Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skin79. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skin79. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lipca 2013

ULUBIEŃCY i nie tylko, czyli denko czerwcowe

Tak jak przewidywałam w zeszłym miesiącu, czerwcowe denko okazało się spore. To i tak nie są wszystkie produkty, bo pominęłam m.in. krem do rąk Isany 5% Urea, o którym i tak ględzę przy każdej okazji, więc stwierdziłam, że już wystarczy. 

Aparat odmawia posłuszeństwa i zdjęcia wyglądają trochę jak robione za mgłą (nie jest to wina brudnego obiektywu :P). Mam nadzieję, że do następnego razu uda mi się naprawić tę usterkę i następny post będzie okraszony zdjęciami o idealnej ostrości. 

Ulubieńców zaznaczyłam fioletowym tłem.


1. Isana, mydło do rąk Mango&Pomarańcza. Uwielbiam mydła Isany i nigdy nie przegapię okazji, by przetestować nowy zapach. To mydło pachniało wyraźnie... Mirindą lub Fantą, co kojarzyło mi się z dzieciństwem i czasami, gdy kupowało się Mirindę ze względu na wizerunki Pokemonów pod nakrętką ;). Isana o tym zapachu ma w sobie jakąś kręcącą w nosie nutę, które nadaje jej "gazowanego" charakteru. 
Woń jest dość mocna i o ile nie zostaje na rękach, to i tak czasem podczas mycia zaczyna przeszkadzać. 

Mydło ma trochę galaretowatą konsystencję i często mi się zdarzało, że zanim rozprowadziłam je w dłoniach, część spadła do umywalki. Przy innych wersjach zapachowych ten problem nie jest aż tak dokuczliwy. Do tej już raczej nie wrócę.

2. Lirene, MaXSlim, balsam intensywnie ujędrniający - peany na temat tego balsamu wygłaszałam jeszcze we wrześniu, ale potem jakoś nasze drogi się nie krzyżowały. W końcu trafiłam na niego w promocji, a że byłam zmęczona balsamami, które robiły wszystko poza ujędrnieniem, kupiłam bez zastanowienia. I zdania nie zmieniam! Świetnie nawilża, ujędrnienie jest znakomite, naprawdę wyraźne, a zapach i sposób aplikacji to sama przyjemność. Podczas jego stosowania skóra jest idealnie gładka i sprężysta. Jedyną wadą jest wydajność, bo po miesiącu po opakowaniu 400ml nie ma śladu. 


3. Fusswohl, zmiękczający krem do stóp - zapach jest w porządku, nakłada się go wygodnie, wchłania się szybko i nie pozostawia tłustej warstwy. Nawilżenie jest średnie, o zmiękczeniu nie ma nawet mowy. Nie wysusza i stopy po aplikacji są miłe w dotyku. Efektu "wow" nie ma się jednak co spodziewać, jest bardzo lekki i nie sprawdzi się przy poważniejszych problemach ze stopami. 

4. Joanna Naturia, Peeling do ciała, antycellulitowy z  kawą - byłam bardzo zadowolona z wersji imbirowej i liczyłam, że przy kawowej będzie podobnie. Jest jednak gorzej, wydaje mi się, że drobinki w tej wersji są mniej ostre i jest ich mniej. Produkt ściera w miarę porządnie, ale, niestety, nie jest to taka siła, która by mnie zadowoliła. Niezbyt chętnie sięgałam po ten produkt i wykończenie go zajęło mi więcej niż wskazywałaby na to jego pojemność. 

5. Yves Rocher, krem do rąk Wanilia & Cytryna - krem ten był elementem świątecznej (zimowej?) edycji limitowanej i BARDZO żałuję, że nie go już w sprzedaży. Przetrwał tak długo, bo nosiłam go w torebce, jego rozmiar (mam miniaturkę) i formuła sprawdzały się do tego celu idealnie. 
Przede wszystkim zapach - słodka, ale nie nachalna wanilia złamana nutą cytryny. Ta woń zachwycała mnie i  zwracała pozytywną uwagę wszystkich dokoła, bo krem pachniał mocno, ale nie "walił" chemią czy nadmiernym naperfumowaniem. Długo utrzymywał się na skórze.
Konsystencję miał lekką, ale nie lejącą. Wchłaniał się szybko, nie zostawiając klejącej warstwy. 
Nawilżenie niezłe. Na pewno nie zaryzykowałabym używania tego kremu pojedynczo, zwłaszcza zimą, ale jako ratunek w ciągu dnia był niezastąpiony. 
Jeśli kiedykowiek wróci do sprzedaży, kupię go na pewno.



6. Bielenda, tonik do cery mieszanej i tłustej, Ogórek & Limonka - niska cena, bo niecałe 10zł za 200ml i zapewnione uczucie odświeżenia to główne zalety tego toniku. Nie zauważyłam żadnego działania pielęgnacyjnego i matowienie też nie rzuciło mi się w oczy. Krzywdy jednak też nie robi - nie zostawia tłustej warstwy, nie podrażnia, nie powoduje ściągnięcia czy przesuszenia skóry. Świetnie oczyszcza z brudu i radzi sobie nawet w pozostałościami makijażu. Pewnie do niego wrócę. Nie zachwycam się nim tylko dlatego, że toniki w ogóle nie są moimi ulubionymi kosmetykami ;)

7. Efektima, glinkowa maseczka oczyszczająca - nie spodziewałam się po niej cudów, ale skończyło się na tym, że po użyciu miałam ochotę sprawić tej maseczce osobną recenzję. Zapach może odrzucić, bo jest nieco plastikowy, ale dalej jest tylko lepiej! Maseczka bez problemu się zmywa, a my otrzymujemy oczyszczenie i zmatowienie bez efektu przesuszenia. Co ważniejsze, rozszerzone pory znikają bez śladu, a zaskórniki są mniej widoczne. Efekt utrzymuje się do kilku dni. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to chciałabym, aby buzia po zabiegu była nieco bardziej gładka, ale i tak - wrócę do tego produktu na pewno. 

8. Skin79, Super Plus BB Cream Hot Pink - ten BB krem zasłużył na osobny wpis, ale że jest pocięty i do cna wykorzystany, ląduje tylko w denku. Może jego następca będzie miał więcej szczęścia :)

Startował z pozycji ulubieńca, potem nasze stosunki trochę się ochłodziły. Nie ma co się przerażać szarym kolorem kremu (swatch pokazywałam tutaj), bo kremy Skin79 bardzo dobrze dopasowują się do koloru skóry. Nie będę jednak ukrywać, że zabarwienie mojej cery jest bardziej żółte niż różowe i Hot Pink gryzł się nieco z moją karnacją. W którymś momencie zauważyłam, że moja twarz przestaje wyglądać zdrowo i przejmuje od Skin79 lekko szary odcień. Równie dobrze mógł być to jednak wpływ długiej zimy i braku słońca (właśnie wtedy głównie go używałam), a Hot Pink tylko spotęgował wrażenie zmęczonej cery. 

Mimo wszystko krem dobrze stapia się ze skórą, nie roluje się i nie spływa w ciągu dnia. Krycie ma niezłe, dobrze wyrównuje koloryt, ale nie będzie wystarczający dla osób, które chcą ukryć duże przebarwienia albo wypryski.

Jego wykończenie jest półmatowe, więc cery suche i normalne mogą się obejść bez pudru, mieszane i tłuste po jednorazowym oprószeniu twarzy powinny mieć spokój ze świeceniem się skóry.

No i nie można zapomnieć, że posiada filtr 25 SPF.

Nie jestem pewna, czy chcę do niego wracać. Obecnie używam kremu Skin79 w wersji Orange i już teraz Wam powiem, że jestem bardzo zadowolona. Niedługo pojawi się jego recenzja.  


9. Garnier Ultra Doux, odżywka d/s z olejkiem z awokado i masłem karite - ta odżywka jest bardzo lubiana w blogosferze i ja częściowo podzielam to zdanie, ale na pewno nie zostanie moim ulubieńcem. Co robi? Dobrze wygładza, włosy już w trakcie aplikacji stają się śliskie i miękkie, po zmyciu łatwiej jest rozczesać. Czego nie robi? Nie robi szału ;) A tak na serio - nie zauważyłam, żeby włosy wyglądały po niej lepiej niż po jakiejkolwiek innej lubianej przeze mnie odżywce. Więcej nawet, trochę się puszyły. Odżywka jest dobra, ale nie powaliła mnie na kolana, więc idę testować dalej :)

10. Joanna, Rzepa, kuracja wzmacniająca do włosów - właściwie skończyła się trochę wcześniej, ale leżała pomiędzy używanymi kosmetykami i dopiero niedawno zdecydowałam się wrzucić ją do denka. Dostała już własną recenzję, więc nie będę się zagłębiać. Powiem tylko tyle, że efekt, który daje, nie jest długotrwały i kurację trzeba powtarzać. Przynajmniej w moim wypadku, ale uprzedzam, że ja mam problemy z wypadającymi włosami od kiedy pamiętam. Osoby, które dotknęło to nagle i przelotnie, mogą nie potrzebować powtórki. W każdym razie polecam. 


11. Eveline, Slim Extreme, Push-Up, superskoncentrowane serum do biustu - nawilżony, jędrny i podniesiony biust o pięknym kształcie. Wracam do tego produktu od lat, bo DZIAŁA. Powiększać nie powiększa, ale tworzy swoisty niewidzialny biustonosz, którym otula piersi i widocznie poprawia ich wygląd.


Pora kończyć ten nieprzyzwoicie długi post, mam nadzieję, że dotrwałyście do końca :) 
Chętnie posłucham Waszych opinii na temat tych produktów.

czwartek, 28 lutego 2013

Mój makijaż na co dzień

Nie lubię mocnego makijażu na co dzień. Uważam, że w przypadku przeciętnego dnia wypełnionego bieganiem po uczelni czy sklepach nie ma sensu katować oczu kilkoma warstwami cieni. Mniej znaczy więcej – stawiam na makijaż delikatny, naturalny. Jeżeli już coś ma rzucić się w oczy, niech to będzie pomadka lub neutralny cień na powiece. Czego konkretnie używam?



1.       Baza pod makijaż Inglota. Jestem jej wierna od kilku dobrych lat. Znakomicie wygładza, zmniejsza widoczność porów, matuje i znacząco przedłuża trwałość makijażu. Jest bardzo wydajna, wystarcza na cztery-pięć miesięcy regularnego stosowania.

2.       Podkład Inglota – kolejny ulubieniec. Używam odcienia numer 41 (bodajże drugi w kolejności – 40 byłby najlepszy jeśli chodzi o jasność, ale jest chłodny, a moja cera charakteryzuje się ciepłymi tonami). Ładnie dopasowuje się do koloru skóry, dobrze kryje, całkiem nieźle matuje. Nie zdarzyło mi się, aby się zważył, chociaż stosuję go od kilku lat. Lubi spłynąć w wysokich temperaturach, cóż, jestem w stanie mu to wybaczyć. Podobnie jak baza, jest diablo wydajny.

3.       BB krem Hot Pink Skin79. Używam go naprzemiennie z Inglotem. Opisywałam go już tutaj. Dobrze kryje, ma semi-matowe wykończenie, i co najważniejsze, zawiera filtry UV – co prawda tylko 25SPF, ale jednak. 
4.       Salmon Concealer SkinFood – powiem szczerze, że mam go już dość, ale dna ciągle nie widać ;) Postanowiłam sobie, że nie kupię innego, dopóki nie skończę tego (chyba, że wcześniej się zepsuje). Wszystko co mogłam o nim napisać, wylądowało tutaj.  


5.       Kredka do oczu Essence – jak widać używam głównie czerni. Stosuję ją na górną linię wodną, optycznie zagęszcza rzęsy i nadaje makijażowi nieco wyrazu. Ponieważ siłą rzeczy jej trwałość na linii wodnej jest mniejsza niż na powiece, trudno mi ją ocenić. Tak czy inaczej, póki nie trze się oczu, potrafi wytrwać cały dzień w dobrym stanie.
6.       Tusz the Colossal Volum’ Express Maybelline, wodoodporny – pisałam już o nim w tej recenzji. Chyba nie muszę niczego dodawać – dla mnie idealny.


Opcjonalnie dodaję na powiekę cienie: 
7.       Oh De Prep, Essence – z limitowanki A New League. Jego dni są już chyba policzone (swoją drogą jego pojemność w stosunku do trwałości – 6 miesięcy – to lekka pomyłka), ale w zapasach mam jeszcze jeden. Ładny, miedziany kolor, z którym doskonale się współpracuje.
8.       Zdarza mi się sięgnąć po trójki Sensique (chociaż korzystam z dwóch kolorów - matowe brązy są uniwersalne).
9.       Sand Francisco Miss Sporty – cień o haniebnej trwałości i pigmentacji, ale używam go niekiedy do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka.



10.   Puder Stay Matte Rimmel – jak znajdę swój ideał, to się go trzymam – ten puder jest kolejnym takim ideałem. Matuje na wiele godzin, dobrze dopasowuje się do koloru skóry, nie daje efektu „mąki” na twarzy. Nawet stosowany samodzielnie może zakryć niewielkie zaczerwienienia.


Na usta zazwyczaj nakładam Carmex (11) w tubce. Nie dość, że pielęgnuje jak żaden inny balsam, to jeszcze nabłyszcza usta jak żaden błyszczyk ;) Czasami mam jednak ochotę na trochę koloru, zazwyczaj wybieram wtedy: 
12.   Pomadko-błyszczyki Celii, które posiadam w liczbie dwóch sztuk o numerach 509 i 513. Nie wysuszają ust, dobrze się rozprowadzają, dość łatwo można kontrolować nasycenie koloru. No i ładnie pachną :)


Czy któreś z tych produktów znajdują się w Waszej podstawowej kosmetyczce? Co o nic sądzicie?

piątek, 16 listopada 2012

Mini przewodnik po kremach BB [Missha, Skin79, Lioele]



Moja przygoda z koreańskimi kremami BB trwa już prawie rok – „wkręciłam się” w BB-manię w ostatniej chwili, zanim stały się popularne, dość krótko przed tym, kiedy na rynku zaczęły pojawiać się ich europejskie odpowiedniki. Do tej pory trzymam się tylko „oryginałów”, lubię wypróbowywać nowe rodzaje i marki. Wydaje mi się, że znalazłam już swojego ulubieńca, ale lista kremów do wypróbowania nadal nie jest pusta.

Większość BB, jakich używałam, była w formie próbek. Nie pokusiłabym na zamówienie dość pełnej wersji kosmetyku, nie wiedząc, czy przypadnie mnie i mojej cerze do gustu. Ten post nie będzie więc dokładną recenzją żadnego z kremów – Missha M Perfect Cover dostanie być może osobny tekst – ale bardziej mini przewodnikiem najpopularniejszych kremów dla tych, którzy, być może, szukają dla siebie prezentu na święta lub po prostu nie wiedzą, od czego zacząć.

Przede wszystkim – gdzie szukać próbek?

ü  Ebay – można znaleźć tu próbki większości koreańskich kremów BB. Przesyłka zwykle jest darmowa, a próbki na każdą kieszeń, bo ceny nie przekraczają 10zł, średnia to raczej 7-8. Na jednej aukcji kupujemy zwykle trzy do pięciu saszetek z kremem. Taka saszetka bez problemu wystarcza na dwie aplikacje. Prosta kalkulacja wskazuje, że możemy sobie pozwolić na nałożenie danego kremu co najmniej sześć razy – wystarczająco dużo, by sprawdzić, czy nam pasuje – w różnych warunkach pogodowych, z bazą czy bez – i czy nie robi szkody cerze.

ü  AsianStore – próbki z tego sklepu znajdują się w małych (2ml) słoiczkach i kosztują średnio 9zł za sztukę. Niestety dodać do tego trzeba koszty wysyłki (o ile nie mieszka się w Krakowie, skąd można umówić się na odbiór osobisty). Zawartość słoiczka spokojnie powinna wystarczyć na sześciokrotną aplikację.

ü  Allegro – tu ceny próbek mocno się wahają i po doliczeniu przesyłki za taką samą ilość tego samego kremu możesz zapłacić od 6 do 14 zł. Warto jednak dokładnie czytać opisy i sprawdzać, czy w gąszczu dwumililitrowych próbek nie znajduje się jakaś mniejsza…


Jeśli zaś chodzi o pełnowymiarowe wersje – polecam Ebay. Kremy są tam najtańsze, wybór ogromny, często można trafić na promocje. Wielu sprzedawców dodaje do zakupów gratisy. Przed zakupem warto jednak przeszukać sieć (nie tylko stronę z opiniami), by sprawdzić, czy sprzedawca, którego oferta nas interesuje, jest uczciwy i sprzedaje oryginalne kosmetyki. Ze swojej strony polecam


Na drugim miejscu, jeśli chodzi o ceny, jest Allegro – chociaż i tak przebicie tutaj może sięgać nawet 30%. AsianStore jest najdroższy. Dla przykładu podam ceny kremu Skin79 Hot Pink o pojemności 40g: Ebay – 39zł, Allegro – 60zł, AsianStore – 85zł.

Zamawianie z Ebay nie jest trudne, a przesyłki dochodzą w niecałe dwa tygodnie. Nigdy nie zdarzyło mi się, by cokolwiek po drodze zginęło. Będę trzymać się tego miejsca :)

Dlaczego zainteresowałam się kremami BB? Przede wszystkim chciałam spróbować czegoś nowego ;) ponadto kremy te posiadają, oprócz wyrównania kolorytu i ukrycia niedoskonałości, dwie pożądane przeze mnie cechy:
1)      Filtry UVB/UVA – nie lubię wystawiać twarzy na działanie promieniowania słonecznego. Używanie klasycznych kremów z filtrami jest kłopotliwe – długo się wchłaniają, są tłuste, doprowadzają do zważenia się makijażu… Są dobrym kosmetykiem na wakacje, ale nie na co dzień.
Nie każdy krem BB zawiera filtr, ale większość zapewnia ochronę co najmniej 25 SPF i PA ++.
 2)      Kolor. Blade twarze znają ból wyboru podkładu w drogerii, gdzie nawet najjaśniejsze odcienie okazują się zbyt ciemne. Kremy BB dopasowane są do potrzeb Azjatek, osób o mlecznej cerze, a więc bardzo jasne. Ponadto w dużym stopniu potrafią dopasować się do koloru skóry.
Inne właściwości kremów – przeciwzmarszczkowa, kojąca czy lecząca – są dla mnie mniej ważne, ale na dłuższą metę wolę krem BB z dodatkowymi funkcjami, niż zwykły podkład, który na twarzy ma po prostu wyglądać ;)

Na dywanik biorę dziś pięć kremów BB:

MISSHA M Perfect Cover
MISSHA M Signature Real Complete
SKIN79 SUPER + Triple Functions Hot Pink
SKIN79 SUPER + Triple Functions Vital
LIOELE Dollish Veil Vita

No to lecimy!

FILTRY

Najlepszą ochronę zapewnia krem Skin79 Vital z filtrem SPF50+ i PA+++.  Drugi w kolejce jest BB Misshy Perfect Cover:  SPF42 i PA+++. Używałam obu kremów w czasie największych wakacyjnych upałów i nie opaliłam się ani o jotę. Pozostała trójka ma standardowy filtr o wysokości SPF25 i PA++. Jest to i tak więcej niż większości wypuszczanych na polski rynek kremów pielęgnujących z filtrem czy kremów BB zachodnich producentów, gdzie maksymalna ochrona to 15SPF i PA+.

Chociaż żadnego z kremów nie użyłabym na plażę – trudno stwierdzić, nie znając składu, na ile są one faktycznie silne i fotostabilne – to jednak, zauważywszy brak jakiejkolwiek opalenizny, uznaję, że nadają się na lato w mieście. Z kolei niższe filtry będą dobrym rozwiązaniem na zimowe dni, gdy do północnej półkuli dociera mniej promieniowania.

KOLORY


Po roztarciu... 



Kremy Misshy występują w trzech odcieniach:
#13 Milky Beige – bardzo jasny kolor, idealny dla osób o praktycznie białej skórze. Na Ebayu jest mniej popularny niż jego ciemniejsi koledzy i przez to często nieco droższy.
#21 Light Beige – najbardziej odpowiedni dla bladziochów, którzy tak zupełnie biali nie są.
#23 Natural Beige – z tym kolorem nie miałam do czynienia, ponieważ z całą pewnością byłby dla mnie zbyt ciemny. Podejrzewam, że osoby nie mające problemu ze znalezieniem podkładu drogeryjnego byłyby z tego odcienia zadowolone.

Kremy Skin79 mają jeden kolor. Na swatchu wydaje się ciemny i szarobury, ale niech Was to nie zraża – naprawdę dobrze dopasowuje się do koloru skóry. Moja karnacja to coś pomiędzy misshowymi #13 i #21, i Skin79 dostosował się do tej barwy idealnie.

Krem Lioele, który opisuję, występuje w dwóch wersjach kolorystycznych: zielonej (#2 Natural Green) i fioletowej (#1 Gorgeous Purple). Nałożenie go na skórę może budzić strach, ale rozprowadzony wtapia się w nią i dopasowuje do kolorytu, delikatnie go rozjaśniając. Zielony jest odpowiedzialny za redukowanie zaczerwienień, a fioletowy za ożywienie zmęczonej cery i neutralizowanie żółtego odcienia.

APLIKACJA

Wszystkie kremy mają lekką konsystencję i rozprowadzają się dobrze. Do pokrycia całej twarzy wystarczy niewielka ilość produktu, co pozytywnie wpływa na ich wydajność.

DZIAŁANIE

Zdecydowanie najbardziej do gustu przypadły mi kremy Skin79. Idealnie dopasowywały się do mojej karnacji, rzeczywiście ładnie wyrównywały kolor, wygładzały cerę. Trudno było stwierdzić, że mam cokolwiek na twarzy, tak naturalny dawały efekt. I co ważne, regulowały wydzielanie sebum. Już ich wykończenie było obiecujące, semi-matowe, po ich aplikacji moja cera potrzebowała jedynie niewielkiego przypudrowania. Potem, w ciągu dnia, nie występowała konieczność ponownego sięgnięcia po puder.

Opakowania Hot Pink i Vital różnią się tylko kolorami - Vital jest pomarańczowy; niestety nie zachowałam próbki, którą mogłabym to zilustrować

Kremy Misshy były wyższą szkołą akrobacji, bo od razu po ich zastosowaniu bardzo się świeciłam i trudno było mi zmatowić twarz. Z powodu takiego a nie innego wykończenia tuż po aplikacji wyglądałam, jakbym miała na twarzy woskową maskę, niezależnie od ilości użytego produktu.

Mimo, że problematyczny, Perfect Cover dawał ostatecznie dobry, naturalny efekt i używałam go z przyjemnością. Miał dobre krycie, chociaż na pewno nie nazwałabym go „perfekcyjnym”. Wygładzał i rozjaśniał. Raz przypudrowany, nie dawał się we znaki ponownym błyskiem. Był trwały i nie zostawiał śladów. Nosił się po prostu dobrze, nie mogłam mieć żadnych zastrzeżeń do jego działania. Tubka się już kończy, na pewno ciężko będzie mi się z nim rozstać.

Perfect Cover, jak widać, stracił nieco wyrazu.
Gorzej było z Signature Real Complete – po kilku godzinach od przypudrowania problem błyszczenia skóry się odnawiał; dla wielu osób jest to normalna kolej rzeczy, ja rozpieszczona przez Perfect Cover i podkład Inglota uznałam to za wielką wadę. Krycie miał średnie, trwałość również. Cera nie zyskiwała ładnego kolorytu. Miał również skłonności do brudzenia, jakby nie potrafił się całkowicie wchłonąć. I co najgorsza, okropnie mnie zapchał. Po żadnym innym kremie nie miałam wysypu krostek, Real Complete zawiódł mnie tutaj na całej linii.


Lioele dawał tak jak Skin79 wykończenie semi-matowe, które jednak nawet po nałożeniu pudru nie utrzymywało się długo i po kilku godzinach moja buzia zaczynała się lekko błyszczeć. Ponowne sięgnięcie po puder załatwiało sprawę  na kolejne parę godzin. Trwałość oceniam na kiepską – Lioele potrafi częściowo zniknąć z twarzy po kilku godzinach.

Natural Green faktycznie maskował zaczerwienienia. Gorgeous Purple z kolei nie dawał efektu jakiego się spodziewałam. Trochę rozjaśnił skórę, ale nie było żadnego efektu „wow”. Wydaje mi się wręcz, że poszarzał cerę… Z tych dwóch kremów wybieram właśnie zielony kolor – ma dobre krycie, koloryt skóry jest równy, świeży i zdrowy. Rozjaśnia tak samo dobrze jak fiolet, ale cera wygląda pod nim o wiele lepiej. 


POJEMNOŚCI I CENY

Kremy dostępne są w kilku pojemnościach:

®       Lioele Dollish Veil Vita ma 30ml i można kupić go już za około 50zł.

®       Missha M Perfect Cover występuje w wersjach 20 i 50ml. Ceny opakowania 20ml zaczynają się od ok. 28zł, 50ml to wydatek co najmniej 40zł.

®       Missha M Signature Real Complete można dostać w opakowaniach 20ml – tu ceny zaczynają się od ok. 30zł – i 45ml, za które musimy zapłacić co najmniej 60zł.

®       Skin79 Super + Triple Functions Hot Pink – za 40ml produktu zapłacimy przynajmniej 37zł. Istnieją również mniejsze pojemności: 25ml (ok. 29zł) i 15ml (za cenę ok. 26zł). Na aukcjach dostępne są małe opakowania po 5ml, często wysyłane po kilka na zasadzie próbek, pojedynczo w cenie ok. 10zł.

®       Skin79 Super + Triple Funtions Vital – tu 40ml kremu kosztuje od 45zł w górę. 15-mililitrowe opakowanie to koszt rzędu 32zł. Najmniejsza pojemność – 5ml – nie schodzi raczej poniżej 11zł. Nie spotkałam się z pojemnością 25ml.

(ceny podaję za Ebay.com)

Moim wyborem na okres zimowy będzie z całą pewnością Skin79 Hot Pink, później planuję przerzucić się na Vital tej samej firmy. Poważnie przemyślę również powrót do Misshy Perfect Cover. W międzyczasie chciałabym przetestować kilka kremów marki SkinFood.