Pokazywanie postów oznaczonych etykietą carmex. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą carmex. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 marca 2014

Minirecenzje denkowe: luty i marzec


W lutym zużyłam niewiele, więc zamiast na siłę tworzyć post z dwoma kosmetykami na krzyż, postanowiłam poczekać i dodać denka do tego, co wykończyłam w marcu. Wyszło tego sporo i przyznam że nie wszystko jest tutaj ukazane - są produkty które mam zamiar opisać w innym poście, gdzie będą bardziej pasować. Nie chcę wybiegać przed szereg, uwzględniając je tutaj.




Joanna, Naturia, Peeling myjący z truskawką - peeling Joanny zrecenzowałam kiedyś pozytywnie, więc z uwagi na to - i na niską cenę - sięgnęłam po niego ponownie. Obawiam się jednak, iż zmiana opakowania pociągnęła za sobą zmiany w składzie, gdyż stał się maziakiem, a nie zdzierakiem. Zawsze był delikatny, to prawda, ale tym razem w trakcie peelingowania nie czułam praktycznie nic, nawet na bardziej wrażliwych częściach ciała (np. dekolcie). Może to ja stałam się bardziej gruboskórna? Nie wiem. W każdym razie do niego nie wrócę. 

Joanna, Naturia, szampon z pokrzywą i zieloną herbatą - świetny szampon do oczyszczania. Prosty skład, znośny zapach, myje jak potrzeba, czyli dokładnie. Nie plątał moich włosów, po myciu były stosunkowo miękkie. Chętnie do niego wrócę. 

Luksja, płyn do kąpieli Blueberry Muffin - litr aromatycznego, gęstego, dobrze pieniącego się płynu za dychę? Biorę! I pragnę więcej. Zapach tak jak nazwa - wyraźnie borówkowy z subtelną słodką nutą. Niestety o wiele mniej intensywny niż w wersji czekoladowo-pomarańczowej, a szkoda, bo lubię czuć zapachy bez konieczności ciągłego zaciągania się. Ponieważ wolę bardziej słodkie zapachy, ten wariant raczej już u mnie nie zagości, ale zużywanie było przyjemne i z czystym sumieniem polecam.




Marion, płyn micelarny - taniocha - za 100 ml płacimy około 5 zł. Niestety cena to nie wszystko, a z tą resztą jest gorzej. Płyn owszem zmywa makijaż, ale zajmuje mu to sporo czasu, a po zakończeniu demakijażu mam wrażenie, że cera nie jest do końca oczyszczona. Płyn jest również wybitnie niewydajny. Nie wrócę do niego.

Himalaya Herbals, balsam do ust z masłem kakaowym - bardzo lubię produkty firmy Himalaya, więc po ten balsam sięgnęłam bez większego zastanowienia - i niestety się zawiodłam. Nawilżał minimalnie, ale nie pielęgnował. Był zbyt suchy i gęsty, zostawiał na ustach grubą, nieprzyjemną warstwę. Dawał chwilowe ukojenie, ale nie doczekałam się poprawy kondycji warg. Nie kupię ponownie. 

Carmex, balsam do ust, Vanilla - po raz kolejny przekonałam się, że jeśli Carmex, to tylko tubka (ewentualnie słoiczek). Sztyfty mnie nie przekonują (także dlatego, że gdy zostaje mało produktu, mechanizm wykręcający przestaje działać i resztki trzeba wydłubywać). Oczywiście, jak to Carmex, dobrze poradził sobie z suchymi skórkami i spierzchnięciem warg, wypielęgnował usta, ale jednak nie w tak doskonałym stopniu, jak robią to wersje tubkowe. Może to kwestia filtra? Co do zapachu - był raczej słabo wyczuwalny, liczyłam na więcej waniliowej woni. Nie kupię ponownie, chociaż współpracowało mi się z nim dobrze - wracam do tubek, nie dość że lepszych, to jeszcze zawierających więcej produktu za tę samą cenę.

Isana, aloesowy krem do rąk - kremy Isany obdarzam zawsze sporym kredytem zaufania. Tu niestety zostało ono nadszarpnięte. Krem okazał się dla mnie zbyt lekki, nie widziałam żadnego działania. Wchłaniał się błyskawicznie i po chwili miałam wrażenie, że niczego nie nakładałam na dłonie. Być może latem sprawdziłby się lepiej, ale w niższych temperaturach (kupiłam go jeszcze w styczniu) nie sprawdził się w ogóle i na pewno do niego nie wrócę.




Pharmaceris T, krem z 5% kwasem migdałowym - mój ulubieniec! Opisywałam go już tutaj. Wspaniały krem, który udowodnił, że można rozwiązać nawet beznadziejne sprawy. Chętnie wróciłabym do niego, ale nie wiem, czy po upływie czasu nie będzie za słaby. W każdym razie polecam.

Tołpa, Dermo Face Physio, płyn micelarny - świetny micel, nad zaletami którego rozpisywałam się już tutaj. Radził sobie z każdym makijażem, oczyszczał jak należy, nie podrażniał. Chętnie do niego wrócę, ale... na promocji. Mimo wszystko są tańsze płyny które też spełniają swoją rolę, pieniądze wolę ulokować w czymś na co trudno szukać zastępstwa.

Inglot YSM, podkład równoważący do młodej skóry - pisałam o nim baaardzo dawno (tutaj). Ta tubka przeleżała nietykana ponad rok, więc znajduje się tutaj ze względu na upłynięcie terminu ważności, a nie zużycie. To był naprawdę przyjemny produkt: lekki, nie ważył się, dobrze wtapiał się w skórę, nie najgorzej matował. Krycie średnie, ukrywał mniejsze niedoskonałości, z dużymi problemami sobie nie radził. Był jednak bardzo nietrwały i nie miał filtrów UV - dlatego przerzuciłam się z niego najpierw na kremy BB, a potem na Revlon CS. I chociaż teraz używam filtrów osobno, myślę, że moje wymagania zmieniły się na tyle, by do niego nie wracać. Ale kto wie? Wspominam go miło.

Revlon Colorstay - pełną recenzję znajdziecie tutaj. Właśnie rozpracowuję drugie opakowanie, co chyba może samo z siebie stanowić polecenie :). Mocno kryjący (z możliwością stopniowania), trwały, o szerokiej gamie kolorystycznej. Czasami podkreśla rozszerzone pory, ale po przypudrowaniu tworzy efekt idealnej cery. Uwielbiam i na pewno jeszcze do niego wrócę. 

Farmona, Jantar - zjechałam tę odżywkę tutaj. Wymęczyłam do końca, ale zgodnie z moimi przewidzeniami nic się nie zmieniło, włosy nadal leciały chętnie jak Gawliński w "Bohemie". Narzekałam też na to, że czupryna pod wpływem Jantaru stała się sucha i sztywna. I proszę bardzo, wystarczył jeden dzień bez wcierki, żeby włosy zaczęły się lepiej układać i odzyskały miękkość. Niniejszym nadaję pomysłodawcy nowego składu tytuł Master of Disaster, a Jantar kwalifikuję do porażki roku.

***

Jak Wasze denka? Któreś z produktów się powtórzyły?

sobota, 18 stycznia 2014

Zawsze obecne: 10 kosmetyków, do których wracam

Jeszcze kilka lat temu rzadko zmieniałam kosmetyki, których używam. Trwałam przy sztywnym, zadowalającym mnie zestawie. Od kiedy regularnie prowadzę blog, wiele się zmieniło - staram się sięgać po nowe produkty, aby mieć o czym pisać, a czytanie innych blogów pozwala mi na poznanie ciekawych nowości i bardziej naturalnych alternatyw dla dotychczas stosowanych specyfików.

Są jednak i takie kosmetyki, do których ciągle wracam i nie mam ochoty zamieniać ich na żadne inne. Zużyłam już niejedno opakowanie i wiem, że na tych produktach mogę polegać i się u mnie sprawdzają. W tej chwili, gdy rotacja w kremach, balsamach i kolorówce jest u mnie tak duża jak nigdy, chcę się wyjątkowo skupić na stałych bywalcach mojej kolekcji.



Cukrowy krem do depilacji Bielenda Vanity. Jedyny, który mnie nie uczula, a to dla mnie wystarczający powód, by nie szukać dalej. Nie jest idealny, ale używam go rzadko, więc przymykam oko na niedociągnięcia. Zresztą o wszystkich szczegółach przeczytacie w recenzji tutaj.

Odżywka bez spłukiwania Joanna Miód & Cytryna. Kupuję i kupuję, bo pomaga rozczesać włosy po myciu i nie obciąża ich, choćbym przesadziła z ilością. Minimalnie nawilża i wygładza. Ma przyjemny zapach i lekką, lejącą konsystencję. Jest bardzo wydajna. Cudów nie robi, ale nie spodziewam się tego po tego typu lekkiej odżywce; nie wyobrażam sobie natomiast rozczesywać włosów bez niczego, co je zabezpiecza, więc wiernie do niej wracam.



Babydream fur Mama Wohlfuhl-Bad. Płyn do kąpieli, który u mnie zastępuje szampon do włosów. Delikatny, nie plącze włosów, nie puszy, zostawia je miękkie i stosunkowo gładkie jak na szampon, i to przy kręconych włosach. Robi co trzeba, czyli nieinwazyjnie, a dobrze oczyszcza. Jest średnio wydajny, ale i tak butla 500 ml za 10 zł naprawdę się opłaca. Zdarzało mi się go zdradzać z szamponem dla dzieci Babydream, ale to nie było to samo - do BDFM ciągle wracam i naprawdę nie mam powodu, by szukać jakiegoś innego szamponu do częstego mycia, niż właśnie ten. Stosunek jakość/cena jest bardzo wysoki. Poza tym w szczególnych przypadkach używam go jako płynu do kąpieli, płynu do higieny intymnej, zdarzyło mi się nawet umyć nim twarz. Kosmetyk wielofunkcyjny, dla mnie podstawa w łazience. 

Serum modelujące do biustu Eveline. Kosmetyki do biustu dzielą się generalnie na dwie części: "tanie" i "działające". Eveline jest chyba jedynym, który należy do obu. Za 13-14zł otrzymujemy 200ml fantastycznego serum. Nawilża skórę na biuście, podnosi piersi, poprawia ich kształt - sprawia, że są bardziej "jabłuszkowe" - delikatnie wypełnia, ujędrnia i sprawia, że są cudownie sprężyste. Jest odpowiednio gęsty, nie przelewa się przez palce i nie spływa z ciała, masaż nim jest bardzo komfortowy. Wydajności również nie można niczego zarzucić. Próbowałam innych kosmetyków i się nie sprawdziły, po nowe nie planuję sięgać, bo ten daje mi to, czego potrzebuję. Wada? Działa tylko w trakcie stosowania, krótko po odstawieniu piersi tracą nieco ze swojej energii ;) 




Dezodorant antyperspiracyjny Adidas for Women Action 3 Pro Clear. Używane wcześniej antyperspiranty albo średnio działały, albo za mocno pachniały - a najczęściej jedno i drugie, co sprawiało, że w cieplejsze dni (a nawet bardziej aktywne zimne) nie czułam się komfortowo. Po Adidasa sięgnęłam już nieco zniechęcona i... pozytywnie się zaskoczyłam. Ma delikatny zapach, który nigdy, po zastosowaniu na ciało, nie dochodzi do głosu. Hamuje wydzielanie potu pierwszorzędnie, a nawet jeśli już jakimś cudem się spocę, zapobiega rozwinięciu się charakterystycznej woni. Czy to upał, czy sprint na uczelnię - wiem, że mnie nie zawiedzie. Działa bardzo długo, więc w ekstremalnych sytuacjach, gdy przez ponad dobę nie ma gdzie się odświeżyć (shit happens), również czuję się bezpiecznie. Poza tym szybko wysycha na skórze. Zostawia lekkie plamy na ubraniach, ale właściwie, mogę mu to wybaczyć. 

Lovely, serum wzmacniające do paznokci z wapniem i witaminą C. Może to już nudne i może jestem monotematyczna, ale to serum naprawdę uratowało moje paznokcie i sprawiło, że przestałam się ich wstydzić. Z wdzięczności mogłabym nosić jego zdjęcie w portfelu. Więcej przeczytacie tutaj. 


Carmex zapewnia mi porządne, długotrwałe nawilżenie i ratuje nawet najbardziej spierzchnięte usta. Kupuję inne pomadki tylko wtedy, kiedy obudzi się we mnie Sknerus McKwacz i szkoda mi wydać 9-10zł na tubkę, jeśli obok są podobne pojemności innych firm w połowie niższej cenie. Mimo wszystko tylko Carmex w 100% odpowiada moim potrzebom. Nie przepadam za wariacjami i zazwyczaj sięgam po klasyczny wariant w tubce - najsmaczniejszy (sic!) i najwygodniejszy. Ostatnio firma wypuściła wersję waniliową i chyba ją kupię. 

Isana, krem do rąk 5% Urea. O Isanie też trąbię od długiego czasu, ale takie są fakty: to jedyny tak bogaty i zarazem tani (5,49 zł) krem. Odpowiednio gęsty, pięknie nawilża, zmiękcza, odżywia i łagodzi podrażnienia. Idealny na zimę. Może są lepsze kremy od niego, ale trzeba za nie również więcej zapłacić. Wiem na pewno, że to najlepsza pozycja, jeśli chodzi o kremy do rąk tej firmy. 



Rimmel, puder Stay Matte. Właściwie to mam ochotę wypróbować niedługo jakiś puder ze stajni Essence... Nie zmienia to faktu, że do Stay Matte wracam raz po raz. Dokładnie matujący puder o znakomitej wydajności i kryciu wystarczającym, by czasem nałożyć tylko niego, a jednocześnie na tyle małym, by nie zrobić sobie krzywdy. Matuje na 8-9 godzin, a nawet po tym czasie ewentualny błysk jest niewielki. Łatwo się aplikuje, daje naturalny efekt, nie tworzy "ciasta" na twarzy. W ciągu dnia nie ciemnieje i nie waży się. 

Tusze Maybelline Colossal Volum' Express. Pisałam już o wersji wodoodpornej (tutaj - swoją drogą zdjęcie naoczne woła o pomstę do nieba i chyba zrobię nowe, teraz już z nowym tuszem, bo to naprawdę TAK nie wygląda), którą uwielbiam, ale generalnie - za jakąkolwiek  bym się nie zabrała, wiem, że się nie zawiodę. Klasyczny Colossal czy Smoky Eyes radzą sobie równie dobrze. 
Jasne, chętnie wypróbuję te, które robią w blogosferze karierę, jak Lovely Pump it Up czy Max Factor 2000 Calorie (czeka w kolejce) - z tym, że jeśli się nie sprawdzą, wiem, że pierwsze kroki skieruję do szafy Maybelline.

***

A Wy do jakich kosmetyków zawsze wracacie?

piątek, 6 września 2013

Krótkie recenzje o posmaku lata, czyli denko wakacyjne

Po prawdzie to moje wakacje jeszcze trwają, ale nadal patrzę na wrzesień z perspektywy szkolnej i wczesnojesiennej. Oprę się więc dzisiaj na tym, co udało mi się opustoszyć w lipcu i sierpniu. 


1. Isana Med, krem do rąk z olejkiem z wiesiołka - spodziewałam się ciężkiego, treściwego kremidła, a dostałam lekki, szybko wchłaniający się preparat. Zostawia na dłoniach delikatną, nieklejącą otoczkę. Dobrze nawilża, przynosi ulgę dłoniom i nieco je wygładza. Efekt nie utrzymuje się długo i bardzo wysuszone dłonie będą pewnie potrzebowały czegoś więcej, ale ja byłam zadowolona z jego działania. 

2. Green Pharmacy, krem do stóp przeciw odciskom i zgrubieniom - działa! Stosowany regularnie radzi sobie ze stwardniałą skórą na piętach czy palcach. Nie przywróci nam miękkości stóp niemowlaka, ale zmiana jest wyczuwalna, stopy stają się gładkie i bardziej miękkie. Krem dobrze się rozprowadza, nie jest zbyt rzadki, a wchłania się stosunkowo szybko. Mógłby nieco lepiej nawilżać, ale i tak polubiłam go i obecnie rozpracowuję drugą tubkę.

3. Green Pharmacy, scrub do stóp - rolę peelingu pełnią tu mielone pestki moreli. Są dość delikatne i jest ich mało, do peelingowania trzeba się więc przyłożyć. Ich nikłe stężenie sprawia, że trzeba nałożyć sporo produktu, aby faktycznie mówić o ścieraniu. Wydajność leży. Jeśli jednak przymkniemy na to oko, okazuje się, że scrub dobrze spełnia swoją rolę - usuwa zrogowaciały naskórek, stopy są wygładzone. Obietnice producenta na temat uczucia świeżości i usuwania wrażenia zmęczenia również są spełnione. Do tego dochodzi leśny zapach, który bardzo mi odpowiada. Nie wiem jednak, czy do niego wrócę, wolałabym bardziej treściwą formułę. 

4. Carmex, balsam do ust, Jaśmin & Zielona Herbata - uwielbiam klasyczną wersję, z tą się nie polubiliśmy. Nawilżenie - niezłe, chociaż nie powalające. Nadaje ustom ładny połysk. Wszystko psuje okropny, chemiczny, gorzki posmak. Tego się nie da nosić...

+-

Życzę powodzenia twórcom tych opakowań! Butla z pompką wydaje się wygodnym i higienicznym rozwiązaniem, ale chyba nikt nie testował go przed wypuszczeniem na rynek... Pompka działa do momentu, gdy w środku zostaje mniej więcej 1/4 zawartości. Potem trzeba zacząć się bawić - zdejmować zakrętkę, obijać butelkę z każdej strony, grzebać w środku palcami. Ewentualnie rozciąć nożem, ale że plastik jest gruby i twardy, i z tym mogą być problemy. A co w środku?

5. Eveline, Spa! Professional, Kwiat lotosu, balsam nawilżająco - ujędrniający - wchłania się szybko i nie pozostawia tłustej warstwy, ale to jego jedyne zalety. Nawilżenie jest, ale za słabe, by osoby o suchej skórze - a dla tych przeznaczony jest produkt - były z niego zadowolone. Ujędrnienie też jakieś tam zauważyłam, ale nie powalało na kolana. Zupełny przeciętniak.

6. Eveline, Slim Extreme 3D, termoaktywne serum wyszczuplające - bardzo lubię wersję w tubce, a ta, mimo dużo większej pojemności, jest niewiele droższa - postanowiłam wypróbować. Efekt rozgrzewający pierwszorzędny. O modelowaniu sylwetki można zapomnieć, co do zwalczania cellulitu nie mogę się wypowiedzieć, bo serum stosowałam tylko na brzuch. Stymulacja procesów spalania tłuszczu... Tu mam zagadkę, bo nie wiem czy to drobne wahania w diecie, czy efekt stosowania Eveline, sprawiły, że podczas używania serum na moim brzuchu było mniej tłuszczu niż po zakończeniu "kuracji". Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio poszalałam z węglowodanami prostymi, nie liczyłabym na cud :). Trzeba jednak przyznać, że skóra poddana działaniu serum była napięta i jędrna. Nawilżenia jednak nie dostrzegłam.


czwartek, 28 lutego 2013

Mój makijaż na co dzień

Nie lubię mocnego makijażu na co dzień. Uważam, że w przypadku przeciętnego dnia wypełnionego bieganiem po uczelni czy sklepach nie ma sensu katować oczu kilkoma warstwami cieni. Mniej znaczy więcej – stawiam na makijaż delikatny, naturalny. Jeżeli już coś ma rzucić się w oczy, niech to będzie pomadka lub neutralny cień na powiece. Czego konkretnie używam?



1.       Baza pod makijaż Inglota. Jestem jej wierna od kilku dobrych lat. Znakomicie wygładza, zmniejsza widoczność porów, matuje i znacząco przedłuża trwałość makijażu. Jest bardzo wydajna, wystarcza na cztery-pięć miesięcy regularnego stosowania.

2.       Podkład Inglota – kolejny ulubieniec. Używam odcienia numer 41 (bodajże drugi w kolejności – 40 byłby najlepszy jeśli chodzi o jasność, ale jest chłodny, a moja cera charakteryzuje się ciepłymi tonami). Ładnie dopasowuje się do koloru skóry, dobrze kryje, całkiem nieźle matuje. Nie zdarzyło mi się, aby się zważył, chociaż stosuję go od kilku lat. Lubi spłynąć w wysokich temperaturach, cóż, jestem w stanie mu to wybaczyć. Podobnie jak baza, jest diablo wydajny.

3.       BB krem Hot Pink Skin79. Używam go naprzemiennie z Inglotem. Opisywałam go już tutaj. Dobrze kryje, ma semi-matowe wykończenie, i co najważniejsze, zawiera filtry UV – co prawda tylko 25SPF, ale jednak. 
4.       Salmon Concealer SkinFood – powiem szczerze, że mam go już dość, ale dna ciągle nie widać ;) Postanowiłam sobie, że nie kupię innego, dopóki nie skończę tego (chyba, że wcześniej się zepsuje). Wszystko co mogłam o nim napisać, wylądowało tutaj.  


5.       Kredka do oczu Essence – jak widać używam głównie czerni. Stosuję ją na górną linię wodną, optycznie zagęszcza rzęsy i nadaje makijażowi nieco wyrazu. Ponieważ siłą rzeczy jej trwałość na linii wodnej jest mniejsza niż na powiece, trudno mi ją ocenić. Tak czy inaczej, póki nie trze się oczu, potrafi wytrwać cały dzień w dobrym stanie.
6.       Tusz the Colossal Volum’ Express Maybelline, wodoodporny – pisałam już o nim w tej recenzji. Chyba nie muszę niczego dodawać – dla mnie idealny.


Opcjonalnie dodaję na powiekę cienie: 
7.       Oh De Prep, Essence – z limitowanki A New League. Jego dni są już chyba policzone (swoją drogą jego pojemność w stosunku do trwałości – 6 miesięcy – to lekka pomyłka), ale w zapasach mam jeszcze jeden. Ładny, miedziany kolor, z którym doskonale się współpracuje.
8.       Zdarza mi się sięgnąć po trójki Sensique (chociaż korzystam z dwóch kolorów - matowe brązy są uniwersalne).
9.       Sand Francisco Miss Sporty – cień o haniebnej trwałości i pigmentacji, ale używam go niekiedy do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka.



10.   Puder Stay Matte Rimmel – jak znajdę swój ideał, to się go trzymam – ten puder jest kolejnym takim ideałem. Matuje na wiele godzin, dobrze dopasowuje się do koloru skóry, nie daje efektu „mąki” na twarzy. Nawet stosowany samodzielnie może zakryć niewielkie zaczerwienienia.


Na usta zazwyczaj nakładam Carmex (11) w tubce. Nie dość, że pielęgnuje jak żaden inny balsam, to jeszcze nabłyszcza usta jak żaden błyszczyk ;) Czasami mam jednak ochotę na trochę koloru, zazwyczaj wybieram wtedy: 
12.   Pomadko-błyszczyki Celii, które posiadam w liczbie dwóch sztuk o numerach 509 i 513. Nie wysuszają ust, dobrze się rozprowadzają, dość łatwo można kontrolować nasycenie koloru. No i ładnie pachną :)


Czy któreś z tych produktów znajdują się w Waszej podstawowej kosmetyczce? Co o nic sądzicie?

piątek, 4 stycznia 2013

Wspomnienia zeszłego roku - grudniowe denko

W tym miesiącu znowu sporo - jak na mnie - kosmetyków. Byłoby jeszcze więcej, ale od dwóch tygodni siedzę w domu i korzystam z zapasów tu zgromadzonych.


1. Bielenda, Czarna oliwka, Nawilżająca 2 - fazowa oliwka do demakijażu oczu i ust - funkcję przeciwzmarszczkową pomijam milczeniem. Jeśli jako przeciwdziałanie bruzdom weźmiemy nawilżenie, to owszem, w końcu to oliwka, a po użyciu pozostawia na powiekach tłustą warstewkę (u mnie mile widzianą), ale zmarszczek nie usunie. Nie wymagam tego od dwufazówek, bo to rola kremów (ewentualnie zabiegów chirurgicznych :D), ale śmieszy mnie taka deklaracja na opakowaniu. 

Oliwka bardzo dobrze i szybko radzi sobie z demakijażem oczu i ust. Jednak usuwanie wodoodpornych kosmetyków zajmuje jej nieco więcej czasu niż wersji z bawełną i również trzeba jej więcej użyć, by zrobić to dokładnie. Raczej nie podrażnia, ale jednak czasami zalewałam się łzami, gdy płyn dostał się do oka. Nie zdarzało mi się to, gdy korzystałam z różowej poprzedniczki, więc wynik ostateczny to 1:0 dla bawełny i tę ostatnią kupię następnym razem.

2. AA Technologia Wieku, Pielęgnacja Antycellulitowa, Mleczko do ciała wygładzająco - ujędrniające - recenzja tutaj. Przyjemny kosmetyk, chociaż nie ujędrnia, to być może kiedyś jeszcze zawita na moją półkę.

3. Isana, brzoskwiniowa pianka do golenia - to już n-te zużyte opakowanie tej pianki. Jest moją ulubioną - bardzo tania (ok. 5zł), wydajna, bo mała ilość potrafi pokryć prawie całą nogę, świetnie zmiękcza włoski i nadaje niezły poślizg maszynce. Dodatkowo ma ładny zapach. Nie podrażnia ani nie wysusza, czasami po depilacji nie nakładam na łydki żadnego balsamu i mimo to skóra jest w dobrej kondycji. Gdyby jeszcze spowalniała odrastanie włosków, to wychwalałabym ją pod niebiosa, ale i tak jest znakomita i kupię ją jeszcze niejednokrotnie. 

4. Carmex, balsam do ust w słoiczku - od kiedy odkryłam tę firmę, zawsze mam pod ręką ten balsam w jakiejkolwiek formie. Wersję w słoiczku bardzo polubiłam. Nie jest może najbardziej higieniczna, ale nawet mi to nie przeszkadzało. Opakowanie solidne, produkt wydajny (kupiłam go we wrześniu, skończył się jakoś na początku grudnia), a co najważniejsze bardzo skuteczny! Moje usta bez Carmexu żyć nie mogą ;) są nawilżone, zadbane, ten balsam radzi sobie ze wszystkimi problemami ust ze skłonnościami do pękania i wysychania. 

źródło

Ostatniego dnia grudnia skończył mi się również Carmex w sztyfcie. Mimo że to od niego zaczynałam, chyba do sztyftu już nie wrócę. Nakładanie go na usta było jakieś dziwne, być może to filtr sprawił, że po jakimś czasie wyczuwałam na wargach tłustą zasychającą warstwę. Ponadto po raz drugi pod koniec użytkowania zepsuł się mechanizm wysuwania sztyftu i to już nie może być przypadek :(

5. Joanna, peeling myjący do ciała - recenzja tutaj. Fantastyczny peeling. Nie kupiłam jeszcze nowego opakowania, ale przymierzam się do żurawiny. 

6. Facelle, płyn do higieny intymnej - opinia tutaj. Niestety zawiódł mnie na całej linii i już do niego nie wrócę. W skrócie: był przeciętny przy higienie intymnej, a z włosów zrobił siano.

7. Wellness & Beauty, Olejek do kąpieli, trawa cytrynowa i bambus - producent proponuje dwie do trzech nakrętek olejku do wanny, ale niestety to o wiele za mało. Aby poczuć efekt, do wanny o standardowych rozmiarach i zapełnionej prawie w połowie musiałam wylać o wiele więcej i nawet nie bawiłam się w odliczanie nakrętek. Olejek starczył na cztery kąpiele, w tym jedną o przepisowej zaaplikowanej ilości.

Zapach jest ledwo wyczuwalny, piany tworzy się przeciętna ilość. Największym plusem jest nawilżenie skóry. Mimo to nie kupię ponownie, jest wiele lepszych olejków, które nie mają wyżej wymienionych wad.


8. Eveline, Pure Control, Antybakteryjny tonik głęboko oczyszczający na pryszcze i wągry - dobrze usuwa z twarzy zanieczyszczenia, odświeża i pomaga zwalczać pryszcze. Wągrów nie ruszy za nic w świecie, ale hamuje powstawanie nowych. Całkiem nieźle nawilża. Nie podrażnia. Chociaż nie jest mi niezbędny do życia, lubię czasem przetrzeć nim twarz. Jest także tani (ok. 10zł). 

9. Isana, Oliwkowy krem do rąk - jest moim drugim po Urea 5% ulubionym kremem do rąk Isany. Odpowiednio gęsty, dobrze nawilża, szybko się wchłania. Kupiłam go jednak, gdy w Rossmannie zabrakło właśnie Urea 5% i prawdopodobnie będę do niego wracać tylko w takich awaryjnych przypadkach, bo mimo wszystko jest nieco zbyt lekki. Z oliwkowych kremów wolę ten Ziai, który jest trochę droższy, ale jednocześnie bardziej treściwy.


A jak Wasze ubiegłoroczne (;)) zużycia? Korzystałyście z któregoś z tych produktów?

piątek, 7 września 2012

Nawet najlepsi sięgają dna: sierpniowe denko.

Mimo iż wrzesień trwa już od tygodnia, dopiero teraz przychodzę z denkiem - w dodatku, o ile dobrze pamiętam, moim pierwszym "oficjalnym". Wykorzystałam niewiele produktów, a kilka z nich dostanie swoje oddzielne recenzje, więc ten zbiór nie jest specjalnie pokaźny.


1. Oceanic, AA Technologia Wieku 18+ Pielęgnacja Młodości, Krem matująco - normalizujący na dzień i na noc - parę dni po moich 20. urodzinach skończył mi się krem matujący Under 20. Pomna, że mam na karku lat 20, więc "under" już do mnie nie pasuje, szukałam innego kremu. Ten akurat był w promocji. Chociaż teoretycznie wskazaniami nie różni się zbytnio od Under 20, wylądował w koszyku.
  Całkiem ładny słoiczek (mam jakąś słabość do słoiczkowych kremów, mimo iż rzadko ich używam i nie są szczególnie higienicznym rozwiązaniem), przyjemny zapach, gęsta konsystencja - aplikację wspominam miło.    Szybko się wchłaniał, był idealny pod podkład, a dzięki konsystencji także jako podstawa masażu twarzy, chociaż na początku trudno było mi się przestawić z bardziej wodnistego Under 20 na ten. 
  Jeśli chodzi o działanie: faktycznie matował. Mam mieszaną cerę i problemy ze świeceniem w strefie T, ten krem dobrze powstrzymywał problem. Jeśli zaś chodzi o tzw. normalizację... powiem tak: nie miałam po nim wysypu, podrażnień, skóra była przyjemnie nawilżona, gładka i miękka. Zauważyłam jednak, że krostek jest więcej, niż przy używanym wcześniej kremie Under 20 z serii Anti!Acne: po prostu nie umiał ich skutecznie zwalczać.
  Wydajność była całkiem dobra, jak na 50ml: używałam go z przerwami dwa razy dziennie przez jakieś półtora miesiąca. 
  Na razie wróciłam do kremu Under 20. Czy ten zagości u mnie ponownie? Prawdopodobnie będę szukała dalej, ale ten zostawi u mnie pozytywne wspomnienia. 

2. Rimmel, Stay Matte, Pressed Powder, 003 (Peach Glow) - mój ukochany puder od kilkunastu miesięcy... a może nawet kilku lat? Nie zliczę wykorzystanych opakowań. Matuje idealnie, na długo, czasami wystarczy użyć go rano i mieć spokój na cały dzień (o ile warunki atmosferyczne pozwolą, wiadomo upał, deszcz skracają ten czas). Jest niewidoczny na twarzy, a przy tym maskuje niewielkie przebarwienia i niedoskonałości. Niesamowicie wydajny, żeby całkowicie oczyścić pudełko potrzebuję czterech-pięciu miesięcy... śmiem twierdzić, że ten tutaj był ze mną obecny nawet jakieś siedem (podczas wakacji rzadko się maluję), i teoretycznie mimo końca daty przydatności wciąż spełniał swoje zadanie. 
  Wady? Opakowanie jest trochę zbyt delikatne, a wieczko zbyt łatwo się zdejmuje. W pewnych momentach może to skutkować niemiłym wypadkiem. 

3. Nivea Visage, Pure & Natural, Tonik oczyszczający z bio-olejkiem arganowym - nie przepadam za produktami Nivea. Ten tonik kupiła sobie moja mama, niestety uczulił ją (zdaje się, że to przez aloes w składzie), a jako, że skończył się mój Under 20, postanowiłam wykorzystać ten. Byłam mile zaskoczona - tonik dobrze oczyszczał i odświeżał, nie podrażniał.
  Co do naturalnego składu - nie mnie to oceniać, ale zdaje się, że mogę wskazać na swojej półce z 10 produktów nie mających na etykiecie napisu "eko", a jednak podobnie lub bardziej naturalnych. Czy kupię ponownie? Niewykluczone, ale jestem bardziej na nie. Mimo, że krzywdy mi nie zrobił i korzystanie z niego było przyjemne, nie uczynił też niczego aż tak dobrego, by przy nim pozostać. Szukam dalej :) 

4. Carma Laboratories, Carmex Lip Balm SPF15 - na moje wiecznie spierzchnięte wargi próbowałam wszystkiego: pomadek Nivea (wielkie pudło!), Isany (całkiem dobrze, ale to ciągle nie to), Under 20 (jak u Isany).
  W końcu stwierdziłam, że pora na klasyk. Podziałało! W końcu zapomniałam, co to popękane wargi. Carmex naprawdę dobrze je pielęgnuje, są gładkie i miękkie. Dodatkowo w bonusie: przyjemne uczucie mrowienia, ładny zapach i filtr UV. Teraz mam Carmex w słoiczku, na początek roku akademickiego sprawię sobie kolejny sztyft (do torebki), i chętnie wypróbuję także Carmexy w tubkach. 
Wada? Sztyft stanowczo zbyt szybko się kończy...


5. ISANA, Krem do rąk, Kwiat pomarańczy - jeśli krem do rąk, to tylko z Isany: wszystkie są tanie, dobrze działają i mają przyjemne zapachy. Próbowałam już większości, więc kiedy pojawiła się edycja limitowana o zapachu kwiatu pomarańczy, nie zwlekałam długo.
  Pierwsze, co zwraca uwagę, to rzeczywiście zapach: mnie osobiście kojarzy się bardziej ze słonecznikiem, a co za tym idzie, z przyjemnymi latami dzieciństwa, kiedy to jadło się nasiona słonecznika garściami ;) bardzo przyjemny. Działanie: krem dobrze nawilżał dłonie, ale jednak zabrakło mu tego czegoś. Był bardzo rzadki, trudno się wchłaniał i po dłuższym wmasowywaniu go w skórę (niezbędnym z powodu w/w trudności z wchłanianiem), zostawiał ją jakby ściągniętą? Tłustej, klejącej się warstwy nie było, ale do uczucia pełnego zadowolenia brakowało mi bardziej intensywnej pielęgnacji. Mimo to kupiłabym go ponownie ze względu na zapach ;)