco zapomniane (zdaje się, że nie tylko przeze mnie, ale i przez blogosferę), niedawno wróciły u mnie do łask. Mało jest treningów, które w tak krótkim (12-15 minut) czasie potrafią wylać z człowieka litry potu, a następnego dnia przypominać o sobie bólem mięśni. Porażająca, ale skuteczna intensywność. Zuzka Light pokazuje sposoby na spalanie tłuszczu i kształtowanie mięśni jednocześnie. 

Niestety okazuje się, że Zuzka ostatnio zablokowała wszystkie ZWOWy na swoim kanale Youtube, jednak na kanałach innych osób zachowały się zapobiegawczo zachomikowana większość (?). Poniżej kilka treningów, które na razie udało mi się znaleźć i które wykonywałam - te są akurat dość proste.




Trenerka prawdopodobnie przeniosła wszystko na płatną platformę ZGYM, ale na kanale wciąż dodaje treningi - również idealne na zabiegany dzień, bo bardzo krótkie, 5-10 minutowe. Taki jest ten poniżej, który wykonałam dzisiaj częściowo tuż po wstaniu z łóżka (tak, tak też można! i nawet nie trzeba wstawać wcześniej, bo każdego dnia tracimy kilka minut na bezcelowe czynności; ja na przykład rankami podczas śniadania przesiaduję na Wizażu ;)).



Mówienie, że nie ma się czasu na treningi, to bzdura. Każdy znajdzie dla siebie trochę czasu, by poćwiczyć - może nie codziennie, ale liczą się choćby trzy krótkie razy w tygodniu. Jak ze wszystkim jednak, warto zachować umiar i nie panikować, jeśli przez jakiś czas w natłoku obowiązków nie damy rady wcisnąć w harmonogram żadnych treningów. Życie to nie siłownia :)

Jakie są Wasze sposoby i propozycje na wykonanie treningu w dzień, kiedy wydaje się, że treningu zrobić się nie da?


piątek, 14 listopada 2014

Na rozgrzewkę: denko z ostatnich miesięcy

Wracam po kilku tygodniach, nadal z deficytem czasu, ale staram się wyrwać dobie parę chwil na napisanie posta. Ledwo znajduję czas na zrobienie dostatecznej ilości treningów, ba, nawet na jedzenie tyle, ile powinnam (trzy posiłki nagle stały się normą), ale chciałabym przynajmniej raz w tygodniu coś dodać - a jest sporo rzeczy, o których chciałabym napisać. 


Żeby ponownie wejść w rytm, zaczynam od czegoś lekkiego, czyli produktów zdenkowanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie wszystko się ostało, więc produktów jest mniej niż faktycznie zużyłam.


Kropla Zdrowia, Eco Argan Eye Cream, krem pod oczy z olejkiem arganowym - próbek zwykle nie recenzuję, bo co wiarygodnego można powiedzieć po zużyciu 2 ml produktu? W tym przypadku jest inaczej, bo saszetek dostałam tyle, że wystarczyło mi na kilka tygodni regularnego używania. Krem jest lekki, dobrze się wchłania i nie rozmazuje na skórze, nie pozostawia pod oczami klejącej powłoki, nadaje się pod makijaż. Plus za to, że olej arganowy faktycznie jest obecny w sporej ilości (trzecie miejsce w składzie), a nie jako echo w okolicy substancji zapachowych. Do tego olej z awokado, masło shea, wyciąg z kasztanowca i kozie mleko - fakt, że pośród substancji chemicznych, ale jednak. 

Producent obiecuje redukcję zasinień i zdaje się, że faktycznie ma rację, bo narkotyczne cienie zdawały się jakoś mniej rzucać w oczy, kiedy traktowałam je tym kosmetykiem. 

Nawilżenie jest poprawne, aczkolwiek nie powala na kolana - krem daje ulgę na krótko, po kilkunastu godzinach skóra znowu woła, że jest jej za sucho. 

Produkt kosztuje około 40 zł za 30 ml, na mój portfel to zbyt wysoka cena, ale gdyby była niższa, kupiłabym bez zastanowienia. 


Purederm, Botanical Choice Nose Pore Strips, oczyszczające plastry na nos - swego czasu te plastry wywołały spory szał w blogosferze. Udało mi się kupić raz, nie byłam zachwycona, ostatnio sięgnęłam po nie ponownie, z nadzieją, że może jednak jakimś cudem tym razem będzie ok. Niestety obecnie plastry również wyciągały minimalne ilości zanieczyszczeń, głównie z kącików skrzydełek nosa. Raz czy dwa miały "lepszy dzień", gdy ruszyły cokolwiek ze szczytu, ale efekt był tak mizerny, że na pewno tych konkretnych plastrów nie kupię ponownie


Ziaja, krem nawilżający matujący 25+ - krem-legenda pośród kremów dla cer mieszanych, gdy pokończyły mi się zarówno Sylveco, jak i Baikal Herbals, a ja musiałam szybko sięgnąć po coś niedrogiego, Ziaja była pierwszym wyborem. 

Krem okazał się dosyć gęsty, ale aplikacja nie nastręczała mi problemów. Wchłaniał się całkiem szybko i nie stawiał w szranki z makijażem. Okazał się zabójczo wydajny i wytrwał dwa miesiące (jak nie więcej). Nawilża znakomicie, z matowieniem jest niestety gorzej, w tej kategorii nie zauważyłam większej różnicy między nim a kremami typowo nawilżającymi. 

Niestety mam wrażenie, że nieco zapchał mi pory. Mimo wszystko, prawdopodobnie kupię go ponownie, zwłaszcza że cena (ok. 10 zł za 50 ml) jest bezkonkurencyjna, a ja nie zawsze mam możliwość szarpnąć się za coś dwa razy droższego. 


Pharmaceris T, krem z 10% kwasem migdałowym - to już moje... trzecie? czwarte? opakowanie, właściwie to mogłoby wystarczyć za recenzję, ale niech przyzwoitość zwycięży. Ten krem po prostu działa, skutecznie odblokowując pory i uniemożliwiając rozwój wszelkim pryszczom i inszym krostkom. Z cery problematycznej wyczarowuje cerę czystą i gładką. Na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Więcej o kremie napisałam tutaj.


Yves Rocher, Volume, Volumizing Shampoo, szampon zwiększający objętość włosów - kosmetyk o mocnym, ostrym i ciut chemicznym, chociaż wyraźnie kwiatowym aromacie, który chociaż nie powinien, bardzo przypadł mi do gustu. Kupiłam ze względu na to, że moim włosom często brakuje objętości (a czasem miewam szopę niczym Hermiona Granger, moje kłaki to jedna wielka zagadka). chociaż i tak zamierzałam go używać jako szamponu do mniej więcej cotygodniowego oczyszczania, a nie codziennej pielęgnacji. I w jednym, i w drugim przypadku sprawdził się dobrze - włosy były wyraźnie podniesione i bardziej puszyste (a nie puszące się), a przy tym pozbawione wszelkich brudów i potencjalnie obciążających substancji. Po myciu - stosunkowo miękkie, prawie niepoplątane, może nieco bardziej suche po użyciu delikatniejszego szamponu, ale to akurat dało się naprawić odżywką. Chętnie kupię ponownie

Babydream fur Mama, Pflegeol, olejek do pielęgnacji ciała - nie, nie nakładałam go na włosy, bo po pierwszym razie nie wyglądały na szczególnie zachwycone tym pomysłem. Przeznaczyłam go w całości do ciała, nakładając na zmianę na suchą i wilgotną skórę. Ta druga opcja wygrywa pod tym względem, że po całym zabiegu olej w większości się wchłania, zamiast, jak w przypadku aplikacji na suchą skórę, trwać na niej, dopóki go nie wytrzemy. Znakomity, w stopniu wręcz ciężkim do uwierzenia (praktycznie same oleje), skład, musiał dać genialne efekty - doskonałe nawilżenie i skórę gładką jak jedwab. Do tego śmieszna cena - jakieś 10 zł za 250 ml - czy muszę dodawać, że kupię ponownie?

Pharmona, Tutti Frutti, Peeling do ciała - mój ulubiony maleńki kompan do ścierania martwego naskórka, tym razem w wersji Wiśnia&Porzeczka. Kupuję coraz to nowe opakowania, bo cóż, ten produkt po prostu znakomicie spełnia swoje zadanie i ściera jak szalony, a wariantów zapachowych jest tyle, że do tej pory żaden mi się nie powtórzył. Widoczny na zdjęciu egzemplarz dorównuje swoim kolegom, także temu arbuzowo-melonowemu - aromat jest mocny, soczysty i naturalny. Nieco lepsza wydajność i byłoby idealnie. Kupię ponownie!


Garnier, płyn micelarny 3w1 - najlepszy micel jaki miałam, bo nie dość, że płacimy 17 zł za 400-mililitrowe opakowanie, to jeszcze szybko i dokładnie oczyszczamy całą twarz, z oczami włącznie, co w przypadku płynów micelarnych nie jest sprawą oczywistą. A tu wszelkie tusze i kredki usuwane są bez śladu (pandy dnia następnego) i podrażnień. Zero klejącej warstwy, zero uczucia niedoczyszczenia - więcej zachwytów tutaj. Kupię ponownie. Miliard razy. 

Uriage, Eau Thermale, woda termalna - łagodzi podrażnienia, odświeża, ogranicza powstawanie skórnych niespodzianek, scala makijaż i poprawia jego ogólny wygląd. W dodatku nie trzeba jej wycierać po aplikacji. Więcej przeczytacie tutaj. To już moja któraś z kolei butelka i na pewno nie ostatnia. Kupię ponownie.

***

Tym tekstem obiecuję poprawę w częstotliwości dodawania postów. Trzymajcie kciuki, żeby uczelnia do końca mnie nie przemieliła ;)

Jak Wasze denka? Może też zużyłyście któryś z tych produktów?

piątek, 17 października 2014

Rewolucyjny, naturalny krem z tłuszczem z tygrysa

Ile byście dały za to, by pozbyć się wszelkich problemów ze skórą i codziennie rano budzić się z promienną, idealną cerą? Ile wart jest jeden cudowny produkt, który jest w stanie wszystko to zrobić? Na rynku pojawił się ekskluzywny, w 100% naturalny krem, którego głównym składnikiem aktywnym jest tłuszcz tygrysa.


Czyjeś życie - to dużo, czy mało?

Szok, przerażenie i niesmak - to właśnie poczułam, kiedy kilka dni temu zobaczyłam w blogrollu post jednej z popularnych blogerek, który wyglądał na reklamę rewolucyjnego, wszystko robiącego kremu z tłuszczem tygrysa firmy 3200.

Na szczęście okazało się, że nikt nie zgłupiał, nie reklamuje kremu i nie zachwyca się recepturą. Ten konkretny krem, nazwa firmy, jak i personalia modelki polecającej produkt są elementami akcji WWF, która prowokacją chce zwrócić uwagę na problem zabijania tygrysów.



Tygrysy są gatunkiem w całości zagrożonym. Spośród dziewięciu współczesnych podgatunków ocalało tylko sześć, z czego dwa są już krytycznie zagrożone wyginięciem. W ciągu ostatniego stulecia zginęło 95% populacji tych zwierząt. Ocenia się, że na wolności żyje obecnie łącznie jedynie 3200 osobników.

Tygrysy są łakomym kąskiem dla kłusowników - piękne futra, kości o niby leczniczych właściwościach, tłuszcz, który miałby być zbawienny dla skóry. Krem pokazywany przez WWF nie istnieje, ale to nie oznacza, że nie ma problemu - części ciała tygrysów wykorzystywane są w wielu innych produktach, także tych dostępnych w Polsce!

Akcja WWF ma na celu ochronę tygrysów malajskich, których obecnie jest zaledwie 250-340. Jakie działania podejmuje?

  • chroni miejsca występowania tygrysa. Bez utrzymania ich zwartości nie będzie możliwe ocalenie tygrysów. W tym celu WWF wspiera i inicjuje tworzenie nowych obszarów chronionych. Wytypował też 20 priorytetowych dla ochrony tygrysa miejsc, w których istnieje największa szansa na podwojenie liczby żyjących tam tygrysów do 2022 roku. Dlatego prowadzi w tych miejscach projekty na rzecz ochrony tygrysa. Działania WWF pomagają nie tylko w ochronie tygrysa, ale też lasów i środowiska, w których występuje. Tygrys jest gatunkiem parasolowym – chroniąc go i jego siedlisko, chronimy też inne cenne gatunki roślin i zwierząt, które występują na jego terytoriach.
  • działa na rzecz ochrony i odtwarzania korytarzy migracyjnych między terytoriami, na których mieszkają tygrysy. Istnienie korytarzy migracyjnych gwarantuje przetrwanie tygrysów − dzięki nim tygrysy mogą się czuć bezpiecznie na swoim terytorium i rozmnażać się w naturze.
  • ogranicza kłusownictwo i nielegalny handel produktami wykonanymi z tygrysa. Specyfiki, które można znaleźć również na rynku polskim (!), np. plastry zawierające sproszkowane kości tygrysa, nie wykazują działania leczniczego. Mimo to zapotrzebowanie na te produkty jest wciąż duże. Dlatego WWF z jednej strony wspiera walkę z kłusownikami, ale też przeciwdziała nielegalnemu handlowi w krajach, gdzie występują tygrysy lub w tych, które są rynkami zbytu na produkty wytwarzane z tygrysich skór, kości i organów.
  • działa na rzecz wzrostu poziomu świadomości ludzi mieszkających w rejonach występowania tygrysa. W tym celu WWF prowadzi działania edukacyjne skierowane do lokalnych społeczności na temat zapobiegania sytuacji konfliktowych (np. zabezpieczanie zwierząt hodowlanych) oraz korzyści wynikających z ochrony tygrysów i terytoriów, na których występują te dzikie zwierzęta.
  • propaguje i wspiera reintrodukcję, czyli ponowne wprowadzenie do natury tygrysów w rejonie ich historycznego występowania. Jest to działanie kosztowne i długoterminowe, wymagające dobrego przygotowania. WWF odkrył dwa miejsca – jedno w Kambodży i jedno w Kazachstanie − gdzie mogłaby się odbyć reintrodukcja, jeśli uda się spełnić wszelkie warunki, które zagwarantują jej skuteczność.

[za: https://ratujtygrysy.wwf.pl/]


Jeżeli chcecie pomóc, namawiam nie tylko do unikania produktów zawierających części ciała tygrysów, ale również przekazania darowizny dla WWF. Nawet najmniejsza kwota się liczy. Rozpowszechniajcie akcję, czy to na blogach, czy Facebooku. "Lajki" same w sobie nic nie dadzą, ale im większe kręgi zatoczy ta kampania, tym więcej pieniędzy uda się zebrać.

Pomagać można poprzez poniższą stronę:


***

Jeśli nie tylko tygrysie futra mają dla Was znaczenie, podpiszcie się pod petycją o zakaz hodowli zwierząt futerkowych - http://antyfutro.pl/petycje/. Pokażmy, że noszenie na sobie świadectwa czyjegoś cierpienia nie jest ani modne, ani etyczne.

piątek, 10 października 2014

Nowy plan treningowy i metoda 15-10-5

Pisałam pod koniec września, że pewnie wraz z nadejściem października będę częściej zamieszczać posty, ale gucio - mój plan zajęć jest tak napięty i idiotycznie ułożony, ale albo biegam pomiędzy domem a uczelnią, albo padam na łóżko i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie niczego kreatywnego. Pomysłów na posty mam mnóstwo, motywacji i czasu nieco mniej. Nic to - zapraszam do zapoznania się z moim nowym treningiem siłowym, który znalazłam na forum KFD.

TRENING


Podział standardowy - treningi co dwa dni, trzy razy w tygodniu, po trzy serie na każde ćwiczenie, ale - i tutaj mała zmiana - z tylko dwoma w przypadku ćwiczeń na tricepsy i bicepsy. W przypadku ćwiczeń na tę samą partię, ale znajdujących się jedno pod drugim, wykonujemy oba, natomiast jeśli ćwiczenia przedzielone są ukośnikiem, wybieramy to, które bardziej nam pasuje. Niestety nie będę w stanie wykonać niektórych ćwiczeń (pompki na poręczach, wyciskanie w skosie ujemnym), więc będę potrzebowała zamienników.

Kolejną różnicą jest sposób realizowania każdej z serii. Dotychczas moje treningi opierały się na zmniejszaniu liczby powtórzeń co dwa tygodnie. Tym razem robię to podczas każdego treningu, tzn. pierwsza seria to 15 powtórzeń, druga 10, trzecia 5, przy czym każda kolejna oczywiście z większym obciążeniem. Jestem bardzo ciekawa, jak takie rozwiązanie się u mnie sprawdzi. 

Ćwiczenia na brzuch będę robiła w miarę możliwości i chęci po treningach, zamieniając ewentualnie z krótką sesją cardio. To jeszcze wyjdzie w praktyce. 

Mam nadzieję, że raz w tygodniu uda mi się wcisnąć HIIT bądź dłuższe cardio.

DIETA

Czysto jak zawsze. Chcę wrócić na jakiś czas do liczenia proporcji B/W/T, aby skontrolować ich podaż. Najlepsze wyniki miałam, trzymając się poziomu ok. 2450 kcal i białka na poziomie ok. 20-25%, tłuszczów 30% i węglowodanów 45-50%. Od tamtej pory nieco przybrałam na wadze, więc nie wiem, czy chcąc zbudować mięśnie, nie będę musiała podwyższyć nieco tej granicy. Wiem jednak, że będzie to nie lada wyzwaniem ze względu na ograniczenia stawiane nie tylko przez mój żołądek, ale i czas ;)

wtorek, 30 września 2014

Za kulisami [sierpień, wrzesień] - Londyn, faraonowie i kamienne anioły

Mało mnie było na blogu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zafundowałam sobie pełen odpoczynek, skupiłam na ćwiczeniach, trochę pojeździłam, rozwinęłam w paru kierunkach, wróciłam do pisania dawno porzuconej powieści. To były bardzo udane wakacje i ciężko mi wracać na uczelnię, chociaż wiem, że po dwóch dniach zajęć wdrożę się w szybsze tempo i będzie mi tak samo dobrze :)





1, 2. Jak wyjazd, to i zakupy - zarówno w postaci gadżetów, jak i książek. Jeśli coś zagraża przekroczeniu wagi mojego bagażu podręcznego, to właśnie książki.
3. Wesoły Bryś i kawałek jego nie mniej wesołej mamy. 
4. Co powiecie na post o włosach?
5, 6. Londyn nocą robi jeszcze większe wrażenie niż za dnia - zwłaszcza od Tower Bridge ciężko oderwać wzrok.
7. Przezabawne pingwiny w Sea Life London Aquarium.
8. Podróż może być tak samo fascynująca jak pobyt!

Gra


Tak spędzałam większość wakacyjnych wieczorów. Heroes of Might & Magic Online wciągnęła mnie jak dawno żadna inna, a że nie potrafię grać w kilka gier jednocześnie, pozostałam jej wierna przez większość wakacji. Gra jest w fazie beta, co powoduje wiele zmian, w tym aktualizacje, które budzą ogólne niezadowolenie użytkowników. Ostatnia nie tylko znacząco utrudniła grę, ale zrobiła z niej niemalże sztandarowy przykład produkcji pay2play (bo nawet nie win...). Mimo to nadal nad nią siedzę, bo jest niesamowicie grywalna. Nowi użytkownicy, nie mając porównania z pierwotną wersją gry, mogą całkiem nieźle się bawić. Ja kolejne poziomy będę zdobywać pewnie do momentu, gdy w ogóle nie da się grać ;) obecnie mam 18. i mam nadzieję, że wkrótce będzie więcej. 

Jedzenie



Małe pomidorki wyhodowane w przydomowym ogródku. Soczyste, zdrowe, nieskażone niepotrzebną chemią, niezmęczone długim transportem. Smak nieporównywalnie lepszy od tych kupowanych w sklepach.

Teledysk



Chandelier. Piosenka jakich wiele, niemniej wpadła mi w ucho i słuchałam jej z przyjemnością, ma dobry rytm i energię. Sia ma silny głos i wie jak nim operować. Lubię, kiedy "darcie mordy" wbija mnie w fotel (tu co prawda nie wbija, lecz nadal jest miłe moim uszom), ale nie jest wymuszone i na popis. Ale nie o piosenkę tu chodzi, a o teledysk, który zahipnotyzował mnie jakiś czas temu i od tamtej pory w kółko go oglądam. Mała Maddie Ziegler robi kawał dobrej roboty, jej taniec i mimika zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Dziewczyna jest diablo utalentowana i zaskakująco dojrzała jak na swój wiek (w chwili kręcenia teledysku miała 11 lat). Pamiętam ją z programu "Taniec - marzenie mojej mamy" - już wtedy zachwycała, tutaj po prostu przechodzi samą siebie.

Piosenka



Tym, którzy mają alergię na radiowe hity, polecam przebój Disneya, który chodzi za mną od kilku tygodni. Uznawana za jedną z najlepszych piosenek wytwórni, I'll make a man out of you przyczepia się do człowieka i nie chce odejść, dopóki nie nauczysz się całego tekstu. Stare ale jare, chciałoby się rzec. 

Książka


Historia National Geographic to seria, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Pięknie wydana, bogato ilustrowana, co ważne - ciekawie napisana. Spodziewałam się nieco dziecięcej przewagi obrazków nad treścią, ale okazuje się, że te dwie rzeczy są zbilansowane i naprawdę jest co czytać. Każdy tom (do tej pory ukazały się trzy, wszystkie poświęcone historii starożytnego Egiptu) szczegółowo opisuje konkretne epoki w dziejach państwa, skupiając się nie tylko na wydarzeniach politycznych, ale również życiu codziennym, religii, sztuce... Od książek trudno się oderwać, jedyny powód dla którego nie połykam całej na raz, to to, że czytam wieczorami i zdrowy rozsądek każe mi przestać zanim zrobi się zbyt późno. 

Znalezione w sieci


#Czym różni się zapychanie od aknegenności? Do niedawna nie widziałam między tymi terminami większej różnicy. Okazuje się, że krostki pojawiające się czasem po kilku dniach stosowania kosmetyku to nie wina komedogenności, ale aknegenności produktu. Więcej na ten temat w przystępnie napisanym poście Italiany

#Pojedź do Rosji, zanim ona przyjedzie do Ciebie - a oto główny powód, dla którego mogłabym się pisać na taką wyprawę. 

#Gdzie są obecnie nasze bociany? Ta sprawa mnie interesuje, od kiedy pod domem mam prawdziwy bociani dom na słupie. Jeśli też macie ochotę się dowiedzieć, mapka zawarta pod tym linkiem rozwieje wszelkie wątpliwości. 

#Piszesz książkę, Twój bohater ma w domu piękne czerwone dywany. No, właściwie nie czerwone, tylko nieco ciemniejsze, ale co to za kolor?! Znudzona panda wie - przejrzyste tabele pomogą określić, jak nazywa się nasza wymarzona barwa


czwartek, 25 września 2014

Cudo z małym "ale" - Bielenda Bikini, ochronny krem do twarzy 30 SPF

Wracam po dłuższej przerwie, mam nadzieję, że powoli znowu wpadnę w rytm regularnego pisania postów. Na dobry początek opiszę filtr, który często towarzyszył mi tego lata i który niespodziewanie stał się moim ulubieńcem. Wiem, że jest już jesień, ale myślę że wśród moich Czytelników znajdą się osoby, które filtrów używają przez okrągły rok i ta recenzja przyda im się w wyborze taniego i zarazem dobrego produktu. 

Bielenda Bikini, Ochronny krem do twarzy 30 SPF

Gdzie? Hebe, Rossmann | Za ile? Ok. 15 zł / 50 ml (często w zestawach)

OPAKOWANIE

Klasyczna tubka o wygodnym zamknięciu w postaci klapki. Napisy nadrukowane, a nie naklejone, więc nie ma obaw, że np. przy kontakcie z wodą stracimy etykiety. 


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Filtr charakteryzuje się dość mocnym, słodkim, kwiatowym zapachem. To przyjemna dla nosa kompozycja, ale na dłuższą metę może stać się uciążliwa. W kosmetykach do twarzy wolę niewielkie natężenia zapachów i chociaż silna woń nie utrzymuje się na skórze długo, to aplikacja kremu byłaby nieco milsza, gdyby nie pachniał tak mocno.

Filtr jest bardzo gęsty i minimalnie tłusty, wydaje się ciężkim kosmetykiem, ale o dziwo w miarę rozprowadzania go po twarzy robi wrażenie podobne do przeciętnego kremu na noc, skóra przyjmuje go bezproblemowo.


DZIAŁANIE

Krem przepięknie zachowuje się podczas aplikacji. Szybko się wchłania i nie bieli, nawet jeśli nałoży się dużą jego ilość. Nie trzeba straszyć białą twarzą, nie ma choćby pojedynczych smug (co zdarzało się w przypadku Vichy). W dodatku, czego nie spodziewałam się, biorąc pod uwagę tłustawą formułę kremu - praktycznie w ogóle nie wpływa na błyszczenie się twarzy. Skóra świeci się odrobinę mocniej, ale jest to estetyczny i subtelny blask. Często wychodziłam z domu z samym filtrem na twarzy i nie potrzebowałam nawet pudru matującego, aby wyglądać dobrze.

Filtr wchłania się praktycznie całkowicie, pozostawiając jedynie delikatną powłoczkę, która nadaje skórze gładkość i miękkość pupci niemowlaka. Warstewka jest wyraźnie wyczuwalna, ale cienka i absolutnie nie tłusta czy klejąca.

Producent obiecuje nawilżenie i rzeczywiście ma rację. Ba, zdarzyło mi się nawet przez kilka dni nie móc używać kremu nawilżającego, więc ratowałam się tym filtrem - skóra pozostała w świetnej kondycji, nie była sucha i ściągnięta.


Krem nakładałam również pod makijaż. Byłam naprawdę zadowolona z efektu - co prawda błyszczenie twarzy w takiej konfiguracji nieco bardziej rzucało się w oczy, a podkład trochę szybciej ścierał, ale i tak w porównaniu z innymi filtrami (Dermedic, Ziaja) wygląd skóry był o niebo lepszy i dorównywał temu, który znam z emulsji Vichy

Ochrona przeciwsłoneczna wynosi "jedynie" 30 SPF, ale w praktyce jest niewiele mniejsza od tej, którą zapewnia 50 SPF. Opalenia twarzy nie odnotowałam, więc na pierwszy rzut oka mogę potwierdzić działanie ;).

Jedynym problemem bywało szczypanie oczu - mimo że nakładałam krem z dala od powiek, i tak w ciągu dnia potrafił przemieścić się np. wraz z potem i dostać do oczu, powodując okropne pieczenie. Do tej pory tylko filtr Ziai sprawiał mi takie "niespodzianki".

Obawiałam się ataku wyprysków i zanieczyszczonych porów, ale nic takiego się nie stało.

SKŁAD


Tradycyjnie już, wyszczególnione filtry:

Ethylhexyl Methoxycinnamate - chemiczny filtr UVB, ulega częściowej degradacji pod wpływem promieni słonecznych, może zaburzać gospodarkę hormonalną;
Octocrylene - fotostabilny filtr UVB/UVA2, pomaga stabilizować inne filtry
Butyl Methoxydibenzoylmethane - chemiczny filtr blokujący całe spektrum promieniowania UVA; nie jest fotostabilny, ale dzięki obecności Octocrylene można przedłużyć jego działanie.

Podsumowując - Bielenda Bikini niestety nie zachwyca doborem filtrów i to jest największa wada tego produktu. Krem należałoby reaplikować bardzo często, pamiętając jednak o szkodliwości pierwszego z filtrów. 

PODSUMOWANIE

Bielenda zaprezentowała tani i zaskakująco wygodny w użyciu filtr do twarzy. Poza ochroną przeciwsłoneczną również pielęgnuje cerę, dodatkowo nie bieli i nie pozostawia na twarzy tłustej maski. Dla cer tłustych i mieszanych będzie świetnym rozwiązaniem. Uważam jednak, że lepiej używać go w chłodniejszych porach roku, najlepiej na zmianę z innym produktem o bardziej stabilnej ochronie. Dla mnie głównym filtrem pozostaje emulsja Vichy, ale z powodu wysokiej ceny i kiepskiej dostępności w drugiej połowie roku, będę ją zastępować właśnie tym kremem Bielendy - nosi się go zdecydowanie najlepiej ze wszystkich tanich filtrów, jakie stosowałam do tej pory. 

sobota, 6 września 2014

Jak wygląda mój obecny trening i dieta?

Po dłuższym okresie restu i kilku "przygotowawczych" siłowych, wróciłam w końcu do klasycznej formy treningów, czyli trzyczęściowego planu. Nie są to jednak typowe ćwiczenia, ponieważ poniższe zestawy układałam w "biegu", bez większych przemyśleń, trzymając się jednak wyuczonej kolejności i zasad układania superserii i serii łączonych. Jeśli po takim spontanicznym treningu czułam, że ćwiczyło się dobrze, postanawiałam go w takiej formie zapisać do planu. Daję sobie jednak prawo do zmieniania ćwiczeń, zastępowania ich innymi, ćwiczenia dodatkowych partii czy kilku "dobijających" powtórzeń. Widoczne poniżej zestawienie to trzon, który chcę modyfikować w miarę upodobania. Oczywiście będę się go trzymać, bo ciało nie lubi nie tylko stagnacji, ale i zbyt szybkich zmian, ale pewne urozmaicenia na pewno się pojawią.


Ilość powtórzeń malejąca co dwa tygodnie o dwa, zaczynając od dwunastu.

Jak widzicie, w obecnym planie mało jest miejsca na ćwiczenia łydek, ponieważ szczerze ich nie lubię i uważam za stratę czasu - nie oznacza to, że całkowicie je pomijam. Mniej więcej dwa razy w tygodniu wrzucam w superserię z ćwiczeniami na barki również coś na łydki.

Do powyższe raz-dwa razy w tygodniu wpada cardio angażujące głównie mięśnie brzucha - najczęściej wybieram trzecią rundę "Killer Abs" albo drugą "6week 6pack" Jillian Michaels - są to wymagające kondycyjnie programy, przy których brzuch pracuje głownie "przy okazji" - co nie oznacza, że efekty są gorsze niż w przypadku tradycyjnych brzuszków. Wręcz przeciwnie, ćwiczenie brzucha podczas bardziej naturalnych dla człowieka ruchów wpływa znakomicie na kondycję mięśni, o czym przekonałam się już zimą i wiosną ubiegłego roku, gdy te programy służyły mi za główną formę aktywności.

Ostatnio spodobał mi się również program Fitness Blender, który pokazuję niżej. Nie jest tak morderczy jak inne HIITy tej pary, ale nadal wyciska siódme poty, a brzuch pracuje z pełną mocą.




Jeśli chodzi o dietę, porzuciłam na razie liczenie kalorii i rozkładu B/T/W. Jem podobnie jak za czasów liczenia, więc i tak mniej więcej kontroluję sytuację i około 2300-2400 kcal w odpowiednim stosunku B/T/W codziennie wpada. Dzięki temu ani się nie głodzę, ani nie przejadam.

Efekty są naprawdę dobre, trzymam formę, ale przy tym nie biegam cały czas z wagą i kalkulatorem, więc umysł jest spokojniejszy, bo może zająć się innymi rzeczami niż obliczaniem czy zjadam odpowiednią ilość owsianki albo serka wiejskiego. Dzięki temu bez wyrzutów sumienia do wieczornych płatków owsianych dodaję sporo mleka, do tego trochę malin albo ze dwie śliwki i nie panikuję, że zjadłam za dużo węglowodanów I TO PROSTYCH O 21:00 OLABOGA. Dodatkowych pokładów tłuszczu wokół brzucha nie zauważam, więc chyba nie jest to tak złym rozwiązaniem ;)

***

Są wakacje, więc często wyjeżdżam - w związku z tym czasem przepada mi trening, mniej więcej co dwa tygodnie moja dieta zostaje zaburzona przez niezbyt czyste posiłki, bo po prostu nie jestem w stanie w pewnych warunkach jeść według swoich zasad, a i jakieś lody czy piwo się trafią. Efektów ubocznych nie ma, a ja zdecydowanie wolę spędzić więcej chwil z ludźmi których kocham i w ciekawych miejscach, niż skrupulatnie, obsesyjnie nawet trzymać się planu treningowego czy diety.

Przy ćwiczeniach 5 razy w tygodniu i stuprocentowo czystej diecie na co dzień, mogę sobie pozwolić czasami na małe odstępstwa, jeśli dzięki temu przezywam coś bardziej wartościowego :). Na starość będę wspominać podróże i relacje z ludźmi, a nie to czy podczas jakiegoś wyjazdu jadłam chleb żytni na zakwasie, czy jakiś mieszany na drożdżach i że przepadły mi wtedy dwa siłowe. Równowaga przede wszystkim!


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Moja codzienna pielęgnacja twarzy

Pielęgnację twarzy zawsze jakąś tam miałam, mniej lub bardziej świadomą, ale nigdy nie opisałam jej w poście zbiorczym, bo nigdy w pełni mnie nie zadowalała. Dopiero ostatnie miesiące przyniosły mi świetne efekty i myślę, że znalazłam zestaw kosmetyków, które moja skóra polubiła. 

Do niedawna nie wyobrażałam sobie wyjść z domu bez makijażu - krostki i bardzo nierówny koloryt skóry sprawiały, że bez podkładu nie czułam się do końca pewnie. Teraz nie mam z tym problemu, moja skóra wygląda zdrowo i czysto. Krostki się zdarzają, ale zazwyczaj są maleńkie i bardzo szybko znikają. Nie pozbyłam się jeszcze do końca problemu z zaskórnikami na nosie, ale to właściwie jedyny mankament.

Dzień zaczynam od przemycia twarzy najzwyklejszą wodą z kranu. Skórę wycieram ręcznikiem toaletowym. Taki sposób jest moim zdaniem najbardziej higieniczny, a jeden arkusz wystarcza do osuszenia twarzy. Nie chciałoby mi się bawić z codzienne pranie szmatek z mikrofibry, a na ręczniku używanym choćby kilkukrotnie gromadzi się mnóstwo bakterii.


Następnie nadchodzi pora na wodę termalną. Używam niezmiennie Uriage, jako że jest chyba jedyną, po której nie trzeba osuszać twarzy, nadaje się więc i w przypadku pospiesznego dnia, gdy trzeba zrobić milion rzeczy naraz, i na makijaż - bo świetnie go scala i nadaje nieco mokre, świeże wykończenie. Często używam jej w ciągu dnia podczas upałów (zwłaszcza w trakcie treningu), bo doskonale orzeźwia i ochładza.

Uriage koi skórę, sprzyja szybszemu gojeniu wyprysków i ogranicza ich powstawanie; dzięki regularnemu używaniu wody termalnej moja cera wygląda zdrowiej i bardziej promiennie - dla mnie Uriage stanowi subtelne, ale ważne dopełnienie pielęgnacji.


Po wchłonięciu się Uriage pora na krem nawilżający. Kupuję zamiennie lekki krem brzozowy Sylveco i krem Baikal Herbals. Baikal Herbals ma w składzie wiele ekstraktów roślinnych, w porównaniu z Sylveco jest nieco lżejszy, daje mi większe uczucie nawilżenia i szybciej się wchłania. Główną zaletą Sylveco jest natomiast w pełni naturalny skład (no i jest polski!), a że nawilża również bardzo przyzwoicie, to lawiruję między tymi produktami i nie potrafię zdecydować się na jeden.


Koniecznym elementem pielęgnacji, niezależnie od pory roku, jest filtr UV. Słońce bardzo niszczy skórę, wysusza ją i przyspiesza starzenie się komórek (nie mówiąc o chorobach) - nie tylko latem, kiedy odpowiadające za brązowy kolor skóry promienie UVB są najbardziej intensywne, ale całym rokiem właśnie, ze względu na niezmiennie dużą obecność promieni UVA.

Próbowałam wielu filtrów, ale zawsze wolę wysupłać nieco więcej na znakomitą emulsję Vichy, która wchłania się, nie pozostawiając klejącego filmu na skórze i nie przyczynia się do zwiększonego świecenia się skóry. Ostatnio co prawda odkryłam inny, tańszy i równie dobry - jeśli nie lepszy - produkt i już szykuję jego recenzję, ale Vichy nadal polecam. Niestety emulsja z powodu swojej popularności znika z aptek w ciągu dwóch miesięcy od pierwszego, wiosennego rzutu, więc już w marcu warto przygotować się do sporządzenia małego zapasu.


Makijaż zmywam od dawna płynem micelarnym - według mnie nie ma lepszego sposobu na dokładne i komfortowe usunięcie kosmetyków kolorowych ze skóry. Po spróbowaniu wielu różnych miceli znalazłam swój hit - płyn Garniera. Bardzo duża pojemność za niską cenę (ok. 18 zł), dobrze usuwa nawet najbardziej odporne kosmetyki i nie pozostawia na skórze nieprzyjemnej warstwy. Jak żaden inny doskonale nadaje się do demakijażu oczu - usuwa wszystko bez tarcia i nie podrażnia.

Owszem, miałam micele, które usuwały makijaż trochę szybciej, ale były zbyt drogie bądź nieekonomiczne (np. Tołpa), ostatecznie więc ciągle wracam do Garniera.


Demakijaż demakijażem, ale nie czułabym się w pełni czysto, nie używając czegoś wymagającego zmieszania z wodą. Tutaj do gry wchodzi mydło Aleppo i czarne mydło Savon Noir. Oba produkty mają podobne działanie - dogłębnie oczyszczają skórę - ta po myciu dosłownie skrzypi. Nie ma mowy o pozostałościach makijażu, brudu czy innych zanieczyszczeń. Nie można nie wspomnieć, że mają krótkie i naturalne składy (Aleppo - oliwa z oliwek, soda, olej laurowy, Savon Noir - oliwa z oliwek, woda, wodorotlenek potasu). Jak to mydła, mocno szczypią w oczy, Aleppo potrafi jeszcze podrażnić śluzówki nosa, ale po kilku takich przygodach można się przyzwyczaić do dokładnego zamykania oczu i oddychania przez usta podczas mycia, a wtedy problem znika. 

Bardziej do gustu przypadło mi czarne mydło, które usuwa toksyny i działa jak peeling enzymatyczny - lepiej niż Aleppo poprawiło stan mojej skóry, widocznie zmniejszyło ilość wyskakujących krostek i przyspieszyło ich gojenie. Niestety po dłuższym czasie przesuszyło mi okolice warg, więc musiałam nieco odpuścić - wiem już, że co jakiś czas będę musiała robić sobie od niego przerwę, ewentualnie używać go raz na kilka dni na zmianę z Aleppo. Savon Noir jest niestety mało wydajne i taki słoiczek jaki widać na zdjęciu nie wystarcza na zbyt długo. 

Moje pierwsze Aleppo zawierało 20% oleju laurowego i to wystarczyło, aby dobrze oczyścić twarz. Po kilku miesiącach skóra przyzwyczaiła się i nie miałam aż takiego wrażenia czystości, ale za pierwszym razem dotykając twarzy przy zmywaniu mydła byłam w szoku - czułam się, jakbym dopiero wtedy po raz pierwszy w życiu dobrze oczyściła skórę. Wrażenie "skrzypienia" było niesamowite. Aleppo zmniejszyło mój problem z powstawaniem niedoskonałości. Kolejną zaletą jest bardzo dobra wydajność - widoczna na zdjęciu kostka wystarcza spokojnie na pół roku użytkowania. 


Woda termalna czy mydła pomogły mi w walce z wypryskami, ale same w sobie nie mogły na dobre rozwiązać problemu. Ostatecznie stały się ważnymi, ale tylko pomocniczymi elementami, a podstawą okazały się kwasy. Zaczęłam od znakomitego kremu Pharmaceris z 5% kwasem migdałowym, potem przeszłam do nieco mniej dla mnie skutecznego Effaclar Duo [+], w końcu kupiłam kolejny krem Pharmaceris, ale już z 10% zawartością kwasu i to jemu pozostaję wierna przez ostatnie kilka miesięcy.

Pharmaceris trzyma moją skórę w ryzach, dzięki niemu rzadko kiedy pojawiają się pryszcze, te, które jednak są, znikają bardzo szybko, a kosmetyki, które do tej pory wywoływały wysyp, teraz okazują się nieszkodliwe. Zapomniałam czym są przebarwienia po krostkach. 10% nie różni się za bardzo od 5%, można więc recenzję piątki przeczytać z myślą o dziesiątce, ale mam wrażenie, że moja skóra jednak bardziej lubi tę wersję i przy niej wygląda lepiej.


Krem pod oczy to kosmetyk, którego działanie nie zawsze jest widoczne, ale którego warto używać z myślą o przyszłych latach. Niestety często o nim zapominam ;) a chciałabym używać go regularnie dwa razy dziennie.

Obecnie używam kremu Ziaja Jaśmin. Niby dla osób powyżej 50-tego roku życia, ale wiadomo, że nie warto patrzeć na etykietki. Krem nie podrażnia, jest lekki i pięknie się wchłania. Czy działa na zmarszczki - nie wiem, jeszcze nie mam, ale po jego użyciu pozostaje wrażenie miękkiej i gładkiej skóry. Nawilża raczej delikatnie, mnie taki stopień wystarcza, ale nie sprawdzi się w przypadku przesuszonej skóry. Ukojenia niestety próżno szukać, daje chwilową ulgę... Nie wiem, czy ten krem kupię ponownie, jeśli nie, będę szukała innego, bo pielęgnacja skóry pod oczami to ważna rzecz i warto poświęcić jej trochę uwagi.

*

Tak dobrane kosmetyki w moim przypadku sprawiają, że używanie innych praktycznie mija się z celem. Peelingi czy maseczki stały się zbędnym dodatkiem. Jeśli już mam ochotę na coś nadprogramowego, będzie to raczej dodatkowa porcja nawilżenia, aczkolwiek moja skóra nie woła o nie, jest bowiem w świetnej kondycji.