piątek, 7 lutego 2014

Skrytka na słodycze, czyli karmelowo-cynamonowe masło do ciała Farmony

W balsamach czy masłach do ciała szukam przede wszystkim skutecznej pielęgnacji skóry, a potem pięknego zapachu. Czasami jednak to zapach staje się bohaterem pierwszoplanowym i czynnikiem zachęcającym do sięgnięcia po dany produkt - tak było w przypadku recenzowanego dzisiaj masła Tutti Frutti. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy - i co - ten kosmetyk ma do zaoferowania poza rozkoszną wonią (i czy faktycznie jest ona tak dobra jak sugeruje to nazwa), zapraszam do lektury. 

Farmona, Tutti Frutti, Masło do ciała, Karmel i cynamon
Gdzie? Rossmann, Mediq, Hebe, Natura, Auchan | Za ile? Ok. 13 zł


OPAKOWANIE

Prosty słój o pojemności 275 ml. Bez przekrętów z podwójnym dnem czy zwężającymi się ściankami - mamy tyle produktu, ile widzimy na wejściu. Masło zabezpieczone jest również folią ochronną, więc już w sklepie możemy sprawdzić, czy ktoś się przypadkiem do niego nie dobrał.


ZAPACH I KONSYSTENCJA

W tym momencie żałuję, że przez Internet nie można przesyłać zapachów. Kompozycja Tutti Frutti jest jedną z najlepszych, jakie miałam okazję spotkać w kosmetykach. Iście upajająca mieszanka gorącego karmelu i świeżego cynamonu jest genialnym rozwiązaniem za zimne dni: rozgrzewa i otula. To zapach niesamowicie słodki, jeszcze trochę, a byłby mdły - na szczęście odrobina ostrości wystarczy, by całość zharmonizować i zamiast ulepku mamy słodziaka z charakterem. Niestety jak wszystko w dużym natężeniu - może zmęczyć.

Co więcej, zapach długo utrzymuje się na skórze - od mocnego wstąpienia przez dobre 30 minut po wyczuwalny jedynie przyskórnie cień po kilku godzinach. 

Konsystencja zgodna z nazwą, czyli naprawdę gęsta - produkt jest w stanie stałym, żadne tam "trochę się przelewa". Na skórze masło rozprowadza się jak marzenie, sunie lekko, nie maże się, tylko stopniowo wchłania. Nie pozostawia klejącej czy tłustej warstwy. 


DZIAŁANIE

Czasem nic nam po pięknym zapachu, bo kosmetyk nie wykazuje żadnego pozytywnego działania. Dobre strony Tutti Frutti na szczęście nie kończą się na słodkim szaleństwie. Ten produkt wyraźnie natłuszcza, zmiękcza i wygładza skórę. Całkiem nieźle łagodzi podrażnienia, przyspiesza regenerację. Niestety praktycznie nie nawilża - bardziej chroni przed wysuszeniem i czynnikami zewnętrznymi, z przesuszoną skórą sam na pewno sobie nie poradzi. 


Nawet rezygnując z jego używania przez kilka dni, skóra pozostaje gładka i przyjemna w dotyku.

W tym miejscu wspomnę również o dobrej wydajności, masło spokojnie wystarczy nam cztery-pięć tygodni smarowania całego ciała. 

SKŁAD


PODSUMOWANIE

Rozkosz dla zmysłów, ochrona dla ciała - jeśli nie potrzebujecie nawilżenia, a czegoś, co otuli skórę (i to masłem shea - drugie miejsce w składzie - a nie parafiną) i uwielbiacie jedzeniowe zapachy, to ten produkt jest dla Was. Ja chętnie do niego wrócę - najpierw jednak sięgnę po coś nawilżającego. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

O styczniowych zużyciach rozprawa


Styczniowe denko okazało się dość duże jak na moje standardy, więc bez zbędnego przedłużania zapraszam do lektury mojej opinii o zużytych kosmetykach :)


1. Bielenda, Biotechnologia Ciekłokrystaliczna 7D Program Ujędrniający, Silnie ujędrniający balsam do ciała antycellulit - boziu, boziu, ileż mądrych słów, ileż wymiarów! Strach nakładać to cudo na siebie, co by się nie roztopić i nie przelać jakąś struną w okolice Betelgezy. 

Dobra, żarty na bok. Zużycie tego balsamu zajęło mi kilka miesięcy - i to nie dlatego, że był niesamowicie wydajny (ani też dlatego, że przemieszczałam się z nim w czasie i przestrzeni), ale dlatego, że okazał się boleśnie przeciętny. Niezbyt przyjemny, za to raczej mocny sztuczny kwiatowy zapach i dość rzadka (pasująca bardziej do mleczka niż balsamu) konsystencja nie zachęcała do używania. Podczas masażu mazał się po skórze zamiast w nią wchłaniać. Bardzo słabo nawilżał. Na pokazanie umiejętności ujędrniających nie dałam mu szansy, bo wracałam do niego niechętnie i bardzo rzadko. To był jeden z tych produktów, które denkuje się w przymusu, żeby nie zajmowały miejsca na półce. Krzywdy mi nie zrobił, ale przyjemności też nie dał. Nie kupię ponownie. 



2. Efektima, maseczka nawilżająca z wyciągiem z arbuza - plus za to, że nie trzeba jej zmywać wodą: po upływie wyznaczonego czasu wystarczy zetrzeć pozostałości chusteczką. Po tej czynności na twarzy pozostaje lekki film, jednak nie jest ani klejący, ani tłusty. Trochę nawilża, ale efekt jest krótkotrwały. Co gorsza, zapycha pory. Nie kupię ponownie. 

3. Perfecta Oczyszczanie, maseczka peel-off - przykład produktu, który nie robi nic. Wygładzenie, oczyszczenie, zmatowienie? A gdzie tam! Nawilżenia też nie ma, za to jest nieprzyjemnie napięta i podsuszona skóra. Do tego trudne usuwanie maseczki, bo skubana trzymała się mocno i odchodziła w kawałkach. Nie dla mnie, nie kupię ponownie. 


4. Batiste, suchy szampon do włosów, Cherry - kolejny egzemplarz kultowego kosmetyku w uroczej szacie graficznej trafił pod moją strzechę. Odświeża na długo i lekko unosi włosy u nasady. Biały pył usuwa się bezproblemowo w czasie masażu skóry głowy, dodatkowe akcesoria typu szczotka i suszarka są zbędne. Włosy wyglądają naturalnie -  co prawda nie błyszczą, ale i do smutnego płaskiego matu im daleko. Do samego Batiste wrócę na pewno nie raz, ale do Cherry - niekoniecznie. Nie znalazłam w tym wariancie owocowych nut, wręcz przeciwnie, zapach był chemiczny i zbyt ostry. Co prawda słabszy (i utrzymujący się krócej) niż Tropical, ale jednak drażnił mój nos na tyle, bym po zdenkowaniu nie chciała znowu z niego korzystać. Krótko mówiąc - Batiste - TAK!, Cherry - nie. 


5. Isana, Intensiv, Pomadka do ust intensywnie nawilżająca - obietnice intensywnego nawilżenia mnie skusiły, więc w chwili skąpstwa (w promocji kosztuje jakieś 2,50 zł) sięgnęłam po ten pielęgniarski sztyft. Pierwsze wrażenie? Niezbyt przyjemny (aczkolwiek dość delikatny) zapach, przekładający się na takiż sam posmak w ustach. Potem było lepiej, ale nadal niezachęcająco - pomadka nie radziła sobie z wysuszonymi, spierzchniętymi ustami. Nawilżała i polepszała ich stan, lecz niewystarczająco mocno i na zbyt krótko. Znikała z ust w mgnieniu oka, musiałam ją raz po raz nakładać - skończyła się więc błyskawicznie.

Osoby, które nie mają żadnych problemów z wargami, prawdopodobnie będą zadowolone, bo Isana i zmiękcza, i nawilża. Niestety przy większych wymaganiach okaże się za słaba. Do gustu nie przypadła mi też konsystencja, pomadka w temperaturze pokojowej rozsmarowywała się ciężko, trzeba było się nieźle namachać, by pokryć usta wystarczająco grubą warstwą. Nie kupię ponownie. 

6. Nivea, Lip Butter, Masło do ust, Karmel - jak nie lubię tej firmy, tak masła zachwalam, bo są świetne! Te produkty o wspaniałych zapachach naprawdę pielęgnują i długotrwale nawilżają usta. Sprawdzają się dobrze nawet przy poważniejszych problemach - chociaż walka z podrażnieniami i suchymi skórkami trwa w moim przypadku dłużej niż przy stosowaniu Carmexa, to w końcu zawsze jest wygrana; wargi wychodzą z niej w bardzo dobrej kondycji. Do tych wszystkich pozytywnych cech dodam świetną wydajność. Wada? Trochę bieli usta - mnie to nie przeszkadzało, gdyż ze względów higienicznych masełka używałam tylko w domu, ale myślę, że warto wspomnieć o tym szczególe. Kupię ponownie. 


7. Green Pharmacy, Jedwab w płynie, serum na łamliwe końcówki - taki to jedwab jak z koziej... Wólki metropolia, ale kiedy pominiemy kwestię nazewnictwa, okazuje się, że to świetny produkt. Mieszanka silikonów i olejków skutecznie zabezpiecza końcówki włosów przed uszkodzeniami, ponadto nabłyszcza je i wygładza - bez efektu tłustości i obciążenia. Więcej mi nie trzeba. Kupię ponownie (właściwie to już maltretuję kolejne opakowanie). 


8. Yves Rocher, Les Plaisirs Nature, Vanille Agriculture Bio, Lait Veloute, Mleczko do ciała `Wanilia`- matulu, cóż to za zapach! Śmietankowo-budyniowo-mleczna wanilia, raj dla nosa i w dodatku utrzymuje się na ciele. Błyskawicznie się wchłania, nie maże na skórze. Konsystencja dość rzadka, ale w końcu to mleczko - ważne, że nie przelewa się między palcami. Wydobycie z wnętrza nastręcza trochę problemów, jak widać na zdjęciu, w środku zostało trochę produktu, do którego się nie dobiorę - rozcięcie opakowania nie wchodzi w grę, bo to twardy plastik. I o ile w miniaturce jeszcze co nieco można wydłubać palcem, to już z pełnowymiarowym opakowaniem taka sztuczka się nie uda. Przeżyłabym to, gdyby zachwycił mnie działaniem, niestety na tym polu nie sprawdził się kompletnie. W ogóle nie nawilża. Odrobinę zmiękcza skórę, ale to efekt krótkotrwały. Zapach zauroczył mnie na tyle, że na pewno sięgnę po inny produkt z tej serii, ale mleczku mówię nie.


9. BeBeauty, płyn micelarny - pisałam już o nim tutaj. Potworny, jeśli używać go do oczu, ale w demakijażu twarzy sprawdzi się świetnie. Kupię ponownie.

10. Marion, delikatny płyn do demakijażu oczu - również otrzymał swoją recenzję (tutaj). Skuteczny, łagodny i tani. Kupię ponownie.

11. Rimmel, Max Bold Curves Extreme Volume & Lift Mascara - staruszek zbladł i zasechł, i kiedy zaczął kreować owadzie nóżki na skalę wcześniej mi nieznaną, stwierdziłam, że pora na niego (by odszedł). I tak długo przeżył, biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie byłam z niego zadowolona (Cas, your Scrooge is showing). Recenzja tutaj. Nie kupię ponownie. 

12. Lirene Dermoprogram, MaXSlim, Balsam intensywnie ujędrniający - po raz kolejny wróciłam do tego balsamu, bo skoro działa, to czemu nie? O tym, że rzeczywiście ujędrnia, mogliście przeczytać tutaj. Możliwe, że wrócę do niego wiosną czy latem - na razie stawiam na bardziej treściwe mazidła do ciała. Kupię ponownie. 

***

To na tyle, jeśli chodzi o styczniowe zużycia. Sporo ponarzekałam, trochę się pozachwycałam... a teraz wracam do nauki, bo sesja goni ;) 

Dajcie znać, jak Wasze denka!

piątek, 31 stycznia 2014

Starcie z legendą: Revlon Colorstay do cery tłustej i mieszanej

Revlon Colorstay jest dla wielu odpowiedzią na pytanie o dobry fluid o sporym kryciu. Peany zbierała raczej stara wersja (różniąca się od nowej głównie niższym filtrem przeciwsłonecznym). Nowa zyskała grono przeciwników, ale tyle samo osób flagowy produkt Revlona nadal polecało. Musiałam sprawdzić - co jest takiego w sławnym Colorstayu, że stał się synonimem podkładu idealnego? Na starą wersję nie zdążyłam, więc ciężko porównać, jak bardzo formuła RC się zmieniła. Mogę jednak ocenić, czy nowa wersja zasługuje na stałe miejsce w mojej kosmetyczce. Jeśli jesteście zainteresowane, jakie wywarła na mnie wrażenie - zapraszam do lektury dalszej części posta.

Revlon Colorstay SoftFlex - wersja do cery tłustej i mieszanej
Gdzie? Hebe, Mediq, Firlit, wybrane Rossmanny, drogerie internetowe | Za ile? 27-69 zł


OPAKOWANIE

Prosta szklana buteleczka o skromnej, estetycznej szacie graficznej. Niestety niewątpliwa uroda kosmetyku nie idzie w parze z funkcjonalnością. Brak pompki i opakowanie, którego nie da się ścisnąć czy przeciąć, to duet utrudniający wydobycie z wnętrza produktu o tak dużej gęstości, jaką charakteryzuje się recenzowany podkład. Osoba, która wpadła na pomysł takiego designu, powinna za karę do końca życia otrzymywać pokarmy i kosmetyki w takiej właśnie formie...


ZAPACH I KONSYSTENCJA

Podkład zapachu właściwie nie ma. Przy bardzo intensywnym wwąchiwaniu się w otwór produktu można wyczuć woń alkoholu, jest ona jednak słaba i niewyczuwalna przy aplikacji. 

Konsystencja w opakowaniu może przerazić - podkład wydaje się wyjątkowo gęsty. Rzeczywiście wydobycie go z opakowania nie należy do najłatwiejszych czynności, ale jednocześnie nie musimy się martwić, że zacznie przelewać się nam przez palce. W kontakcie z twarzą Revlon pokazuje jednak, że nie jest tak gęsty i ciężki jak go malują. Rozprowadza się lekko, bezproblemowo.


KOLOR

W palecie Revlon Colorstay dla cery tłustej i mieszanej znajduje się 13 odcieni, wybór odpowiedniego nie powinien więc sprawić kłopotu. Mój kolor to 150 Buff - bardzo jasny beż o żółtych podtonach, doskonały dla bladych twarzy. Zaletą RC jest możliwość wyboru nie tylko między jasnością koloru, ale i podtonem właśnie: przykładowo kolor 110 Ivory jest jedynie ciut jaśniejszy od Buff, ale za to bardziej różowy.


DZIAŁANIE

Słyszałam komentarze, iż Revlonem łatwo można zrobić sobie maskę z twarzy. Jest to możliwe, jeżeli nałożymy naraz zbyt dużą ilość produktu lub nie poświęcimy odpowiednio dużo uwagi na rozprowadzenie - wtedy rzeczywiście efekt końcowy może nie być zbyt naturalny. Najlepsze rezultaty osiągnie się, aplikując bez pośpiechu kilka cienkich warstw. Nie jest to podkład, który można nałożyć w biegu.

Warto jednak poświęcić minutę więcej na aplikację, bo to zaprocentuje. Twarz nadal będzie wyglądała świeżo, jednak wszystkie krostki i przebarwienia znikną. Krycie pokładu można bowiem stopniować od średniego do mocnego (i to niewielką ilością produktu!). Kosmetyk radzi sobie z każdą niedoskonałością - przy umiejętnym nałożeniu mimo wszystko nie wygląda to sztucznie. Jak widać jednak na poniższych zdjęciach, lubi podkreślić rozszerzone pory - tu przyznam, że dziś robiłam makijaż w pośpiechu, stąd może niezbyt zachęcający efekt. Przy stopniowej i dokładnej aplikacji wygląda to lepiej. Nawet w przypadku tapetowania się na łapu-capu wystarczy jednak cienka warstwa pudru, by nierówności zniknęły. Cera idealna? Z RC udało mi się w końcu to osiągnąć! 

bez niczego / sam Revlon / po przypudrowaniu (i z pomadką Rimmel LF z ostatniej recenzji)
Podkład nie zasycha zbyt szybko, więc możemy rozprowadzić go dokładnie i nie obawiać się smug. 

Wykończenie Revlona jest satynowe. Dla efektu matu musimy sięgnąć po puder, ale i bez niego cera wygląda dobrze, nie błyszczy się. Raz zmatowiony, trzyma efekt cały dzień - no, może po kilkunastu godzinach skóra zaczyna trochę mocniej odbijać światło, ale nadal jest to zdrowy, subtelny blask, a nie łojotokowy błysk.

RC nie zmienia koloru w ciągu dnia: nie ciemnieje ani nie pomarańczowieje.


Producent obiecuje 24 godziny trwałości. Nie było mi dane aż tak długo nosić makijażu, ale i tak mogę go pochwalić: pokład utrzymuje się nienaruszony cały dzień (lub całą noc) i nawet po intensywnym wysiłku (lub szampańskiej zabawie) wygląda jak dopiero co nałożony: świeżość, krycie, mat, estetyka są takie jakie być powinny. 

Ostatnia rzecz - filtr 15 SPF. Niewątpliwa zaleta, chociaż ja i tak bezpieczniej czuję się z większymi faktorami na twarzy. 

Podkład nie wywołał u mnie żadnych skutków ubocznych: nie przesuszył ani nie zapchał skóry (a to drugie jest niestety ostatnio dość częste w moim przypadku).

SKŁAD


Nie wiem, czy moje opisy składów komukolwiek się przydają - jeśli jednak czytacie je i macie ochotę na analizę tego, dajcie znać w komentarzach :)

PODSUMOWANIE

Revlon stał się moim podkładem numer jeden. Przez wiele miesięcy bałam się po niego sięgnąć, słysząc o ciężkości i przesadnie dużym kryciu. Okazało się jednak, że umiejętnie nałożony daje naturalny efekt pięknej cery, a moja skóra bardzo się z nim polubiła. KWC, jak to mówią na Wizażu!